adnotacja moderatora
Rozliczono - osiągnięcie Piszę więc jestem - Jessie Kelly
Rozliczono - Jonathan Selwyn - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Jonathan Selwyn - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Jonathan wszedł do szpitala świętego Munga na umówione spotkanie w sprawie Kambodży w wyśmienitym nastroju, nawet jeśli późnopopołudniowy termin rozmowy, poprzedzony całym dniem w biurze, był daleka od idealnych. Natomiast już niecałą, godzinę później wychodził z budynkuł w nastroju bardziej niż poddenerwowanym. Był gotowy na to, że na spotkaniu może paść kilka mniej wygodnym kwestii w sprawie tego całego przedsięwzięcia, nad którym właśnie pracował OMSHM. Jonathan jednak absolutnie nie spodziewał się tego, że zamiast zdania w stylu przepraszam, ale coś tam coś tam magimedyczny żargon coś tam rośliny, usłyszy pytanie, od zaznajomionego uzdrowiciela, z którym prowadził rozmowy, o samopoczucia jego chrześniaka, a gdy zmartwiony dopytał o szczegóły dowiedział się, że Jessie trafił do nich wczoraj po ugryzieniu wampira! Wampira! Całe szczęście, że Selwyn dowiedział się o tym, jak już i tak miał wychodzić, bo inaczej chyba by zaryzykował zerwanie dobrych stosunków z Mungiem, byle tylko jak najszybciej zadać młodemu Kelly kilka pytań.
Selwyn wyszedł z budynku i teleportował się na aleję Horyzontalną nie zwlekając, ani chwili. Martwił się, ale to musiał był tylko zbieg okoliczności, prawda? W Londynie na pewno było też trochę wampirów, a ten którego podobizna tkwiła mu przed oczami siedział sobie teraz we Francji wśród swoich paskudnych róż. Jessie z pewnością po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i natknął się na jakiegoś innego wampira. Tylko co Jessie robił, że znalazł się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie? I czy ktoś już dorwał tamtego wampira? Charlotte? Czy Charlotte wiedziała? Chyba nie, bo w Proroku Codziennym nie było jeszcze informacji na temat oszałamiającej blondynki, która wymordowała wszystkie lokalne wampiry. Z drugiej strony Lottie pewnie nie zostawiłaby po sobie, ani śladu, więc wszystko jeszcze było możliwe.
Nie musiał nawet wchodzić do mieszkania rodziny Kelly, by porozmawiać z chrześniakiem, bo oto zobaczył Jessiego siedzącego w zaparkowanym przy budynku samochodzie wraz z merdającym ogonem Benjim. Jonathan mimowolnie uśmiechnął się na ten widok, bo po pierwsze, pies wyglądał na szalenie zadowolonego z życia, a po drugie widząc opartą o fotel czuprynę w kolorze ciemnego brązu nie mógł nie pomyśleć o ojcu chłopaka, a przed oczami stanął mu bardzo podobny obrazek. Dwudziestokilkuletni Ned Kelly w samochodzie przed domem w Ameryce, uśmiechnięty jak zwykle i proponujący, że nauczy go prowadzić, chociaż Selwyn taktycznie odmówił.
Jonathan podszedł szybkim krokiem do samochodu. Wyglądał na zdecydowanie bardziej biurową wersję samego siebie z teczką w ręku, ubrany w elegancki ciemny garnitur.
– Wracasz z przejażdżki? – spytał widząc, że szyba w aucie jest opuszczoną. Uśmiechał się tak, jak zwykle, ale czujne spojrzenie Selwyna dokładnie analizowało twarz i szyję chrześniaka.