• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme

[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
11.08.2024, 14:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2024, 16:38 przez Laurent Prewett.)  
So you can't hold a star in your hand though
At least you can move on to that better plan

Tam, gdzie istniały narzędzia, musieli też istnieć ci, którzy je wyrabiali. Narzędzia do tworzenia narzędzi. Tam, gdzie istniały narzędzia istnieli też ci, którzy musieli nauczyć się ich używać. Istnieli użytkownicy narzędzi, ci uczący ich użytkowania i istniały w końcu, gdzieś na szczycie tej piramidy, ci, którzy nie musieli narzędzi używać, tworzyć ani uczyć ich użytkowania. Oni istnieli tylko po to, żeby całym tym trybikiem dyrygować. Ci w dole lubili myśleć: ale oni też są częścią nas. Też są używani, też używają. Też muszą przestrzegać praw, których nikt z żyjących obecnie nie spisał swoją ręką i nie podpisał odciskiem własnego palca. Istniejemy w świecie dla nas odgórnie przygotowanym i staramy się coś w nim zmienić. Zmienić siebie, zmienić ludzi dookoła, aż w końcu niektórzy byli n tyle pyszni, żeby próbować zmienić trybiki. Wyrwać się z zamkniętego kręgu używania i użytkowania. Laurent odmawiał nazywania  siebie samego narzędziem, kiedy tylko był w pełni zmysłów. Nie był też tym, którzy bezczynnie siedzieli na górze i pokazywali palcami, dyktowali warunki przemiałów produktów i podpisywali dopuszczalne wady. Nie, on tam nie siedział. On zszedł z tego tronu, bo jego miejsce było przy takich narzędziach. Wielkie błogosławieństwo - ha... anioł, hah! Chciał nauczyć się krzywizn tych przedmiotów i ich faktury. Poznać ich tajniki tworzenia i zrozumieć metodykę nauczania. Zrozumieć procedury i od podstaw odkryć działanie. Tak mu się tylko wydawało, bo koniec końców tacy jak on żyli na wyżynach, z których ciężko było spaść do ludzkich slumsów. Bieda tam był wręcz romantyzowana. "Może nie mają pieniędzy, ale mają siebie!". Może Esme nie był królem świata, ale był królem swojego królestwa. W jaki sposób ktoś taki jak Laurent mógł takiego Króla wykorzystać? Takiego Boga, który nie dawał niczego za darmo, bo zawsze opłaty sypały się druczkami na paragonie nawet wtedy, kiedy Laurent tego nie widział? Taki pewne siebie, taki pełen pychy, że rozumie cenę i zna opłaty. Taki dumny i zadowolony z siebie, że przecież wygrał. Ucieszony swoim własnym szczęściem możliwości doznania czegoś nowego. Zobaczenia czegoś nowego. Mógł go używać... dokładnie w ten sposób, w jaki robił to do tej pory. Jego własna, prywatna odskocznia, gdzie wypowiadał rzeczy, o jakich nie mówił nawet swojej najbliższej przyjaciółce. Rzeczy, których istota, jaką miał za najlepszego przyjaciela, nie mogłaby zrozumieć. I tak mówił, a tylko przy wielkich krokach przypominał sobie, że chyba jest zbyt biedny na opłatę. Bał się jej. Mimo własnych pragnień potrafił się przy tym człowieku (jako jedynym) powstrzymać przed tym, do czego kusił. Żeby coś zyskać musisz coś stracić - to nie była zasada napisana przez dawno żyjących praprzodków ich dziedzictwa. To była zasada napisana przez samą Matkę, której dłoń sterowała mechanizmami całego świata.

I mechanizmy tego świata nie zmieniały się nawet, kiedy staraliśmy się je wypierać, kiedy w nie nie wierzyliśmy, kiedy tłumaczyliśmy je sobie samym na miliony sposobów i przeinaczaliśmy fakty. Tak jak nie zmieniało się to, że wąż pozostawał wężem, a ćma - ćmą. To nie był świat, w którym poszukiwane zagadnienia na temat horoskopów czy zwierząt totemicznych odsyłały nas na manowce. Każdy mógł skrótowo odnaleźć część siebie wszędzie, ale tu imiona miały moc. Gwiazdy miały sens. Przeznaczenie tkwiło w nich sekretem i opisywało nasze życie. Tak jak nie mogło się zmienić to, że miękkie skrzydła ćmy opatulały Esme jak kokon. Jak nie zmieniało się to, jak bardzo Laurent chciał być słońcem i ogniem, a był jedynie wiatrem, który mógł przynieść ukojenie w zbyt upalny dzień. Chcesz, nie chcesz, wierzysz, nie wierzysz - ktoś już zadecydował za ciebie, jak będzie wyglądać rys twego istnienia, zanim w ogóle wyszedłeś z matczynego łona na ten świat. Planety przyniosły energię, matka i ojciec zapletli ją w twoje imię. Reszta mogła być już tylko zagubieniem, jeśli zejdziesz ze ścieżki i siłą będziesz próbował ją zmienić. Niektórym nic innego nie pozostało - skoro niczego nie mieli, nie mogli niczego stracić. A Ty, Esme?

Co mógł stracić Esme Rowle, czego już nie stracił dnia dzisiejszego?

- W tej pracowni myli się marzenia, pragnienia i wymagania jak myli się niebo z odbiciem księżyca w tali wody. - Zatrzymał się i spojrzał na Esme. Jego krok, każdy jeden, których uczył się latami, w tej damskiej postaci tylko nabierały zmysłowości. Laurent nie miał w sobie niczego z kota, ale ten krok był niemal koci - modele uczyli się tej gładkości kroków, stawiania nogi za nogą. Jak wszystko inne, które "tobie przychodzi tak łatwo" z zazdrością płynęło od innych. Do Laurenta płynęło... niemal nigdy. Gdyby się nad tym zastanowił zauważyłby, że ludzie nie słali zazdrości w jego kierunku. Podziw, pragnienie, admirację - ale nigdy zazdrość. Tak jakby wiedzieli, że nie ma czego zazdrościć. Anioły wszak stworzono na wizerunek Boski. Łatwo zapomnieć, że człowieka również. I w tym pojęciu boskości nadal miał pustą kieszeń. Jedną - bo drugą wypełnioną w nadmiarze dokładnie tym, czego tutaj pragnął. Och, zgoda, wcale niedokładnie... Musisz zrozumieć, że niekiedy wymiana nie była jeden do jednego. Laurent tego nie dostrzegł i nie przeanalizował słów w tym koncepcie, w którym brzmiały one jak zaproszenie. Jak zapewnienie, że niczego nie mógł dzisiaj stracić. Skupiał się tak mocno na tym, że nie chciał stracić całego Esme, że nie dostrzegał możliwości. Pragnął jednej rzeczy za mocno, żeby drugą zagłuszać pod swoim butem. To głupie, wiecznie drapiące go pragnienie. To wiecznie unoszące na duchu pragnienie, bez którego zaspokojenia świat zdawał się rozsypywać. A tu, w tych ścianach, wydawał się również łatwiejszy do kontrolowania. Tylko dlatego, że Esme Rowle był rzemieślnikiem, który mógł mu wyciąć z kości nowe, białe pióra. - Niektóre niszczą... inne budują. - Przynoszą satysfakcję i zadowolenie. Czy to nie zależało od tego, jakim człowiekiem byłeś? Gdzie się urodziłeś, dokąd dążyłeś? - Marzenia dzielą się na wiele kategorii. Niektóre z nich, spełnione, jeśli nie przeradzały się w wymagania, jeśli nie zostały zniesione z obłoków na ziemię, mogą przynieść tylko rozczarowanie. I pustkę. - Żyjesz czymś, oddychasz czymś - to jakby smog zamienił się na trwałe miejscem z powietrzem. Ludzie sobie nie zdawali sprawy z tego, jaką potęgą były marzenia, jak łatwo było za ich pomocą kontrolować, wznosić ku niebu i ściągać na dno. Laurent wiedział o tym dobrze - w końcu sam stawał się takim marzeniem dla niektórych, żeby potem zamienić się w bolesne rozczarowanie. Kiedy okazywało się, że to marzenie mogłeś spełnić na jedną noc, a potem umykało - na zawsze.

- Owszem. - Wyciągnął nogę przed siebie, żeby na nią spojrzeć, przeniósł na nią ciężar ciała, przesunął się dalej - jak w spowolnionym kroku tanecznym, którego dopiero się uczysz i go  poznajesz. - Ponieważ "prawie ideały" istnieją. Ideały - nie. - Wady były i będą, nie pozbędziesz się ich. Nigdy. Możesz je nakrywać pudrem jak kobiety niedoskonałości twarzy, albo zamazywać atramentem jak błąd na kartce, ale to nie sprawi, że ich już nie będzie. To jedynie sprawi, że staną się zamaskowane.

Więc narzędzia były po to, żeby je wykorzystywać, marzenia po to, by o nich marzyć, a koniec świata? Do czego w ogóle służył koniec świata? I dlaczego to kobiety zwiastowały go tak często? Posłuchajcie historii - jest pełna dramaturgii opisanych karminem szminki z kobiecych usteczek. Helena Trojańska wiedziała to najlepiej, a Laurent miał zrozumieć, że to chyba nie o kobiety chodziło. Chyba? Za dużo osób mu  mówiło, że ma w sobie  coś z kobiety. Już nawet przestał upierać się, że jest przecież mężczyzną. I to miał swoją nową oprawkę, która długo nie miała potrwać. Mógł się nią cieszyć jak Kopciuszek - przyjdzie jakiś chętny przymierzyć później pantofelek na nóżkę? Och, mógłby się wielce zdziwić i rozczarować owy książę z bajki... Lecz cóż z tym zrobić? Przecież mieliśmy właśnie Koniec Świata. Tu już miejsca dla księcia nie było. Tu następowała ta część, w której Laurent dobrze wiedział - albo to on dosiądzie Bestii, albo jego egzystencja nie będzie miała żadnego znaczenia.

- Mówi mi to zbyt piękna osoba na to, żeby nosić w sobie taką pustkę. - Mógł nie chcieć tego od niego słyszeć, a to zaś mógł powiedzieć, ale to byłoby kłamstwem. Chciał od niego słyszeć wszystko, nawet najgorszą z rzeczy. Tylko cóż to za stwierdzenie, gdy aż chciało się powiedzieć, że przyganiał kociołek garnuszkowi? - Obawiam się, że jestem częścią tego świata, która bez nadziei nie jest w stanie już błyszczeć. - Porzucanie nadziei dobrowolnie - co to w ogóle za wybór? Widzisz jakiś? Dostrzegasz? Laurent nie widział żadnego. To nie miało sensu, nie możesz zostawić nadziei jak prostytutki zabranej z ulicy przy następnym skrzyżowaniu. Jej brak za bardzo cię krzywdził. Brak jej blasku pogrążał w zbyt głębokim mroku.

Ten mrok wydawał się mieć oblicze otoczenia Esme. Albo to on był nadzieją, albo wszystko wokół było tak mikroskopijnie znaczące - nie miało to większego znaczenia. Laurent nawet rozchylił usta, żeby coś mu odpowiedzieć, ale czasu nie było. Nie było pauzy, a on nie zwykł wtrącać się w czyjeś wypowiedzi. Przynajmniej dopóki były one tak czarujące, jak czarujący był Esme. Na przestrzeni lat wydawało się, że spoglądał na rozwój niezrozumiałego przez świat cudu. To, że ktoś go zostawił i porzucił zdawało się tragedią, ale bez tego nie istniałby ten Esme Rowle. Więc? Byłoby wtedy lepiej czy gorzej i komu o tym decydować? Jemu! Oczywiście, że jemu! Ogłosiłby butnie, że to gorzej, bo nie ważne, ile sam by stracił - ważne było to, że Esme byłby szczęśliwszy. I nie pomyślał, że wcale nie musiałby być bardziej szczęśliwy, bo mogło zniknąć bardzo wiele rzeczy, na których mu zależało i o które dbał. Tak bardzo wiele rzeczy... Więc milczał nawet wtedy, kiedy twarz Esme znalazła się tak blisko jego rozchylonych ust. Powstrzymał się przed przygryzieniem ich, przed przesunięciem po nich językiem, by nie zdradzić brudnych myśli jakże prozaiczną reakcją ciała. Nie zastanowil się nawet przy tym, dlaczego. Czemu mu zależało na tym bezruchu, by nie przerwać czaru, żeby Esme tańczył swoim krokiem i rządził tutaj słowem.

Nieproszony gość, który chciał wtargnąć do środka, wygoniony jednym gestem, był jak pieczęć króla na liście żelaznym.

- Czy może istnieć doskonalsza władza niż władza nad sobą samym? - Lepsza forma kontroli, lepsza... och, cóż, tu nie o władzę chodziło. Chodziło o strach, by nie cierpieć znów tak, jak cierpiał przez tę miłość. Wiedział wtedy lepiej - i tylko sobie to udowodnił. A teraz nie potrafił się podnieść ze swojego upadku. Wygrzebać z tej przepowiedzianej studni, do której dobrowolnie skakał. - Strach... - Powtórzył za nim automaycznie, bo, och, jakże dobrze to rozumiał! Przecież na głos były wypowiadane myśli, o których sam pomyślał, jakby Esme stał się w tej chwili jego zwierciadłem. Przekazem myśli, do których niekoniecznie się przyznawał. Był nim - do czasu. Poprowadził go znajomą ścieżką, a potem nagle zboczył. Skręcił w tereny nieznane, obce i w pierwszej chwili wprowadził skonfundowanie, bo skoro rezygnujesz z harmonii - tworzysz chaos. Krótkie zawirowanie - bo złapał nić wątku. Wrócił do rytmu słów. I chyba nie podobało mu się to, jakie będzie crescendo tej muzyki.

A powinno. Przecież wygrał, nieprawdaż?

- Ja... nie... - Aż potrząsnął głową, próbując pozbierać myśli. - Nieprawda! - Zaprzeczył z dźwiękiem oburzenia na te słowa, że chciał go jak każda. Ale czy to na pewno była "nieprawda"? Nie okłamywał teraz Esme, to były emocje. Impuls. Coś gotującego się w nim, spotkanie w końcu z ceną, która go przerażała. Czuł te zmiany, jedna po druga, nuta po nucie. Szarpały harfą jego istnienia.

Wygrana nie zawsze była warta gry.

Lecz nie o wgrywanie tutaj chodziło. Dla Laurenta to była gra - kusząca, której się poddawał, w której próbował swoich sił, lecz nadal gra, nadal zabawa. Ta gra była wręcz niewinna w jego świecie, bo dla niego granica Esme była oczywista. Podział szczęścia, radości, pragnienie pokazania się właśnie jemu - tak jak to właśnie jemu chciał się pokazać w skórze. Jak do niego by przybiegł pewnie pokazać się, gdyby postanowił zmienić cięcie włosów! Jak przybiegłby do niego z nowinami radosnymi czy nie: że ta Nadzieja to już jego szmata na posyłki, albo właśnie stała się uświęconą Matką Boską z ikoną wiszącą na jego ścianie. Arogancja go zwiodła, a oskarżenie egoizmu wbiło głęboko w ciało. Nie przewidział tego. Nie przemyślał. Uniesiony ekstazą emocji teraz spotkał się z rzeczywistością tak samo smutną i szarą, jaką była wczoraj. Victoria miała rację - mógł nigdzie nie wychodzić. I cóż tu teraz przyjdzie po przyznawaniu komuś racji..?

Stał jak zamrożony w kamień nie wiedząc, co powiedzieć.

- Albo właśnie powinienem. Skoro cała moja egzystencja tu oparła się na pragnieniu, żeby wypełnić twoje wnętrze. - Wydawało mu się, że ledwo porusza wargami mówiąc to, że jego głos brzmi tak słabo, tak złamanie, że Esme nie zrozumie, albo nie dosłyszy tego, co do niego mówił. Cofnął się do drzwi. Chciał przeprosić, ale wcale nie chciał przepraszać. To nie byłyby wcale w pełni szczere przeprosiny. Położył dłoń na klamce, ale zatrzymał się i spojrzał na Esme ostatni raz. - Nigdy nie chciałem, żebyś czuł się przeze mnie źle. Mam nadzieję, że o tym wiesz.

W kaletniczej pracowni musiało być bardzo cicho bez dźwięku obcasów.


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (8810), Laurent Prewett (8394)




Wiadomości w tym wątku
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 05.04.2024, 17:00
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 06.04.2024, 19:51
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 06.04.2024, 21:07
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 22.04.2024, 12:16
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 23.04.2024, 20:49
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 16.05.2024, 05:09
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 16.05.2024, 08:10
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 02.08.2024, 06:08
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 11.08.2024, 14:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa