13.08.2024, 14:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 14:49 przez Millie Moody.)
Strategia o której mówiła Brenna była jak najbardziej zasadna, nawet jeśli Harper i Cain byli w Zakonie, to sieć Moodych była z pewnością dostępna dla ludzi spoza organizacji. Przede wszystkim też kojarzyła się Millie z ojcem, a niemal wszystko co kojarzyło jej się z ojcem, przynosiło ból i zgryzotę. Zupełnie inaczej było jednak z Księżycowym Stawem. To miejsce miało być Zakonu, ale od pierwszych chwil gdy przeskoczyła tutaj z Brenną, czuła... czuła się jak w domu. A patrząc na historię ostatnich miesięcy dawno się tak nie czuła.
Świeca zioła... wszystko spowite było już kadzidłem białej szałwii otwierającej kolejno czakry, lawendy wyciszającej poszum codzienności i tłustego tymianku rozpraszającego negatywną energię. To tylko zioła, to aż zioła. Jej świeca była kupiona na targowisku Mulciberów, co Millie w chwili zakupu potraktowała jako przebrzydły chichot losu, że te upadłe czyściuchy usługiwały jej, półkrwistej wariatce, dając narzędzie, które zgodnie z wiarą miało chronić... chociażby przed innymi czyściuchami, którzy biegali w maskach po ulicach i katowali mugolaków.
Teraz jednak o tym nie myślała, skupiła się na przyjaciółce, skupiła się na zaniedbanym domu, który potrzebował tylko odrobiny miłości, aby znów rozkwitnąć. Skupiła się na myśli o tych, którym zależało na jej zdrowiu i szczęściu z rozpalającą pewnością własnej w tym wzajemności. Nie byli to kochankowie, nie był to porywy serca czy namiętności tłamszonej kiepskim stanem. Przyjaciele, stado, rodzina, wojownicy. Zapaliła swoją świece i pomodliła się żarliwie o ich dobrobyt, a przede wszystkim bezpieczeństwo. O to, by Matka otoczyła ochroną Księżycowy Staw, by mogli wszyscy schronić się w nim w godzinie próby. Modliła się jak nigdy, chcąc by ściany usłyszały energię jej słów, by poczuły w starym drewnie, że oni się nim teraz zajmą. Modliła się tak, jakby chciała samą Matkę żywą i umarłą wezwać z pola, odgonić śmierć i nakazać jej tu właśnie rozgościć się i płonąć bezpiecznym ogniskiem rodzinnej miłości, za którym tęskniło tak wielu. Modliła się wdychając woń świecy, wierząc tu i teraz, że dym ten wleci do wielkich nozdrzy boginii, że poczuje go i spojrzy łaskawszym okiem na miejsce, które miało być dla nich schronieniem.
Dawno nie była tak skupiona, a gdy świece dogasły otworzyła powieki i w milczeniu jeszcze sięgnęła do swojej kieszeni, tylko po to, by sięgnąć po kartę. Dla domu. Na co uważać. Od czego zacząć porządki. Wyciągnęła ją, spojrzała i schowała talię na powrót do ciasnej kieszeni.
– Wracamy już, ale... ale wrócimy Księżycowy Stawie. Możesz na nas liczyć – powiedziała cicho kierując wzrok ku piętru, nieświadoma starć które ledwie za kilka dni odbędą się na terenie domostwa. Zaraz potem uśmiechnęła się do Brenny z powagą wieku, który rzadko przesiąkał przez szczupłą twarz.
– Wracajmy – poprosiła. Ich praca na dziś była skończona.
Świeca zioła... wszystko spowite było już kadzidłem białej szałwii otwierającej kolejno czakry, lawendy wyciszającej poszum codzienności i tłustego tymianku rozpraszającego negatywną energię. To tylko zioła, to aż zioła. Jej świeca była kupiona na targowisku Mulciberów, co Millie w chwili zakupu potraktowała jako przebrzydły chichot losu, że te upadłe czyściuchy usługiwały jej, półkrwistej wariatce, dając narzędzie, które zgodnie z wiarą miało chronić... chociażby przed innymi czyściuchami, którzy biegali w maskach po ulicach i katowali mugolaków.
Teraz jednak o tym nie myślała, skupiła się na przyjaciółce, skupiła się na zaniedbanym domu, który potrzebował tylko odrobiny miłości, aby znów rozkwitnąć. Skupiła się na myśli o tych, którym zależało na jej zdrowiu i szczęściu z rozpalającą pewnością własnej w tym wzajemności. Nie byli to kochankowie, nie był to porywy serca czy namiętności tłamszonej kiepskim stanem. Przyjaciele, stado, rodzina, wojownicy. Zapaliła swoją świece i pomodliła się żarliwie o ich dobrobyt, a przede wszystkim bezpieczeństwo. O to, by Matka otoczyła ochroną Księżycowy Staw, by mogli wszyscy schronić się w nim w godzinie próby. Modliła się jak nigdy, chcąc by ściany usłyszały energię jej słów, by poczuły w starym drewnie, że oni się nim teraz zajmą. Modliła się tak, jakby chciała samą Matkę żywą i umarłą wezwać z pola, odgonić śmierć i nakazać jej tu właśnie rozgościć się i płonąć bezpiecznym ogniskiem rodzinnej miłości, za którym tęskniło tak wielu. Modliła się wdychając woń świecy, wierząc tu i teraz, że dym ten wleci do wielkich nozdrzy boginii, że poczuje go i spojrzy łaskawszym okiem na miejsce, które miało być dla nich schronieniem.
Dawno nie była tak skupiona, a gdy świece dogasły otworzyła powieki i w milczeniu jeszcze sięgnęła do swojej kieszeni, tylko po to, by sięgnąć po kartę. Dla domu. Na co uważać. Od czego zacząć porządki. Wyciągnęła ją, spojrzała i schowała talię na powrót do ciasnej kieszeni.
Rzut Tarot 1d78 - 35
Dziesiątka Buław
Dziesiątka Buław
– Wracamy już, ale... ale wrócimy Księżycowy Stawie. Możesz na nas liczyć – powiedziała cicho kierując wzrok ku piętru, nieświadoma starć które ledwie za kilka dni odbędą się na terenie domostwa. Zaraz potem uśmiechnęła się do Brenny z powagą wieku, który rzadko przesiąkał przez szczupłą twarz.
– Wracajmy – poprosiła. Ich praca na dziś była skończona.
Koniec sesji