11.08.2024, 13:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2024, 13:56 przez Astaroth Yaxley.)
Ten zapach, ta wizja wręcz zapierała dech w piersi. Była najwyższą przyjemnością, a właściwie zapowiadała najwyższą przyjemność. Tak. Byłem tak kusząco blisko, że wystarczyło otworzyć usta i się wgryźć. Co z tego, że Laurent nie był w stanie, żeby pozwolić mi na bycie gorszym? Senność i upojenie to jedynie zalety, plusy w moim położeniu. Miał być łatwiejszy, mniej oporny. Tak sobie przecież myślałem, że może zapomni...? Może uzna to za zły sen? Tyle się dziś wydarzyło, tyle się wydarzyło, że to mogło umknąć, czyż nie?
A harfiarz losu grał coraz boleśniejszą melodię w moim ustach. Nawoływał do poczucia ulgi, zalania mojego ciała od wewnątrz gorącą, gęstą krwią. Może teraz nieco rozrzedzoną przez alkohol... Czy miała smakować inaczej? Czy to będzie ta sama jakość? Ta sama moc? A może sam się upoję? Będę odurzony bardziej niż mógłbym się spodziewać...? Warto by było się o tym przekonać, prawda? Chociażby w celach naukowych.
Ta bliskość była dobra, ciepła, miła, a zaraz wyniszczająca. To już nie była pokusa. To były tortury. Już kilka razy powstrzymałem się, walczyłem ze sobą, żeby nie otworzyć ust, żeby tego nie robić, a jednak... Nie mogłem go mieć w swoim łożu, ale mogłem zaznać ukojenia w inny sposób. Przecież sam kusił, sam przyznawał się do błędu, więc... sam miał być sobie winien...?
Ale ja również będę czuł się winny. Odmówił. Jasno odmówił. Mówił na dodatek o strachu, o bólu... W dodatku chciał iść spać. Nie chciał już tu być. Źle się czuł po tych dwóch szybkich szklankach alkoholu, ale nie chciałem mu na to pozwalać. Selkie miały słabą głowę do alkoholu. Wampiry miały słabą głowę do krwi.
- Wyobraź to sobie... że już nigdy nie zaznasz ukojenia... Już nigdy nie zaznasz ukojenia... Wiecznie spragniony, wiecznie niezaspokojony - wyszeptałem, nie bacząc na jego prośby o sen. Ciągnąłem poprzedni temat. Próbowałem... sam nie wiem. Usprawiedliwić siebie. Bo co, jeśli jedynym sposobem na zbawienie było zadanie komuś bólu? Mogłem przespać noc jak niemowlę albo szaleć po lesie wyzwolony, a wystarczyło tylko kilka kropel. Tylko kilka kropel. Nic więcej. Tylko kilka kropel żeby sobie ulżyć.
Złożyłem drobny pocałunek na jego szyi, zaraz drugi, kolejny, jakby to mogło cokolwiek zrekompensować. Już miałem wyrzuty sumienia, ale wargi wypełnione uśmiechem, satysfakcją. Tak skrajne emocje, a jednak chciałem tego niezależnie od kosztów. Nie miały one teraz dla mnie żadnego znaczenia, choć przecież Laurent mógł zerwać ze mną znajomość, zgłosić to albo się odegrać, haha. Chyba sam w to nie wierzyłem, a z pewnością nie w te dwie ostatnie możliwości. Nie zgłosi mnie. Mogłem czuć się bezkarny. Ręki również na mnie nie podniesie. Mogłem mu oddać z nawiązką... Nie, że chciałem. Mogłem.
O czym to ja sobie myślałem?! Nie chciałem go krzywdzić. Nie chciałem mu robić na przekór. Nie chciałem dla niego źle, a jednocześnie usta mi się otwierały. I nie, to nie było westchnięcie. To była zapowiedź bólu. Ten cichy szept powietrza wydostającego się z głębin moich płuc. Westchnienie ulgi będzie po wszystkim. Wtedy będę najszczęśliwszym wampirem na świecie. Przynajmniej przez drobną chwilę.
Tak, tak. Pogładziłem jego plecy dłonią. Spokojnie, spokojnie. Nic się nie dzieje. Możesz nawet odpłynąć w błogi sen... Tylko poczujesz drobne, może nieco większe ukłucie, ból, ale nic się nie działo, nic złego się nie działo. To tylko ja - Astaroth. Po prostu ugryzłem. Szybko i zdecydowanie, za jednym zamachem, żeby nie przedłużać męki z przebijaniem skóry. Dostawałem w tym wprawy.
I od razu poczułem ten smak... Smak, który przemawiał do mnie melodią. Tak pięknie rozpływający się po moich wargach, tak miło w porównaniu z tym, co czułem po wyjściu z jeziora. Fanfary. Fanfary zagłuszyły harfę, zagłuszyły bębny. Grały wesołą melodię, królewską wręcz, z wysokimi dźwiękami, a ja czułem to ciepło, które rozlewało się po całym moim ciele. Sprawiało, że te królewskie fanfary były jeszcze bardziej podniecające, sprawiały dreszcze na moich plecach, poczucie najwyższego spełnienia.
Tak, czułem się niczym Pan i Władca. Nie miałem lądów, nie miałem królestwa, ale miałem krew. Pełno krwi. Spływała prosto do mojego gardła, czyniąc mnie istotą wszechpotężną. Nie tylko karmiłem swoje ciało, ale swoją psychikę. Odżywałem niczym uschnięte drzewo, w które właśnie tchnięto odrobinę magii. Odrobinę? Nieee... Całe pokłady magii. Chciałem ich od bardzo dawna, od tak dawna, a wystarczyło tylko przebić tę delikatną skórę.
Nie chciałem żadnego oswojenia. Chciałem pić ile wlezie! Już zawsze chciałem czuć w sobie tę siłę, tę potęgę, życie, rozkwit. Czułem to po opuszki placów. Wstąpiło we mnie życie.
A harfiarz losu grał coraz boleśniejszą melodię w moim ustach. Nawoływał do poczucia ulgi, zalania mojego ciała od wewnątrz gorącą, gęstą krwią. Może teraz nieco rozrzedzoną przez alkohol... Czy miała smakować inaczej? Czy to będzie ta sama jakość? Ta sama moc? A może sam się upoję? Będę odurzony bardziej niż mógłbym się spodziewać...? Warto by było się o tym przekonać, prawda? Chociażby w celach naukowych.
Ta bliskość była dobra, ciepła, miła, a zaraz wyniszczająca. To już nie była pokusa. To były tortury. Już kilka razy powstrzymałem się, walczyłem ze sobą, żeby nie otworzyć ust, żeby tego nie robić, a jednak... Nie mogłem go mieć w swoim łożu, ale mogłem zaznać ukojenia w inny sposób. Przecież sam kusił, sam przyznawał się do błędu, więc... sam miał być sobie winien...?
Ale ja również będę czuł się winny. Odmówił. Jasno odmówił. Mówił na dodatek o strachu, o bólu... W dodatku chciał iść spać. Nie chciał już tu być. Źle się czuł po tych dwóch szybkich szklankach alkoholu, ale nie chciałem mu na to pozwalać. Selkie miały słabą głowę do alkoholu. Wampiry miały słabą głowę do krwi.
- Wyobraź to sobie... że już nigdy nie zaznasz ukojenia... Już nigdy nie zaznasz ukojenia... Wiecznie spragniony, wiecznie niezaspokojony - wyszeptałem, nie bacząc na jego prośby o sen. Ciągnąłem poprzedni temat. Próbowałem... sam nie wiem. Usprawiedliwić siebie. Bo co, jeśli jedynym sposobem na zbawienie było zadanie komuś bólu? Mogłem przespać noc jak niemowlę albo szaleć po lesie wyzwolony, a wystarczyło tylko kilka kropel. Tylko kilka kropel. Nic więcej. Tylko kilka kropel żeby sobie ulżyć.
Złożyłem drobny pocałunek na jego szyi, zaraz drugi, kolejny, jakby to mogło cokolwiek zrekompensować. Już miałem wyrzuty sumienia, ale wargi wypełnione uśmiechem, satysfakcją. Tak skrajne emocje, a jednak chciałem tego niezależnie od kosztów. Nie miały one teraz dla mnie żadnego znaczenia, choć przecież Laurent mógł zerwać ze mną znajomość, zgłosić to albo się odegrać, haha. Chyba sam w to nie wierzyłem, a z pewnością nie w te dwie ostatnie możliwości. Nie zgłosi mnie. Mogłem czuć się bezkarny. Ręki również na mnie nie podniesie. Mogłem mu oddać z nawiązką... Nie, że chciałem. Mogłem.
O czym to ja sobie myślałem?! Nie chciałem go krzywdzić. Nie chciałem mu robić na przekór. Nie chciałem dla niego źle, a jednocześnie usta mi się otwierały. I nie, to nie było westchnięcie. To była zapowiedź bólu. Ten cichy szept powietrza wydostającego się z głębin moich płuc. Westchnienie ulgi będzie po wszystkim. Wtedy będę najszczęśliwszym wampirem na świecie. Przynajmniej przez drobną chwilę.
Tak, tak. Pogładziłem jego plecy dłonią. Spokojnie, spokojnie. Nic się nie dzieje. Możesz nawet odpłynąć w błogi sen... Tylko poczujesz drobne, może nieco większe ukłucie, ból, ale nic się nie działo, nic złego się nie działo. To tylko ja - Astaroth. Po prostu ugryzłem. Szybko i zdecydowanie, za jednym zamachem, żeby nie przedłużać męki z przebijaniem skóry. Dostawałem w tym wprawy.
I od razu poczułem ten smak... Smak, który przemawiał do mnie melodią. Tak pięknie rozpływający się po moich wargach, tak miło w porównaniu z tym, co czułem po wyjściu z jeziora. Fanfary. Fanfary zagłuszyły harfę, zagłuszyły bębny. Grały wesołą melodię, królewską wręcz, z wysokimi dźwiękami, a ja czułem to ciepło, które rozlewało się po całym moim ciele. Sprawiało, że te królewskie fanfary były jeszcze bardziej podniecające, sprawiały dreszcze na moich plecach, poczucie najwyższego spełnienia.
Tak, czułem się niczym Pan i Władca. Nie miałem lądów, nie miałem królestwa, ale miałem krew. Pełno krwi. Spływała prosto do mojego gardła, czyniąc mnie istotą wszechpotężną. Nie tylko karmiłem swoje ciało, ale swoją psychikę. Odżywałem niczym uschnięte drzewo, w które właśnie tchnięto odrobinę magii. Odrobinę? Nieee... Całe pokłady magii. Chciałem ich od bardzo dawna, od tak dawna, a wystarczyło tylko przebić tę delikatną skórę.
Nie chciałem żadnego oswojenia. Chciałem pić ile wlezie! Już zawsze chciałem czuć w sobie tę siłę, tę potęgę, życie, rozkwit. Czułem to po opuszki placów. Wstąpiło we mnie życie.