11.08.2024, 20:00 ✶
Tak, miał rację. Nie było co walczyć. Nie było co się szarpać. Po prostu oddać się nieuniknionemu, bo szarpanie przysparzało jedynie jeszcze więcej bólu, cierpienia, kiedy wcale nie chciałem go tak bardzo krzywdzić. Byłem czuły, byłem możliwie najbardziej delikatny. Wręcz ubóstwiałem w tej chwili jego osobę, która dodawała mi siły, dodawała mi życia poprzez utratę krwi. Było mi tak lekko, tak ciepło, tak energetycznie. Mogłem wszystko! Czułem, że żyłem! Matka Woda nie miała szans z Matką Krwią, która właśnie czule otulała moje ciało od wewnątrz swoją matczyną peleryną.
Ta walka była bezcelowa. Trzymałem go, żeby się nie wyrwał, żeby się zanadto nie ruszał. Byłem pewien, że za chwilę się to skończy. Doskonale pamiętałem te momenty, kiedy słabli, kiedy życie umykało z nich z każdym kolejnym łykiem. Tracili siły, byli jak baranki.
Przytulałem do siebie jego wiotkie ciało. W tej chwili to nie wydawało mi się niepokojące. Życie, które czułem w sobie było oślepiające. Kierowało mą uwagę na swoje jaśniejące oblicze. Było we mnie, lśniłoby wszystkimi gwiazdami z nieba, gdyby mogło, świeciłoby może promieniami słońca. Taka to była moc, taka potęga. Coś, co każdy z nich miał, a czego nie doceniał.
Tym samym nie rozumiałem słów, które kierował do mnie Laurent. Niczym zahipnotyzowany byłem oddany jednej sprawie. Jak wtedy pod wodą. Tylko że teraz nie Adria szeptała mi do ucha, nie ślepa miłość do niej i zawierzenie w jej plany, tylko zew krwi.
I było również inaczej niż zwykle. Bardziej oniemiająco, bardziej upojnie. Czułem większy luz niż zwykle, nawet miałem lepszy humor. Czułem się niesamowicie rozluźniony. Wszechmocny, chociaż nic się we mnie nie zmieniło. Może sińce zniknęły, może byłem cieplejszy, nieco bardziej skory do robienia czegokolwiek niż zwykle. Z większą werwą. I uśmiechnięty. Byłbym uśmiechnięty, gdybym nie jadł, gdyby ktoś nie postanowił nam przerwać.
Oderwałem się od szyi Laurenta, sycząc odruchowo. Dziki syk drapieżnika, ostrzegawczy. Nie zbliżaj się. Krzyczał, żebyś się nie zbliżał. Nie spodziewałem się nikogo, nikogo nie słyszałem, więc to niespodziewane wtargnięcie wcale nie było przyjemne, nie było mi po drodze. Nie byłem na swoim terenie, ale mimo wszystko nikogo nie powinno tu być. Co tu robił? Czemu do nas mówił?!
Zauważalnie się spiąłem, ale to trwało drobną chwilę. Do czasu, póki się nie obróciłem z półprzytomnym Laurentem w rękach. Omotany krwią z wkładką ostatecznie nie uznawałem tego za jakąś górkę. Prędzej za nowe możliwości. Coś w stylu darmowego drugiego worka krwi? Choć przybysz trzymał nóż w ręku, wcale nie wydawał się być groźny.
- Masz zamiar spróbować swojego szczęścia? - zapytałem go arogancko, oblizując swoje wargi z krwi. Miałem wrażenie, że nikt nie będzie smakował tak jak Laurent. Był niczym melodia, ale to pewnie dlatego że łączyłem jego smak z tym hipnotyzującym śpiewem znad wody. Ale czy to istotne? Szczególnie że dziś przeszedł samego siebie. Było mi tak lekko.
Zaśmiałem się. Beztrosko. Czułem życie, czułem bardzo dużo życia w sobie! A jeszcze ktoś proponował mi pojedynek. Teraz to ja mogłem zabawić się w polowanie!
...i jakoś umknęło mojej uwadze, że spojrzenie miałem nieco rozmazane, humor zbyt szampański, usposobienie dziwnie rozchichotane. Ale tak dawno się nie upiłem, że jak niby zwróciłbym na to uwagę...?
Ta walka była bezcelowa. Trzymałem go, żeby się nie wyrwał, żeby się zanadto nie ruszał. Byłem pewien, że za chwilę się to skończy. Doskonale pamiętałem te momenty, kiedy słabli, kiedy życie umykało z nich z każdym kolejnym łykiem. Tracili siły, byli jak baranki.
Przytulałem do siebie jego wiotkie ciało. W tej chwili to nie wydawało mi się niepokojące. Życie, które czułem w sobie było oślepiające. Kierowało mą uwagę na swoje jaśniejące oblicze. Było we mnie, lśniłoby wszystkimi gwiazdami z nieba, gdyby mogło, świeciłoby może promieniami słońca. Taka to była moc, taka potęga. Coś, co każdy z nich miał, a czego nie doceniał.
Tym samym nie rozumiałem słów, które kierował do mnie Laurent. Niczym zahipnotyzowany byłem oddany jednej sprawie. Jak wtedy pod wodą. Tylko że teraz nie Adria szeptała mi do ucha, nie ślepa miłość do niej i zawierzenie w jej plany, tylko zew krwi.
I było również inaczej niż zwykle. Bardziej oniemiająco, bardziej upojnie. Czułem większy luz niż zwykle, nawet miałem lepszy humor. Czułem się niesamowicie rozluźniony. Wszechmocny, chociaż nic się we mnie nie zmieniło. Może sińce zniknęły, może byłem cieplejszy, nieco bardziej skory do robienia czegokolwiek niż zwykle. Z większą werwą. I uśmiechnięty. Byłbym uśmiechnięty, gdybym nie jadł, gdyby ktoś nie postanowił nam przerwać.
Oderwałem się od szyi Laurenta, sycząc odruchowo. Dziki syk drapieżnika, ostrzegawczy. Nie zbliżaj się. Krzyczał, żebyś się nie zbliżał. Nie spodziewałem się nikogo, nikogo nie słyszałem, więc to niespodziewane wtargnięcie wcale nie było przyjemne, nie było mi po drodze. Nie byłem na swoim terenie, ale mimo wszystko nikogo nie powinno tu być. Co tu robił? Czemu do nas mówił?!
Zauważalnie się spiąłem, ale to trwało drobną chwilę. Do czasu, póki się nie obróciłem z półprzytomnym Laurentem w rękach. Omotany krwią z wkładką ostatecznie nie uznawałem tego za jakąś górkę. Prędzej za nowe możliwości. Coś w stylu darmowego drugiego worka krwi? Choć przybysz trzymał nóż w ręku, wcale nie wydawał się być groźny.
- Masz zamiar spróbować swojego szczęścia? - zapytałem go arogancko, oblizując swoje wargi z krwi. Miałem wrażenie, że nikt nie będzie smakował tak jak Laurent. Był niczym melodia, ale to pewnie dlatego że łączyłem jego smak z tym hipnotyzującym śpiewem znad wody. Ale czy to istotne? Szczególnie że dziś przeszedł samego siebie. Było mi tak lekko.
Zaśmiałem się. Beztrosko. Czułem życie, czułem bardzo dużo życia w sobie! A jeszcze ktoś proponował mi pojedynek. Teraz to ja mogłem zabawić się w polowanie!
...i jakoś umknęło mojej uwadze, że spojrzenie miałem nieco rozmazane, humor zbyt szampański, usposobienie dziwnie rozchichotane. Ale tak dawno się nie upiłem, że jak niby zwróciłbym na to uwagę...?