13.08.2024, 12:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 12:26 przez Lorraine Malfoy.)
Milczała. Wszystkie uśmiechy, które mogła mu podarować, zgasły: został tylko popiół, bielący jej usta i policzki. Im dłużej mówił, tym bardziej bladła. Anthony mówił, a Lorraine milczała, bo nawet gdyby chciała, nie mogłaby wykrztusić choćby słowa. Dławiła się popiołem. Mimowolnie sięgnęła ręką ku szyi. Otwarta dłoń przesunęła się wzdłuż równiny unoszonej płytkimi oddechami piersi aż po urwisko obojczyków odkrytych przez dekolt pożyczonej sukni. Zaplotła rozcapierzone palce wokół szyi, starając się zignorować metalowy naszyjnik, którego chłodny splot zwykł przynosić ukojenie, a teraz przypominał tylko o jeszcze innej stracie: naga skóra paliła w dotyku żywym ogniem, ale przecież jestem martwa, zdziwiła się Lorraine, powinnam być zimna – zimna jak urna wypełniona prochem – zimna jak trup. Trwała nieruchomo – zasłuchana w słowa mężczyzny, który wzgardził blichtrem wieczoru, by jej towarzyszyć w ciszy biblioteki – i próbowała nie wybuchnąć płaczem.
Poczuła się zdradzona.
Jak śmiał, pomyślała, bliska histerii – on, który dzisiejszego wieczoru miał stać na czele pogrzebowego konduktu, powozić końmi jej karawanu – on – szlachetny, elegancki – spowity w elegijną czerń, kiedy wszyscy dookoła paradowali odziani w biel. Jak śmiał mówić jej o życiu – on, z dłońmi godnymi przejąć batutę dyrygenta w ostatnim requiem – jak śmiał, kiedy jedynym, o czym myślała Lorraine, była śmierć? Wyglądał na kogoś, kto wie, czym jest samotność – kogoś, kto jest w stanie podzielić jej ból – kogoś, kto, tak jak ona, odnajduje siebie na kartach tragedii. Gotowa była przysiąc, że dostrzegła smutek w tych szarych oczach. Jak Anthony Shafiq mógł mówić jej o nadziei, o życiu, kiedy przed nią nie było żadnego życia – nie było żadnej przyszłości?
Mogłaby mu zadedykować swój ulubiony marsz żałobny: “temu, który wyszedł, nim skończyłam grać”, powiedziałaby – bezczelnie, z niezdrowo błyszczącymi oczyma i dumnie wzniesioną głową – poszłaby do grobu zastanawiając się, czy kiedy wsłuchiwał się w jej aranżację Rachmaninowa nie czuł nic, czy czuł zbyt wiele. Czy w ogóle była jakaś różnica? Chciała wierzyć, że tak. Chciała wierzyć, że jego milczenie było całunem, który zarzuca się na twarz zmarłej z szacunku, nie dlatego, że stężałe pośmiertnie rysy budzą wstręt.
Nie potrzebowała jego litości. Nie potrzebowała niczyjej litości.
– Bardzo ładnie – powiedziała Eleonora Malfoy, stając za plecami Lorraine, która zasiadła przy toaletce. “Dzisiaj musisz się dobrze zaprezentować”, stwierdziła wcześniej, obrzucając Lorraine wymownym spojrzeniem, które przypomniało dziewczynie, że rodzina może mieć wobec niej pewne oczekiwania – że powinna być wdzięczna za ten wieczór, wykorzystać swoją szansę, by zaistnieć w towarzystwie. Lorraine była wdzięczna. Wątpiła jednak, by ktoś życzył sobie towarzystwa dziewczyny o wejrzeniu samobójczyni.
– To już ponad miesiąc, Lorraine – powiedziała cicho Eleanora. Lorraine drgnęła mimowolnie. Wpatrywała się taflę zwierciadła, w lustrzane odbicie ciotki, która – z pewnym wahaniem – odgarnęła długie blond włosy dziewczyny, by oprzeć ręce na jej ramionach: gest krótki, ale czuły, rozlewający się przyjemnym ciepłem na całe ciało. – Rozumiem twój ból, ale taki los czeka nas wszystkich. Twoja matka chciałaby, żebyś żyła dalej.
Lorraine powstrzymała pogardliwe prychnięcie. Nie rozumiała nagłej zmiany w zachowaniu ciotki. Nie wiesz, czego chciałaby Miranda, pomyślała gniewnie, nie znasz jej, tak jak ja ją znam. Zawsze czas teraźniejszy – “chce”, a nie “chciała”, “znam”, nie “znałam” – nie potrafiła przestawić się na czas przeszły. Chciałaby, żebym położyła się na jej grobie i umarła razem z nią. Mimo to przytrzymała dłonie Eleanory na swych ramionach, nie pozwalając się wypuścić z objęć jeszcze przez chwilę.
Może jednak potrzebowała litości, może dlatego tak wyrachowanie obnosiła się bowiem ze swoim cierpienie – jak Hamlet wystawiający sztukę w sztuce. Czy Anthony Shafiq był Klaudiuszem, którego chciała poruszyć, by zyskać pewność, że jej rozpacz jest prawdziwa? Żałoba uczyniła ją samolubną. Samolubną jak Hamlet – Hamlet uwięziony w ciele Ofelii. Nie ma we mnie nic z Ofelii, pomyślała gorzko: Ofelia osunęła się w ramiona śmierci po cichu, bez koncertu, bez rozdzierających serce deklaracji, bez przeintelektualizowanych dyskusji. Nie potrafiła dobyć głosu przez całą sztukę, a gdy wreszcie mogła przemówić, przepadła w otchłani szalenstwa, nie mniej skrępowana niż wcześniej: tym razem nie przez poczucie obowiązku wobec rodzica, lecz przez okowy własnego umysłu. Ale to nie rola szalonej prorokini rozdającej kwiaty była jej największym aktem defiacji – prorokini, która jednym bukietem polnych kwiatów podyktowała dalsze losy tragedii – było nim to, że odeszła po cichu. W swojej cichości znalazła sposób, by ostatecznie wyrwać się spod wpływu narracji: śmierć nie znalazła jej na scenie, tylko za kulisami, osłoniętą przed wścibskimi spojrzeniami czytelników litościwą dłonią dramaturga. Czy to dlatego wyszedł z koncertu? Nie chciał być jak artyści, uwieczniający Ofelię w momencie, kiedy odchodzi z pieśnią na ustach, podglądaczem, który rozkoszuje się widokiem jej agonii? Piękna Ofelia – martwa Ofelia – dlaczego nie mogła być pierdoloną Ofelią, i po prostu zdechnąć?
Lorraine nieświadomie nachyliła się bliżej Anthony’ego, zwróciła twarz w jego stronę, podobnie jak i on ściszyła głos: to, co mówiła, było tajemnicą, która miała zostać pogrzebaną w tej bibliotece już na zawsze.
– Dla umarłych nie ma miejsca na ucztach żywych, panie Shafiq. – Ledwo słyszalny szept sączył się z ust Lorraine, słowa dalej smakowały popiołem. – A jednak, jak dumny Orfeusz, zstępuje pan na dno otchłani – bo mówi pan tak pięknie jak Orfeusz. – Przechyliła lekko głowę, przypatrując mu się uważnie. – Orfeusz sławiący rubiny na szyi Persefony, nieświadomy że zaklęto w nich dusze umarłych. Proszę nie dawać nadziei Eurydyce. Wystarczy, że metrum Wyspy Umarłych przypomina mi oddech, ten sam, za którym pan tak tęskni. – Raz urywany, niczym agonalne westchnienie umierającego starca – słyszała w nim odległe echo motywu pogrzebowego Dies irae – a raz rozpaczliwy, gwałtowny, jak pierwszy haust powietrza nowonarodzonego dziecka: takiego, które jak Lorraine wyszło z łona matki na opak i rozpaczliwie chciało do niego powrócić. – Wystarczy, że metrum Hamleta przypomina mi bicie serca, wdzierając się do mojej własnej piersi. – Mówiła jak zaklęta dopóki nie zabrakło jej tchu, z serce oszalale obijającym się o żebra. Pentametr jambiczny, którym tak chętnie posługiwał się Szekspir zapewnił Hamletowi nieśmiertelność: duński książę umiera, ale czy jego serce może kiedykolwiek przestać bić? – Wystarczy mi, że kiedyś przypomni pan sobie mój koncert. – Bo wyjdziesz z tej biblioteki, jak Orfeusz z Hadesu, ale ja zostanę, pomyślała. – Może na koncercie w filharmonii usłyszy pan Rachmaninowa. Może podczas dalekiego rejsu poza granice Anglii zobaczy pan mgliste wybrzeże, które przypomni o Wyspie Umarłych. Może pewnej sierpniowej nocy, podobnej do tej, spacerując ulicami wiecznego miasta, pośród ruin imperium, które wchłonęło greckie sny, powrócą do pana moje słowa. Proszę wtedy o mnie myśleć – i obejrzeć się za siebie.
Odruchowo spróbowała się uśmiechnąć.
– Zawstydził mnie pan – wyznała miękko – po krótkim milczeniu, które trwało ledwie trzy głośne uderzenia serca – z grobowym wręcz spokojem: wszystkie słowa, które padły z jej ust były przecież tylko solilokwium, niesłyszalnym dla nikogo poza nią, niemożliwe, by Anthony ją usłyszał, niemożliwe, by ktokolwiek ją usłyszał; spuściła zaraz oczy na złożone na podołku dłonie, gładząc okładkę ukochanej sztuki – Koriolanus mógłby uratować cały świat. Hamletowi wystarczyłoby uratować samego siebie. – Mówili o sztuce wciąż? – Nie wiem, jak się z tym czuć.
Poczuła się zdradzona.
Jak śmiał, pomyślała, bliska histerii – on, który dzisiejszego wieczoru miał stać na czele pogrzebowego konduktu, powozić końmi jej karawanu – on – szlachetny, elegancki – spowity w elegijną czerń, kiedy wszyscy dookoła paradowali odziani w biel. Jak śmiał mówić jej o życiu – on, z dłońmi godnymi przejąć batutę dyrygenta w ostatnim requiem – jak śmiał, kiedy jedynym, o czym myślała Lorraine, była śmierć? Wyglądał na kogoś, kto wie, czym jest samotność – kogoś, kto jest w stanie podzielić jej ból – kogoś, kto, tak jak ona, odnajduje siebie na kartach tragedii. Gotowa była przysiąc, że dostrzegła smutek w tych szarych oczach. Jak Anthony Shafiq mógł mówić jej o nadziei, o życiu, kiedy przed nią nie było żadnego życia – nie było żadnej przyszłości?
Mogłaby mu zadedykować swój ulubiony marsz żałobny: “temu, który wyszedł, nim skończyłam grać”, powiedziałaby – bezczelnie, z niezdrowo błyszczącymi oczyma i dumnie wzniesioną głową – poszłaby do grobu zastanawiając się, czy kiedy wsłuchiwał się w jej aranżację Rachmaninowa nie czuł nic, czy czuł zbyt wiele. Czy w ogóle była jakaś różnica? Chciała wierzyć, że tak. Chciała wierzyć, że jego milczenie było całunem, który zarzuca się na twarz zmarłej z szacunku, nie dlatego, że stężałe pośmiertnie rysy budzą wstręt.
Nie potrzebowała jego litości. Nie potrzebowała niczyjej litości.
– Bardzo ładnie – powiedziała Eleonora Malfoy, stając za plecami Lorraine, która zasiadła przy toaletce. “Dzisiaj musisz się dobrze zaprezentować”, stwierdziła wcześniej, obrzucając Lorraine wymownym spojrzeniem, które przypomniało dziewczynie, że rodzina może mieć wobec niej pewne oczekiwania – że powinna być wdzięczna za ten wieczór, wykorzystać swoją szansę, by zaistnieć w towarzystwie. Lorraine była wdzięczna. Wątpiła jednak, by ktoś życzył sobie towarzystwa dziewczyny o wejrzeniu samobójczyni.
– To już ponad miesiąc, Lorraine – powiedziała cicho Eleanora. Lorraine drgnęła mimowolnie. Wpatrywała się taflę zwierciadła, w lustrzane odbicie ciotki, która – z pewnym wahaniem – odgarnęła długie blond włosy dziewczyny, by oprzeć ręce na jej ramionach: gest krótki, ale czuły, rozlewający się przyjemnym ciepłem na całe ciało. – Rozumiem twój ból, ale taki los czeka nas wszystkich. Twoja matka chciałaby, żebyś żyła dalej.
Lorraine powstrzymała pogardliwe prychnięcie. Nie rozumiała nagłej zmiany w zachowaniu ciotki. Nie wiesz, czego chciałaby Miranda, pomyślała gniewnie, nie znasz jej, tak jak ja ją znam. Zawsze czas teraźniejszy – “chce”, a nie “chciała”, “znam”, nie “znałam” – nie potrafiła przestawić się na czas przeszły. Chciałaby, żebym położyła się na jej grobie i umarła razem z nią. Mimo to przytrzymała dłonie Eleanory na swych ramionach, nie pozwalając się wypuścić z objęć jeszcze przez chwilę.
Może jednak potrzebowała litości, może dlatego tak wyrachowanie obnosiła się bowiem ze swoim cierpienie – jak Hamlet wystawiający sztukę w sztuce. Czy Anthony Shafiq był Klaudiuszem, którego chciała poruszyć, by zyskać pewność, że jej rozpacz jest prawdziwa? Żałoba uczyniła ją samolubną. Samolubną jak Hamlet – Hamlet uwięziony w ciele Ofelii. Nie ma we mnie nic z Ofelii, pomyślała gorzko: Ofelia osunęła się w ramiona śmierci po cichu, bez koncertu, bez rozdzierających serce deklaracji, bez przeintelektualizowanych dyskusji. Nie potrafiła dobyć głosu przez całą sztukę, a gdy wreszcie mogła przemówić, przepadła w otchłani szalenstwa, nie mniej skrępowana niż wcześniej: tym razem nie przez poczucie obowiązku wobec rodzica, lecz przez okowy własnego umysłu. Ale to nie rola szalonej prorokini rozdającej kwiaty była jej największym aktem defiacji – prorokini, która jednym bukietem polnych kwiatów podyktowała dalsze losy tragedii – było nim to, że odeszła po cichu. W swojej cichości znalazła sposób, by ostatecznie wyrwać się spod wpływu narracji: śmierć nie znalazła jej na scenie, tylko za kulisami, osłoniętą przed wścibskimi spojrzeniami czytelników litościwą dłonią dramaturga. Czy to dlatego wyszedł z koncertu? Nie chciał być jak artyści, uwieczniający Ofelię w momencie, kiedy odchodzi z pieśnią na ustach, podglądaczem, który rozkoszuje się widokiem jej agonii? Piękna Ofelia – martwa Ofelia – dlaczego nie mogła być pierdoloną Ofelią, i po prostu zdechnąć?
Lorraine nieświadomie nachyliła się bliżej Anthony’ego, zwróciła twarz w jego stronę, podobnie jak i on ściszyła głos: to, co mówiła, było tajemnicą, która miała zostać pogrzebaną w tej bibliotece już na zawsze.
– Dla umarłych nie ma miejsca na ucztach żywych, panie Shafiq. – Ledwo słyszalny szept sączył się z ust Lorraine, słowa dalej smakowały popiołem. – A jednak, jak dumny Orfeusz, zstępuje pan na dno otchłani – bo mówi pan tak pięknie jak Orfeusz. – Przechyliła lekko głowę, przypatrując mu się uważnie. – Orfeusz sławiący rubiny na szyi Persefony, nieświadomy że zaklęto w nich dusze umarłych. Proszę nie dawać nadziei Eurydyce. Wystarczy, że metrum Wyspy Umarłych przypomina mi oddech, ten sam, za którym pan tak tęskni. – Raz urywany, niczym agonalne westchnienie umierającego starca – słyszała w nim odległe echo motywu pogrzebowego Dies irae – a raz rozpaczliwy, gwałtowny, jak pierwszy haust powietrza nowonarodzonego dziecka: takiego, które jak Lorraine wyszło z łona matki na opak i rozpaczliwie chciało do niego powrócić. – Wystarczy, że metrum Hamleta przypomina mi bicie serca, wdzierając się do mojej własnej piersi. – Mówiła jak zaklęta dopóki nie zabrakło jej tchu, z serce oszalale obijającym się o żebra. Pentametr jambiczny, którym tak chętnie posługiwał się Szekspir zapewnił Hamletowi nieśmiertelność: duński książę umiera, ale czy jego serce może kiedykolwiek przestać bić? – Wystarczy mi, że kiedyś przypomni pan sobie mój koncert. – Bo wyjdziesz z tej biblioteki, jak Orfeusz z Hadesu, ale ja zostanę, pomyślała. – Może na koncercie w filharmonii usłyszy pan Rachmaninowa. Może podczas dalekiego rejsu poza granice Anglii zobaczy pan mgliste wybrzeże, które przypomni o Wyspie Umarłych. Może pewnej sierpniowej nocy, podobnej do tej, spacerując ulicami wiecznego miasta, pośród ruin imperium, które wchłonęło greckie sny, powrócą do pana moje słowa. Proszę wtedy o mnie myśleć – i obejrzeć się za siebie.
Odruchowo spróbowała się uśmiechnąć.
– Zawstydził mnie pan – wyznała miękko – po krótkim milczeniu, które trwało ledwie trzy głośne uderzenia serca – z grobowym wręcz spokojem: wszystkie słowa, które padły z jej ust były przecież tylko solilokwium, niesłyszalnym dla nikogo poza nią, niemożliwe, by Anthony ją usłyszał, niemożliwe, by ktokolwiek ją usłyszał; spuściła zaraz oczy na złożone na podołku dłonie, gładząc okładkę ukochanej sztuki – Koriolanus mógłby uratować cały świat. Hamletowi wystarczyłoby uratować samego siebie. – Mówili o sztuce wciąż? – Nie wiem, jak się z tym czuć.