12.08.2024, 21:26 ✶
Zatrważające. W mgnieniu oka człowiek... Może bardziej istota, która tak bardzo pragnęła światła, promieni słonecznych, życia, która płakała bez łez, kiedy dostawała odrobinę tego poczucia, skrawek dnia i to nie prawdziwego, tylko wyimaginowanego, w tym mgnieniu oka, w tym zatrważającym mgnieniu oka stawała się Śmiercią. W najczystszej postaci Śmiercią. Taką, która odbierała życie.
Mogłem iść w zaparte. Zmasakrować gościa totalnie mi nieznajomego. Byłem hazardzistą. Kiedy ktoś dyktował mi warunki, które dla mnie zgoła były inny, mogłem rzucać się na tę głęboką wodę, na której już wielokrotnie się przejechałem, a właściwie podtopiłem, nawet utopiłem... Nieistotne. Ważne było to, że był ze mnie głupek. Igrałem z siłami, z którymi nie mogłem wygrać, więc teraz stałem nad wykrwawiającym się Laurentem i nie wiedziałem przez chwilę, co się dzieje. Drobne puzzle wpadały magicznie na swoje miejsce. Jego szept, jego mdłe wołanie o pomoc, bez siły, bez życia... życia, które w tej chwili znajdowało się we mnie.
Położyłem go na podłodze roztrzęsionymi rękoma, próbując jakoś to... cofnąć? Tsa. Naprawić? Żałosny to był taniec moich dłoni, kiedy próbowałem jego stan ogarnąć swoim umysłem. Matko, co ja zrobiłem?! Kiedy?! - wrzeszczały moje myśli. Nie rozumiałem, jak mogłem dać się omotać samemu sobie, ale... Mleko się rozlało? Coś o tym myślałem... Podobnie jak o tym, że wezmę tylko kilka kropel?!
W końcu jednak chwyciłem go za szyję by zatamować krwawienie. Chwyciłem go za miejsce, które powinienem omijać szerokim łukiem.
- MIGOTEK! CHOLERA, MIGOTEK! U mnie... na Horyzontalnej... są eliksiry - wyrzuciłem z siebie w przestrzeń. Nie wiedziałem, czy mnie słyszał. Nie byłem pewien, czy mnie wysłucha. Nie mogłem się skupić. Gdzie była moja różdżka!? Gdzie była moja cholerna różdżka?!
Uniosłem dłonie, chcąc jej szukać, ale to był błąd. To był srogi błąd. Dłoń miałem całą we krwi, a jej zapach właśnie uderzał w moje nozdrza. O nie! Odwróciłem spojrzenie i zęby żeby tego nie widzieć, nie czuć, ale było już za późno. Było za późno. Wszystko się we mnie buntowało, że powinienem znowu... Szyję... O nie! Zęby... Świerzbiły mnie znowu zęby. To był jakiś koszmar. To nie mogło dziać się naprawdę. Nie chciałem brać w tym udziału. Próbowałem się odsunąć, ale nie mogłem. To było silniejsze ode mnie. Ta krew pachniała tak kusząco, zapowiadała wszystko, co najlepsze. Raj? Raj na ziemi? Zapowiadała sam raj? Zabawne, bo jakby znajdowałem się w Raju.
Uniosłem dłoń do swojego nosa. Tak, to nie było nic złego. Piękna melodia. Jedyna rzecz, która nadawała smaku mojej egzystencji. Mogłem się nią rozkoszować do woli, więc nie wiadomo, o co było tyle ambarasu. Mhmm... Rozpływałem się, nawet kiedy próbowałem jej smaku ze swoich palców, a z żył? Z żył była jeszcze pyszniejsza.
Laurent miał spory problem. Najwyraźniej nie w głowie były mi teraz słowne utarczki. Miałem coś zdecydowanie lepszego na tapecie. Zasyczałem, zamierzając znowu się wgryźć. Potrzebowałem tego jak diabli.
Mogłem iść w zaparte. Zmasakrować gościa totalnie mi nieznajomego. Byłem hazardzistą. Kiedy ktoś dyktował mi warunki, które dla mnie zgoła były inny, mogłem rzucać się na tę głęboką wodę, na której już wielokrotnie się przejechałem, a właściwie podtopiłem, nawet utopiłem... Nieistotne. Ważne było to, że był ze mnie głupek. Igrałem z siłami, z którymi nie mogłem wygrać, więc teraz stałem nad wykrwawiającym się Laurentem i nie wiedziałem przez chwilę, co się dzieje. Drobne puzzle wpadały magicznie na swoje miejsce. Jego szept, jego mdłe wołanie o pomoc, bez siły, bez życia... życia, które w tej chwili znajdowało się we mnie.
Położyłem go na podłodze roztrzęsionymi rękoma, próbując jakoś to... cofnąć? Tsa. Naprawić? Żałosny to był taniec moich dłoni, kiedy próbowałem jego stan ogarnąć swoim umysłem. Matko, co ja zrobiłem?! Kiedy?! - wrzeszczały moje myśli. Nie rozumiałem, jak mogłem dać się omotać samemu sobie, ale... Mleko się rozlało? Coś o tym myślałem... Podobnie jak o tym, że wezmę tylko kilka kropel?!
W końcu jednak chwyciłem go za szyję by zatamować krwawienie. Chwyciłem go za miejsce, które powinienem omijać szerokim łukiem.
- MIGOTEK! CHOLERA, MIGOTEK! U mnie... na Horyzontalnej... są eliksiry - wyrzuciłem z siebie w przestrzeń. Nie wiedziałem, czy mnie słyszał. Nie byłem pewien, czy mnie wysłucha. Nie mogłem się skupić. Gdzie była moja różdżka!? Gdzie była moja cholerna różdżka?!
Uniosłem dłonie, chcąc jej szukać, ale to był błąd. To był srogi błąd. Dłoń miałem całą we krwi, a jej zapach właśnie uderzał w moje nozdrza. O nie! Odwróciłem spojrzenie i zęby żeby tego nie widzieć, nie czuć, ale było już za późno. Było za późno. Wszystko się we mnie buntowało, że powinienem znowu... Szyję... O nie! Zęby... Świerzbiły mnie znowu zęby. To był jakiś koszmar. To nie mogło dziać się naprawdę. Nie chciałem brać w tym udziału. Próbowałem się odsunąć, ale nie mogłem. To było silniejsze ode mnie. Ta krew pachniała tak kusząco, zapowiadała wszystko, co najlepsze. Raj? Raj na ziemi? Zapowiadała sam raj? Zabawne, bo jakby znajdowałem się w Raju.
Uniosłem dłoń do swojego nosa. Tak, to nie było nic złego. Piękna melodia. Jedyna rzecz, która nadawała smaku mojej egzystencji. Mogłem się nią rozkoszować do woli, więc nie wiadomo, o co było tyle ambarasu. Mhmm... Rozpływałem się, nawet kiedy próbowałem jej smaku ze swoich palców, a z żył? Z żył była jeszcze pyszniejsza.
Laurent miał spory problem. Najwyraźniej nie w głowie były mi teraz słowne utarczki. Miałem coś zdecydowanie lepszego na tapecie. Zasyczałem, zamierzając znowu się wgryźć. Potrzebowałem tego jak diabli.