13.08.2024, 14:42 ✶
- Hm... wierzę w zbrodnię w afekcie. Albo z desperacji - stwierdziła Brenna. I to nawet tak… półżartem, półserio. Nie podejrzewałaby go o mordercze intencje wobec swojej osoby: gdyby chciał jej śmierci, te parę miesięcy temu odwrócił się i poszedł w drugą stronę, kiedy krwawiła pod jego drzwiami. Ale akurat wiara w zbrodnie w afekcie była całkiem szczera: ogromna ilość przestępstw, z którymi radzili sobie w Brygadzie, wcale nie była dobrze zaplanowana. Często to był były chłopak przemocowiec, napadający na sąsiadkę czy zdesperowana matka, która rzucała o jedno zaklęcie za dużo na kogoś, kto uderzył jej syna.
Chociaż zarazem nie wątpiła, że jeśli nawet Basilius nie potrafiłby ukryć dobrze zbrodni, to na pewno potrafiliby to jego krewni. Prewettowie nie byli, przynajmniej z tego co wiedziała, zamieszani w te najgorsze zbrodnie, pleniące się w ciemnościach Podziemnych Ścieżek, ale za blichtrem ich posiadłości kryły się rzeczy nie do końca legalne. Nieoficjalne zakłady, ustawiane wyścigi, zdobywanie informacji różnymi drogami. Z pewnością umieliby pozbyć się kogoś po cichu… tyle że ona była raczej za małym pioneczkiem, aby chciało się im w to bawić, poza tym miała wrażenie, że Vincent by się wtedy trochę wkurzył.
Nie była pewna za to, czy mówił poważnie o tym eliksirze. Ale na wszelki wypadek nie patrzyła już na fiolki. Ani na nic innego.
– Przeklęte Little Hangleton – powiedziała, gdy już zatrzymała się w gabinecie i zgodnie z sugestią (bo wbrew pozorom umiała słuchać uzdrowicieli, póki nie pletli jakiś głupot w rodzaju „no tydzień wolnego to dobry pomysł”) zatrzymała się na środku pomieszczenia i znieruchomiała. Z ręką tuż przy różdżce, tak na wszelki wypadek. – Aresztowanie gościa podejrzanego o dokonanie ataku na mugoli, starszy czarodziej, jego dom jeszcze starszy. Wątpię, żeby on miał szansę coś na mnie rzucić, za bardzo by nie zdążył, ale pewnie czegoś tam dotknęłam albo stanęłam w niewłaściwym miejscu, niby rzucaliśmy zaklęcia rozpraszające i w ogóle, ale równie dobrze przeklęte mogło być jakieś drzewo, albo studia, albo coś takiego. Przepraszam, rozpraszam cię? To znaczy… mówię, bo eee, nie wiem, okoliczności towarzyszące oberwania klątwą są chyba ważne? Na pewno oberwałam tam, wcześniej byłam w biurze, jeszcze wcześniej w domu i nic się nie działo. A jak stamtąd wychodziliśmy omal nie wpadłam do sukni, runęło drzewo, furtka rozpadła mi się pod dotykiem, i jeszcze później jeden aresztowany w biurze próbował mnie zadźgać nożykiem do papieru. A resztę to już widziałeś – wyrzuciła z siebie, swoim zwyczajem mówiąc dużo i szybko, ale tym razem przynajmniej nie plotła absolutnych głupot, a faktycznie próbowała przekazać kluczowe jak się jej wydawało informacje…
Chociaż zarazem nie wątpiła, że jeśli nawet Basilius nie potrafiłby ukryć dobrze zbrodni, to na pewno potrafiliby to jego krewni. Prewettowie nie byli, przynajmniej z tego co wiedziała, zamieszani w te najgorsze zbrodnie, pleniące się w ciemnościach Podziemnych Ścieżek, ale za blichtrem ich posiadłości kryły się rzeczy nie do końca legalne. Nieoficjalne zakłady, ustawiane wyścigi, zdobywanie informacji różnymi drogami. Z pewnością umieliby pozbyć się kogoś po cichu… tyle że ona była raczej za małym pioneczkiem, aby chciało się im w to bawić, poza tym miała wrażenie, że Vincent by się wtedy trochę wkurzył.
Nie była pewna za to, czy mówił poważnie o tym eliksirze. Ale na wszelki wypadek nie patrzyła już na fiolki. Ani na nic innego.
– Przeklęte Little Hangleton – powiedziała, gdy już zatrzymała się w gabinecie i zgodnie z sugestią (bo wbrew pozorom umiała słuchać uzdrowicieli, póki nie pletli jakiś głupot w rodzaju „no tydzień wolnego to dobry pomysł”) zatrzymała się na środku pomieszczenia i znieruchomiała. Z ręką tuż przy różdżce, tak na wszelki wypadek. – Aresztowanie gościa podejrzanego o dokonanie ataku na mugoli, starszy czarodziej, jego dom jeszcze starszy. Wątpię, żeby on miał szansę coś na mnie rzucić, za bardzo by nie zdążył, ale pewnie czegoś tam dotknęłam albo stanęłam w niewłaściwym miejscu, niby rzucaliśmy zaklęcia rozpraszające i w ogóle, ale równie dobrze przeklęte mogło być jakieś drzewo, albo studia, albo coś takiego. Przepraszam, rozpraszam cię? To znaczy… mówię, bo eee, nie wiem, okoliczności towarzyszące oberwania klątwą są chyba ważne? Na pewno oberwałam tam, wcześniej byłam w biurze, jeszcze wcześniej w domu i nic się nie działo. A jak stamtąd wychodziliśmy omal nie wpadłam do sukni, runęło drzewo, furtka rozpadła mi się pod dotykiem, i jeszcze później jeden aresztowany w biurze próbował mnie zadźgać nożykiem do papieru. A resztę to już widziałeś – wyrzuciła z siebie, swoim zwyczajem mówiąc dużo i szybko, ale tym razem przynajmniej nie plotła absolutnych głupot, a faktycznie próbowała przekazać kluczowe jak się jej wydawało informacje…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.