11.08.2024, 17:04 ✶
Wątpił w to, aby noszony przez niego kolczyk z perłą miał kiedykolwiek sprawić, że usłyszy w swojej głowie głos Laurenta. To wszystko to był taki bałagan... Za dużo, za szybko. Oni się sobą nie delektowali, nie dawali sobie czasu, tylko żarli się wielkimi gryzami, a później nie potrafili odreagować tego jak normalni ludzie, bo tę normalność zostawili za drzwiami. Nawet nie na początku lipca, a latami temu, na Ścieżkach. Budowanie dystansu było czymś oczywistym - kiedy się ze sobą nie widzieli, nie mogli w kółko robić sobie krzywdy, a później płakać, płakać i płakać - powinni się od siebie odsunąć, zamiast szukać pomiędzy sobą czegoś, co nie powinno istnieć i burzyło ich codzienności. Oczywista oczywistość, ale rzeczy oczywiste, wszelka logika, które Crow tak niby kochał, odpływały w niebyt, kiedy tylko przekraczał próg tego cholernego domu.
Nigdy nie radził sobie z emocjami.
Ostatnio lubił wyobrażać sobie, że to wcale nie była historia o miłości. O pożądaniu - na pewno. Obsesji - być może... pewnie tak, skoro wiernie nosił ten kolczyk dzień w dzień, nawet po napisaniu listu, że zwyczajnie nie potrafi funkcjonować obok Laurenta bez poruszania w głowie tematów, które ich tak bardzo raniły. Obsesja. Obsesje były złe. Uzależnienia też. Obsesje były złe, więc powinien dać mu spokój. Uzależnienia były złe, więc powinien dać spokój Cainowi. Ale on też był zły i nie zamierzał dać spokoju żadnemu z nich. Laurent mógł uczynić to czymś o wiele łatwiejszym, gdyby powiedział mu wprost, że jest kimś bez znaczenia. On mu jednak przyznał coś zupełnie innego i uwięził go w tym wirze, z którego nie dało się wydostać. To nie była historia o miłości, ale zasypiał spokojnie, nie słysząc w głowie błagania o ratunek. To nie była historia o miłości, ale kiedy oglądał w pubie transmisję końcówki meczu i okazało się, że Viorica nie zawiodła go, kując dla niego ten pierścionek, Crowowi wydawało się, że na moment stanęło mu serce. To nie była historia o miłości, ale kiedy wracał wspomnieniem do tego, jaki Laurent był szczęśliwy i rozluźniony, kiedy to napięcie minęło, docierało do niego coś bardzo prostego, obnażającego go z każdego słonecznika, jaki zdążył wyrosnąć w jego sercu przez ostatnie tygodnie - nie musiał z nim być, nie musiał mieć go na własność. To nie była historia o miłości, ale jeżeli Laurent będzie bezpieczny, jeżeli jego życie będzie wyzbyte z trosk sprawiających, że nie mógł oddychać, to nawet jeżeli po pogłaskaniu Crowa po głowie odwróci się do kogoś innego i odejdzie z nim... Crow wciąż będzie szczęśliwy. Zazdrosny, owszem. Ale potrafiłby to zaakceptować.
Zrobił coś głupiego. Teleportował się z zamkniętej łazienki, więc ci biedni mugole będą musieli siłować się z drzwiami, ale jego to w tym momencie nie obchodziło wcale i właściwie już w chwili stanięcia twarzą twarz z problemem - dwójką przylegających do siebie mężczyzn - nie pamiętał już, co robił przed chwilą. Tak, miał już styczność z wampirami, ale kiedy chodziło o Prewetta, pierwszym co przychodziło na myśl, przy takiej pozycji nie było picie krwi, a niechciane zbliżenie. Absolutna obrzydliwość, od której Crowa od razu wzdrygnęło, ale nie był też do końca pewny, co właściwie miał zrobić. Po wezwaniu spodziewał się jakiegoś zbira o Dantego, gróźb śmierci, potyczki. Na pewno nie losowego frajera w szlafroku (w tej sytuacji nie miał szans rozpoznać w nim brata Geraldine), w dodatku stojącego do niego tyłem. Instynkt podpowiadał mu oczywisty ruch - szarpnięcie go i zajebanie jego łbem o kredens tak mocno, żeby dobudzili go dopiero w Mungu, ale... No właśnie - ale. Laurent brzydził się przemocą, nigdy nie omówili tego głębiej, bo byli zbyt zajęci mizdrzeniem się do siebie na Lammas...
- Dobra, liczę do trzech i stąd wypierdalasz - rzucił bardzo głośno, chwytając do dłoni nóż, kompletnie nie rozumiejąc, co tutaj zastał. I zaczął odliczać. Bardzo szybko.
Nigdy nie radził sobie z emocjami.
Ostatnio lubił wyobrażać sobie, że to wcale nie była historia o miłości. O pożądaniu - na pewno. Obsesji - być może... pewnie tak, skoro wiernie nosił ten kolczyk dzień w dzień, nawet po napisaniu listu, że zwyczajnie nie potrafi funkcjonować obok Laurenta bez poruszania w głowie tematów, które ich tak bardzo raniły. Obsesja. Obsesje były złe. Uzależnienia też. Obsesje były złe, więc powinien dać mu spokój. Uzależnienia były złe, więc powinien dać spokój Cainowi. Ale on też był zły i nie zamierzał dać spokoju żadnemu z nich. Laurent mógł uczynić to czymś o wiele łatwiejszym, gdyby powiedział mu wprost, że jest kimś bez znaczenia. On mu jednak przyznał coś zupełnie innego i uwięził go w tym wirze, z którego nie dało się wydostać. To nie była historia o miłości, ale zasypiał spokojnie, nie słysząc w głowie błagania o ratunek. To nie była historia o miłości, ale kiedy oglądał w pubie transmisję końcówki meczu i okazało się, że Viorica nie zawiodła go, kując dla niego ten pierścionek, Crowowi wydawało się, że na moment stanęło mu serce. To nie była historia o miłości, ale kiedy wracał wspomnieniem do tego, jaki Laurent był szczęśliwy i rozluźniony, kiedy to napięcie minęło, docierało do niego coś bardzo prostego, obnażającego go z każdego słonecznika, jaki zdążył wyrosnąć w jego sercu przez ostatnie tygodnie - nie musiał z nim być, nie musiał mieć go na własność. To nie była historia o miłości, ale jeżeli Laurent będzie bezpieczny, jeżeli jego życie będzie wyzbyte z trosk sprawiających, że nie mógł oddychać, to nawet jeżeli po pogłaskaniu Crowa po głowie odwróci się do kogoś innego i odejdzie z nim... Crow wciąż będzie szczęśliwy. Zazdrosny, owszem. Ale potrafiłby to zaakceptować.
Zrobił coś głupiego. Teleportował się z zamkniętej łazienki, więc ci biedni mugole będą musieli siłować się z drzwiami, ale jego to w tym momencie nie obchodziło wcale i właściwie już w chwili stanięcia twarzą twarz z problemem - dwójką przylegających do siebie mężczyzn - nie pamiętał już, co robił przed chwilą. Tak, miał już styczność z wampirami, ale kiedy chodziło o Prewetta, pierwszym co przychodziło na myśl, przy takiej pozycji nie było picie krwi, a niechciane zbliżenie. Absolutna obrzydliwość, od której Crowa od razu wzdrygnęło, ale nie był też do końca pewny, co właściwie miał zrobić. Po wezwaniu spodziewał się jakiegoś zbira o Dantego, gróźb śmierci, potyczki. Na pewno nie losowego frajera w szlafroku (w tej sytuacji nie miał szans rozpoznać w nim brata Geraldine), w dodatku stojącego do niego tyłem. Instynkt podpowiadał mu oczywisty ruch - szarpnięcie go i zajebanie jego łbem o kredens tak mocno, żeby dobudzili go dopiero w Mungu, ale... No właśnie - ale. Laurent brzydził się przemocą, nigdy nie omówili tego głębiej, bo byli zbyt zajęci mizdrzeniem się do siebie na Lammas...
- Dobra, liczę do trzech i stąd wypierdalasz - rzucił bardzo głośno, chwytając do dłoni nóż, kompletnie nie rozumiejąc, co tutaj zastał. I zaczął odliczać. Bardzo szybko.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.