12.08.2024, 22:40 ✶
W przypadku swojego zdrowia i obrażeń Brenna zazwyczaj starała się zachowywać rozsądek, problem polegał jednak na tym, że to co było rozsądne jej zdaniem nie zawsze było takim w opinii uzdrowicieli. Na przykład szła do magimedyków bez protestów ze wszelkimi obrażeniami, które mogły wpłynąć na jej sprawność – tak jak ignorowała skaleczenia, siniaki i stłuczenia, tak w te pędy była gotowa się zgłaszać z klątwami, tajemniczymi, czarnymi plamami, złamaniami, znikającymi kośćmi i krwotokami. Dawała się obejrzeć, opatrzeć, nie marudziła (co najwyżej gadała bez opętania), przyjmowała wszystkie wskazane jej eliksiry oraz maści. Ba, nawet zgadzała się chwilę posiedzieć i poczekać aż taka kość odrośnie. Była jednak absolutnie głucha na sugestie takie jak „zagoi się w dwa dni, ale potem powinnaś wypoczywać jeszcze przez tydzień” (bo skoro zagoi się w dwa, to dwa dni wystarczą, może, jeśli się da, jeszcze jeden nienadwyrężania się, ale to już różnie bywało), „powinnaś wziąć trzy dni zwolnienia” czy „najlepiej zostać w łóżku”. Brenna wypoczywała grzecznie dokładnie do tego momentu, w którym obrażenia znikały, a organizm przestawał protestować wobec wysiłku. I nawet smutne spojrzenie Lupina nie mogło przekonać ją do zmiany tych zwyczajów.
– Słowo, nie będzie problemów. Oberwałam całkiem zwykłym zaklęciem i to przez przypadek, to nawet nie była czarna magia – zapewniła Brenna pośpiesznie, bo i Cedric miał rację, że czarnomagiczne czary miewały tendencję do pozostawiania trudno gojących się ran. Tym razem… no dusił ją inferius, ale tak po prostu fizycznie, a płomienie były małym wypadkiem przy pracy.
Tak naprawdę najgorsze rzeczy działy się w ich umysłem, a organizm był osłabiony utratą energii oraz wyziębieniem znacznie bardziej niż tymi ranami. Ale Brenna fizycznie naprawdę czuła się już lepiej, a jeśli szło o psychikę… Przywykła po prostu, że człowiek jest w stanie poradzić sobie z zaskakująco wieloma rzeczami. Pokolenie jej rodziców pamiętało wojnę, tę prawdziwą, brutalniejszą niż ta tocząca się obecnie, i nasłuchała się od nich wystarczająco dużo, aby wiedzieć, że ludzie potrafili przetrwać znacznie gorsze rzeczy niż te, którym musiała stawić czoło ona. Odepchnęła więc wspomnienie lepkiej ciemności, skupiając uwagę na Cedricu i jego opowieści. Krótkiej, ale wiele mówiącej.
– I to ja za mało wypoczywam, hm? – rzuciła tylko, a potem przekrzywiła odrobinę głowę, gestem, którego nabyła gdy stała się animagiem, przysługując reszcie historii. Spochmurniała trochę, ale nie pozwoliła, aby coś uwidoczniło się na jej twarzy. Śliczna, wesoła Viorica, lubiąca zabawę i często będąca na przekór z prawem, nie była dziewczyną, którą Brenna widziałaby u boku Lupina – ale też Brenna była ostatnią osobą, która mogła rzucać w takiej sytuacji kamieniem. Niestety, nie mogła od razu zakładać tu jakiegoś nieporozumienia, bo jej pierwszą myślą było, że może Zamfir nagle zmieniła zdanie.
Chciałaby powiedzieć coś pocieszającego. Zapewnianie, że będzie dobrze, gdy sytuacja wyglądała tak jednoznacznie, byłoby jednak paskudnym kłamstwem: a Brenna nie chciała okłamywać Cedrica. Oszukiwanie siebie i innych w takich sprawach nigdy nie było dobrym pomysłem. Pocieszające słowa mogła mu dać dopiero za dwa dni, gdy sama została wciągnięta w zagadkę Windermere.
– Nie musiałeś zrobić niczego nie tak, Cedric. Niektórzy… mhm, różnie reagują, potrafią wściec się o głupoty. Mogła po prostu uznać, że nie podoba się jej to miejsce i zniknąć. Jeśli to było coś takiego, i tak by wam nie wyszło – powiedziała w końcu i ścisnęła na moment jego dłoń. – Przykro mi, że tak wyszło.
– Słowo, nie będzie problemów. Oberwałam całkiem zwykłym zaklęciem i to przez przypadek, to nawet nie była czarna magia – zapewniła Brenna pośpiesznie, bo i Cedric miał rację, że czarnomagiczne czary miewały tendencję do pozostawiania trudno gojących się ran. Tym razem… no dusił ją inferius, ale tak po prostu fizycznie, a płomienie były małym wypadkiem przy pracy.
Tak naprawdę najgorsze rzeczy działy się w ich umysłem, a organizm był osłabiony utratą energii oraz wyziębieniem znacznie bardziej niż tymi ranami. Ale Brenna fizycznie naprawdę czuła się już lepiej, a jeśli szło o psychikę… Przywykła po prostu, że człowiek jest w stanie poradzić sobie z zaskakująco wieloma rzeczami. Pokolenie jej rodziców pamiętało wojnę, tę prawdziwą, brutalniejszą niż ta tocząca się obecnie, i nasłuchała się od nich wystarczająco dużo, aby wiedzieć, że ludzie potrafili przetrwać znacznie gorsze rzeczy niż te, którym musiała stawić czoło ona. Odepchnęła więc wspomnienie lepkiej ciemności, skupiając uwagę na Cedricu i jego opowieści. Krótkiej, ale wiele mówiącej.
– I to ja za mało wypoczywam, hm? – rzuciła tylko, a potem przekrzywiła odrobinę głowę, gestem, którego nabyła gdy stała się animagiem, przysługując reszcie historii. Spochmurniała trochę, ale nie pozwoliła, aby coś uwidoczniło się na jej twarzy. Śliczna, wesoła Viorica, lubiąca zabawę i często będąca na przekór z prawem, nie była dziewczyną, którą Brenna widziałaby u boku Lupina – ale też Brenna była ostatnią osobą, która mogła rzucać w takiej sytuacji kamieniem. Niestety, nie mogła od razu zakładać tu jakiegoś nieporozumienia, bo jej pierwszą myślą było, że może Zamfir nagle zmieniła zdanie.
Chciałaby powiedzieć coś pocieszającego. Zapewnianie, że będzie dobrze, gdy sytuacja wyglądała tak jednoznacznie, byłoby jednak paskudnym kłamstwem: a Brenna nie chciała okłamywać Cedrica. Oszukiwanie siebie i innych w takich sprawach nigdy nie było dobrym pomysłem. Pocieszające słowa mogła mu dać dopiero za dwa dni, gdy sama została wciągnięta w zagadkę Windermere.
– Nie musiałeś zrobić niczego nie tak, Cedric. Niektórzy… mhm, różnie reagują, potrafią wściec się o głupoty. Mogła po prostu uznać, że nie podoba się jej to miejsce i zniknąć. Jeśli to było coś takiego, i tak by wam nie wyszło – powiedziała w końcu i ścisnęła na moment jego dłoń. – Przykro mi, że tak wyszło.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.