12.01.2023, 18:55 ✶
Czy przejął się zdziwionym spojrzeniem Ollivandera? Ani trochę! Z uśmiechem na twarzy przeszedł się trzy kroki w jedną, a potem drugą stronę, pokazując mu strój pod różnym kątem tak, jakby to było jego pierworodne dziecko. Zadowolony z siebie stuknął kilka razy butami o posadzkę, by zwrócić jego uwagę na tę część garderoby. Były one, jak cała reszta, obrzydliwie stare.
- Nieźle, co nie? - spytał się, pękając z dumy. Był po prostu szczęśliwy, że miał tę rolę, mógł nosić ten strój, nawet jeśli był niewygodny, i pokazywać się w nim. Udało mu się: jego kariera aktorska nabierała tempa, dostał swoją szansę na to, by pokazać swój talent. Ta okropna szata była tego symbolem.
- Lepiej. Masz przed sobą Godryka Griffindora, we własnej osobie, wersja robocza – wyjaśnił, ściągając rękawice, które nie były mu do niczego potrzebne, wręcz trochę mu teraz wadziły z powodu swoich rozmiarów. Pewnie czekały ich jeszcze krawieckie poprawki, stąd zaznaczył, że nie jest to ostateczna wersja.
- Zabieram cię ze sobą. Mamy zamek do wybudowania, w którym będziemy torturować małe dzieci. Nazwiemy go: szkoła – zażartował i odrzucił rękawiczki na ladę, które uderzyły weń z hałasem. - Ale skoro już o tym wspomniałeś, to smok też może się trafić – zaspojlerował część sztuki, bo nie mógł się powstrzymać.
Dopiero po chwili zwrócił uwagę na coś innego niż on sam i dostrzegł, że ubranie Fergusa też nie było całkiem zwyczajne. Zerknął na niego zdziwiony. Skąd wziął ten kurz? Czyżby czyścił zakamarki za szafami swoimi rękawami?
- Czyżbym obudził cię ze snu? - spróbował zgadnąć powód, dla którego jego szata nie była w nienagannym stanie. Może usnął z nudów gdzieś w kącie i osiadł kurzem? Mocno podziwiał Fergusa za to, że był w stanie wytrzymać cały dzień w sklepie, w którym nie było dużo ruchu. Theodore na jego miejscu albo by cały czas spał, albo zwariował. Raczej to drugie.
- Nieźle, co nie? - spytał się, pękając z dumy. Był po prostu szczęśliwy, że miał tę rolę, mógł nosić ten strój, nawet jeśli był niewygodny, i pokazywać się w nim. Udało mu się: jego kariera aktorska nabierała tempa, dostał swoją szansę na to, by pokazać swój talent. Ta okropna szata była tego symbolem.
- Lepiej. Masz przed sobą Godryka Griffindora, we własnej osobie, wersja robocza – wyjaśnił, ściągając rękawice, które nie były mu do niczego potrzebne, wręcz trochę mu teraz wadziły z powodu swoich rozmiarów. Pewnie czekały ich jeszcze krawieckie poprawki, stąd zaznaczył, że nie jest to ostateczna wersja.
- Zabieram cię ze sobą. Mamy zamek do wybudowania, w którym będziemy torturować małe dzieci. Nazwiemy go: szkoła – zażartował i odrzucił rękawiczki na ladę, które uderzyły weń z hałasem. - Ale skoro już o tym wspomniałeś, to smok też może się trafić – zaspojlerował część sztuki, bo nie mógł się powstrzymać.
Dopiero po chwili zwrócił uwagę na coś innego niż on sam i dostrzegł, że ubranie Fergusa też nie było całkiem zwyczajne. Zerknął na niego zdziwiony. Skąd wziął ten kurz? Czyżby czyścił zakamarki za szafami swoimi rękawami?
- Czyżbym obudził cię ze snu? - spróbował zgadnąć powód, dla którego jego szata nie była w nienagannym stanie. Może usnął z nudów gdzieś w kącie i osiadł kurzem? Mocno podziwiał Fergusa za to, że był w stanie wytrzymać cały dzień w sklepie, w którym nie było dużo ruchu. Theodore na jego miejscu albo by cały czas spał, albo zwariował. Raczej to drugie.