Sam sobie winien. Sam winien. Winny.
Poprawił się trochę w tym ułożeniu, w którym (wiedział dobrze) był ofiarą dla drapieżnika. Możesz pozwolić drapieżnikowi podejść do siebie tylko na tyle, na ile granica bezpieczeństwa zapewni ci możliwość kontrolowania sytuacji. I Laurent czuł się w tej kontroli. Och, gdyby nie czuł to czy by ryzykował aż tak? Chyba? Nie wiem? ... może? Zepsuty gdzieś od środka, przełamany obojętnością wizji na świat, za którym wypłakane łzy obojętności zaprzeczały. Obojętność jednak wobec swojego istnienia? Oj tak. Marzenia o końcu świata, żeby się nie obudzić? Wszystko odhaczone. Dwa potwory ciągnące się w dół, kiedy chcieli wędrować w górę. Tak nie mogło wyglądać życie i nie mogło wyglądać nieżycie. Fantazje o pragnieniach ukazywały się jako koszmary, kiedy uzmysławiałeś sobie, co najlepszego zrobiłeś. Bestii Astarotha było to teraz obojętne i Laurent zdał sobie sprawę z tej cienkiej granicy zbyt późno, albo w ogóle jej nie wyczuł. Powinien się wycofać już w momencie, w którym te dłonie oparły się na jego biodrach, ale zaufał im tak samo jak ufał w tamtej wannie, która jeszcze była pełna, bo Migotek nie zdążył jej opróżnić. Róże. Ich słodki zapach ciągnął się tą wstążką od łazienki za nimi. Za mokrymi śladami na podłodze, które zaraz wyschną. Szybciej niż wyplątanie się z ramion, w których Prewett się poprawiał. Trochę, odrobinę, ale właśnie sprawdzał swoją możliwość ruchu w kleszczach, w jakich się znalazł. Zgodnie z przewidywaniami - nie były one zbyt duże.
- Astaroth... proszę, opamiętaj się. - Miał takie złudne wrażenie, że membrana jego głosu była ledwie jego myślą, bo nie wydostawała się z ust przy tych coraz szybszych wdechach, które jak po złośliwości nie dostarczały odpowiedniej ilości tlenu do jego płuc. Więc te pracowały szybciej. Mocniej. Aż oddechy staną się urywane. Znał ten stan - sądził, że miał go już za sobą. Tak dawno nie miał napadu paniki... A "dawno" było tu dziś liczone w dniach i tygodniach, nie w miesiącach czy latach. Przesunął ręce nad barkami wampira, żeby teraz oprzeć na nich swoje dłonie. Spróbować się odsunąć. Przesunął nawet głowę czując - słysząc - że Astaroth przesunął granicę za daleko i że to już przestała być gra. Przestała być zabawą. Wiedziałem - zdradliwa myśl w głowie, bo brzmiała jakby była usatysfakcjonowana. Usatysfakcjonowana udowodnieniem samemu sobie, że kolejny raz udowodnił, jak ludzie są skłonni do zdrady i że nie wolno im ufać. Że to panicznie bijące teraz serce chcące wyskoczyć z klatki piersiowej Laurenta powinno być złożone tylko morzu - Matce Wodzie i tylko jej. Jej falom, jej pianom, jej niezbadanym głębinom. A przecież Astarothowi nawet go nie oferował - proponował mu tylko odrobinę ciepła. W tej ilości, dokładnie w tej, w jakiej chciał ją odebrać. - Astaroth... proszę, proszę, przestań... - Obrócił swoją głowę, chciał zmniejszyć dostęp do swojej szyi, ale twarz Astarotha już tam była i ani zamierzała się ruszyć. Nacisnął na niego mocniej swoimi śmiesznie słabymi rączkami. Dreszcz przesunął się po całym jego ciele i zatańczył na niej gęsią skórką od pocałunku chłodnych ust.
Krzyknął. Krzyk został zduszony ze spazmu bólu, który sprawił, że zacisnął przez moment palce na jego koszuli. Jakże zdawało się to czułe - to trzymanie go, to głaskanie. Gdzie moja różdżka? Różdżki nie było. Została razem z ubraniami... gdzieś. Gdziekolwiek zabrał je Migotek, który krzyknął "Panie!" zaraz po nim, łapiąc się za długie uszy. Przez moment krew tak mocno szumiała mu w uszach, że w towarzystwie pisku chyba zagłuszyła wszystkie inne odgłosy. Próbował się oddalić od wampira, wyszarpnąć, wyrwać z jego objąć, odpychając od niego.
- Astaroth, puść... mnie... - Uderzył dłońmi w jego barki kilka razy i w końcu, w odruchu, nawet wbił w jego skórę paznokcie, próbował odepchnąć jego twarz, szarpnąć za włosy. - Nie... nie Dumę... idź po... po Vincentiusa. - Dotarło w końcu do niego, że Migotek próbował się wywiedzieć, czy ma iść po Dumę, czy ma go tu sprowadzić. Oddychał już przez rozchylone usta i mylił krople potu z kroplami wody sunących z włosów. Było mu za zimno na pot. A może to był jednak on? Pomiędzy fatalistycznym zmęczeniem w końcu przestał się ruszać. Płonne to były próby. I właściwie - dlaczego walczył? O co walczył? Chciał umrzeć. Miał życzenie śmierci tego dnia, zapadnięcia się w nicość, w ciemność, w próżnię, za którą tęsknił. - Przestań... - Jego oddech zwalniał. Jego mięśnie słabły. Jego serce się uspakajało, a jednocześnie uspokoić nie chciało - tak strasznie próbowało walczyć o podtrzymanie życia tego mizernego ciała, z którego ubywała reszta uświęconej, czystej energii.
Więc to tak? To już? Tak się miało to skończyć?
Umknęła mu chwila, w której wszystko stało się takie ciche. Kiedy on przestał być utrzymywany przez własne nogi i był już podtrzymywany tylko ramionami Astarotha i chyba blatem kuchennej wyspy. Zauważył dopiero moment, w którym jego ręce już bezwładnie zsunęły się z ciała wampira, bo nie miał siły utrzymywać ich w powietrzu.
Nie chcę umierać.
Całe to życzenie śmierci nagle nie miało żadnego znaczenia. Łzy na jego policzkach były świadectwem tego, że chciał żyć. Victoria... Vincent... Atreus... ktokolwiek... Miał zamazany obraz, kiedy spoglądał na ten pusty, ciemny dom. Jego własny dom. Crow... proszę, pomóż mi... proszę... Przesunął palcem po pierścionku, przymykając powieki.
Dla postronnej osoby jakże jednoznacznie mogło to wyglądać. Ciało oparte o kuchenną wyspę, przyciśnięte przez drugie ciało do niej. Szlafroki, mokre włosy, namiętny pocałunek w szyję - jak dwójka kochanków, gdzie nic złego się nie mogło dziać. Nie powinno. Tylko że ciało Laurenta przelewało się przed ramiona wampira.