Nie zrobił tego, co było słuszne w tamtej chwili. Po prostu nie miał w sobie nic, co pomogłoby mu w tej chwili przejrzeć na oczy. A Cain znowu to robił. Ubierał w ładniejsze słowa jego głupotę, niedoskonałość w kwestiach, w których potrzebował czuć się silnym, żeby zachować jakąkolwiek stabilność umysłu. Teraz jeszcze byli tutaj, w górze. Za chwilę ta historia się skończy i będą musieli o tym porozmawiać, a ta rozmowa będzie kolejną próbą zadbania o jego ramy w karkołomnych próbach nieotworzenia ich na nowo. Crow nie chciał zapraszać do siebie tego bólu, ale bał się też ułudy. Bał się kolejnej relacji skąpanej w nieskończonym kłamstwie, kończącej się kiedy przestają bawić się w maskaradę. Co powinien robić? Udawać? Grać w tę nieskończoną grę dobrych słów ignorujących wszystkie problemy? To pewnie brzmiało bardzo desperacko, ale był na to gotów. Po prostu... ten strach...
Może lepiej będzie, jak tam zginą.
Zacisnął oczy, skupiając się na ofiarowanym mu dotyku. Taki dotyk działał na niego dwojako - z jednej strony sam w sobie koił jego zszargane nerwy, a z drugiej stawał się świadectwem tego, że był rozumiany. Instrukcja obsługi do Fleamonta istniała - została napisana kilkanaście lat temu, ale to była instrukcja skupiona na tym, żeby go skutecznie kontrolować. Naprawdę mało osób obchodziło jego dobre samopoczucie, próbował więc powtarzać sobie jak mantrę ktoś się właśnie o mnie stara. Robi to dla mnie.
Takie myślenie nie było łatwe, kiedy kolejne sceny skąpane były w tak mocnym absurdzie. Crow wydawał się być spokojniejszy, ale nie mówił nic - przymknął się już zupełnie i najwyraźniej skupiał na czymś, czym nie zamierzał się dzielić. Nawet wtedy, kiedy nieelegancko lądując na usłanym kamieniami podłożu, usłyszał z oddali dźwięk stali obijającej się o stal. Kompletnie nie wzruszyła go ani przerażająca wysokość, na jaką się wznieśli, ani to w jak gęstym, jasnym pyle skąpało go smoczątko - kiedy tylko stworzenie ruszyło pędem przed siebie do ukrytej pomiędzy drzewami jaskini, czarownik ruszył za nim, omal nie potykając się o własną szatę i nie spadając na dno stromej przepaści. Najwyraźniej niewiele zostało w nim rozsądku - gnał przed siebie, chcąc ujrzeć dno tej jamy i spojrzeć w dół ścieżki do niej prowadzącej.
Czy oni są już na miejscu?
Nie potrzebował poświęcić temu zbyt wiele uwagi - liny przytwierdzone w okolicy podeszwy jego buta, świadczyły o tym, że ktoś wspiął się tutaj. A któż inny miałby wspinać się do leża skrzydlatych bestii, jeżeli nie zachłanni, chcący pozbawić ją jej bogactwa ludzie?
Crow zacisnął pięść. Sam zakradłby się tam w należytej temu ciszy, ale nie miał szans powstrzymać dwójki wielkich gadów przed wtargnięciem do środka bez żadnego przygotowana, na co ich matka zareagowała głośnym, niemalże panicznym rykiem. Pewnie nie chciała ich tutaj widzieć, ciesząc się ich bezpieczeństwem, a oni przyprowadzili je w paszcze prawdziwych potworów.
Może lepiej będzie, jak tam zginą.
Zacisnął oczy, skupiając się na ofiarowanym mu dotyku. Taki dotyk działał na niego dwojako - z jednej strony sam w sobie koił jego zszargane nerwy, a z drugiej stawał się świadectwem tego, że był rozumiany. Instrukcja obsługi do Fleamonta istniała - została napisana kilkanaście lat temu, ale to była instrukcja skupiona na tym, żeby go skutecznie kontrolować. Naprawdę mało osób obchodziło jego dobre samopoczucie, próbował więc powtarzać sobie jak mantrę ktoś się właśnie o mnie stara. Robi to dla mnie.
Takie myślenie nie było łatwe, kiedy kolejne sceny skąpane były w tak mocnym absurdzie. Crow wydawał się być spokojniejszy, ale nie mówił nic - przymknął się już zupełnie i najwyraźniej skupiał na czymś, czym nie zamierzał się dzielić. Nawet wtedy, kiedy nieelegancko lądując na usłanym kamieniami podłożu, usłyszał z oddali dźwięk stali obijającej się o stal. Kompletnie nie wzruszyła go ani przerażająca wysokość, na jaką się wznieśli, ani to w jak gęstym, jasnym pyle skąpało go smoczątko - kiedy tylko stworzenie ruszyło pędem przed siebie do ukrytej pomiędzy drzewami jaskini, czarownik ruszył za nim, omal nie potykając się o własną szatę i nie spadając na dno stromej przepaści. Najwyraźniej niewiele zostało w nim rozsądku - gnał przed siebie, chcąc ujrzeć dno tej jamy i spojrzeć w dół ścieżki do niej prowadzącej.
Czy oni są już na miejscu?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Nie potrzebował poświęcić temu zbyt wiele uwagi - liny przytwierdzone w okolicy podeszwy jego buta, świadczyły o tym, że ktoś wspiął się tutaj. A któż inny miałby wspinać się do leża skrzydlatych bestii, jeżeli nie zachłanni, chcący pozbawić ją jej bogactwa ludzie?
Crow zacisnął pięść. Sam zakradłby się tam w należytej temu ciszy, ale nie miał szans powstrzymać dwójki wielkich gadów przed wtargnięciem do środka bez żadnego przygotowana, na co ich matka zareagowała głośnym, niemalże panicznym rykiem. Pewnie nie chciała ich tutaj widzieć, ciesząc się ich bezpieczeństwem, a oni przyprowadzili je w paszcze prawdziwych potworów.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.