13.08.2024, 12:23 ✶
Chłopak głupi i odważny, pomyślała Brenna, jakby sama dwa razy nie tłukła się z wampirem i ten nie rozbił jej twarzy.
- Dobrze – pochwaliła krótko Dorę, nawet jeśli pomyślała, że pnącza były trochę za słabym wyborem dla kogoś, kto próbował ich zagryźć. Ale co mogła innego powiedzieć? Crawley ostatecznie sobie poradziła, uratowała Jessiego i tamtą dziewczynę, a to nie był dobry moment na szkolenie i wymienianie bardziej skutecznych zaklęć - samej Brennie zimno się robiło, kiedy myślała o tym, co stało się w tej ciemnej alejce, Dorą więc z pewnością to wstrząsnęło.
A nawet gdyby nie, Brenna nie mogła poinstruować jej, aby sięgała po czarną magię. Choć kiedy Dora wspomniała, że ten im groził, sama miała wielką ochotę potraktować tego gnoja ogniem. Nawet jeśli też wiedziała, że wampir nie ma żadnych szans znaleźć dziewczyny w Warowni, sam fakt rzucanka tych pogróżek ją złościł. Gniew już dawno zasiany w jej duszy przez wszystkie paskudne sprawy w pracy kiełkował coraz żywiej od czasu Beltane, i bardzo łatwo mógł wyrwać się spod kontroli.
Może spróbować, pomyślała, a przed oczyma miała teraz wampirzycę z Marunween, jej bladą, piękną twarz, w mgnieniu oka zatracającą pozory człowieczeństwa. Z trudem powstrzymała odruch zaciśnięcia dłoni w pięści, ale i tak potarła przedramię opuszkami palców, w miejscu, w którym Dolores wgryzła się w ciało i mięśnie, pozostawiając paskudną, źle gojącą się ranę. Myślała o ogniu, płonącym na cmentarzu, o pozostałym po nim prochu – i że nie dałaby rady na to pozwolić, gdyby wcześniej nie uwierzyła, że w tej istocie nie zostało nic z człowieka.
I mimowolnie zastanowiła się, czy dałaby radę zabić po prostu i tego wampira, który groził Dorze: a że coś w jej głowie szeptało „tak”, od tej myśli był tylko o krok do kolejnej.
Kiedy wojna zmieni ją na tyle mocno, że pierwszy raz da świadomie komuś zginąć, a później sama bez wahania pozbawi życia?
– Znajdę go pierwsza – przyrzekła, choć zwykle nie lubiła składać takich obietnic: nie chciała ich łamać, a pewne rzeczy nie leżały w jej mocy, bo była tylko jedną, zwyczajną czarownicą. Tym razem jednak szczerze wierzyła, że nie rzuca słów na wiatr. – Chodź, skarbie, powinnaś się przespać, a ja się przebiorę i skoczę do Munga – dodała jeszcze, podnosząc się z miejsca, jedną ręką zgarniając gazetę, a drugą wyciągając ku Dorze. Zacmokała też na psa, gdy kierowały się ku schodom: pomyślała, że skoro ona nie może zostać, Crawley przyda się tej nocy przynajmniej takie towarzystwo.
- Dobrze – pochwaliła krótko Dorę, nawet jeśli pomyślała, że pnącza były trochę za słabym wyborem dla kogoś, kto próbował ich zagryźć. Ale co mogła innego powiedzieć? Crawley ostatecznie sobie poradziła, uratowała Jessiego i tamtą dziewczynę, a to nie był dobry moment na szkolenie i wymienianie bardziej skutecznych zaklęć - samej Brennie zimno się robiło, kiedy myślała o tym, co stało się w tej ciemnej alejce, Dorą więc z pewnością to wstrząsnęło.
A nawet gdyby nie, Brenna nie mogła poinstruować jej, aby sięgała po czarną magię. Choć kiedy Dora wspomniała, że ten im groził, sama miała wielką ochotę potraktować tego gnoja ogniem. Nawet jeśli też wiedziała, że wampir nie ma żadnych szans znaleźć dziewczyny w Warowni, sam fakt rzucanka tych pogróżek ją złościł. Gniew już dawno zasiany w jej duszy przez wszystkie paskudne sprawy w pracy kiełkował coraz żywiej od czasu Beltane, i bardzo łatwo mógł wyrwać się spod kontroli.
Może spróbować, pomyślała, a przed oczyma miała teraz wampirzycę z Marunween, jej bladą, piękną twarz, w mgnieniu oka zatracającą pozory człowieczeństwa. Z trudem powstrzymała odruch zaciśnięcia dłoni w pięści, ale i tak potarła przedramię opuszkami palców, w miejscu, w którym Dolores wgryzła się w ciało i mięśnie, pozostawiając paskudną, źle gojącą się ranę. Myślała o ogniu, płonącym na cmentarzu, o pozostałym po nim prochu – i że nie dałaby rady na to pozwolić, gdyby wcześniej nie uwierzyła, że w tej istocie nie zostało nic z człowieka.
I mimowolnie zastanowiła się, czy dałaby radę zabić po prostu i tego wampira, który groził Dorze: a że coś w jej głowie szeptało „tak”, od tej myśli był tylko o krok do kolejnej.
Kiedy wojna zmieni ją na tyle mocno, że pierwszy raz da świadomie komuś zginąć, a później sama bez wahania pozbawi życia?
– Znajdę go pierwsza – przyrzekła, choć zwykle nie lubiła składać takich obietnic: nie chciała ich łamać, a pewne rzeczy nie leżały w jej mocy, bo była tylko jedną, zwyczajną czarownicą. Tym razem jednak szczerze wierzyła, że nie rzuca słów na wiatr. – Chodź, skarbie, powinnaś się przespać, a ja się przebiorę i skoczę do Munga – dodała jeszcze, podnosząc się z miejsca, jedną ręką zgarniając gazetę, a drugą wyciągając ku Dorze. Zacmokała też na psa, gdy kierowały się ku schodom: pomyślała, że skoro ona nie może zostać, Crawley przyda się tej nocy przynajmniej takie towarzystwo.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.