13.08.2024, 23:56 ✶
Gdy usłyszała czyjś głos, w pierwszej sekundzie nie była pewna, czy ucieszyć się ogromnie, że jednak nie jest ostatnią żywą osobą w tym miasteczku, czy zmartwić, że na kogoś tutaj wpadła, akurat w momencie słabości. W drugiej sekundzie, jeszcze zanim zdążyła zdecydować (chociaż pewnie padłoby na to pierwsze, bo naprawdę to poczucie bycia jedynym człowiekiem na świecie nie było przyjemne), dotarło do niej, że ten konkretny głos zna całkiem nieźle. Wyprostowała się, spoglądając na Bulstrode’a, trochę zaskoczona, bo nie był na liście nawet pierwszych pięćdziesięciu osób, które spodziewałaby się tutaj zobaczyć – ale nie, że zamierzała narzekać. W tej chwili z jakichś powodów uznałaby chyba za pocieszające nawet pojawienie się któregoś z Borginów. Przynajmniej byli ludźmi. Chociaż w przypadku Stanleya można było mieć pewne wątpliwości.
– Ciotka zawsze nam tak powtarzała, więc jak byłam mała, siadałam na schodach przy każdej okazji, bo bardzo chciałam mieć własnego wilka – odparła, i nawet zdołała wypowiedzieć te słowa zupełnie normalnym tonem. Może Brenna nie była najbardziej uzdolnioną aktorką pod słońcem i nie nadawałaby się na gwiazdę teatru Selwynów, ale udawanie, że absolutnie wszystko jest w porządku, miała opanowane do perfekcji. A kiedy Atreus się tu znikąd zmaterializował, panika jakby trochę zelżała: nie żeby naprawdę wszystko było w porządku, ale przynajmniej poczuła, że częściowo odzyskuje zdrowe zmysły.
Nie wstała, nie tylko dlatego, że nie przejęła się zupełnie tym łapaniem wilka, ale i dlatego, że trochę się bała, że po prostu nie da rady. Nie rozumiała, co się działo. Zdarzało się jej panikować albo czuć okropnie – ale zwykle miała ku temu jakieś powody. Jak nieprzytomna i ranna Heather w ramionach, płaczący duch ledwo co zamordowanego dziecka albo Dumbledore oznajmiający jej poważnym głosem, że chciałby, aby zajęła się czymś, do czego zupełnie się nie nadawała. A nie chłodny poranek w Little Hangleton i nagłe rozklejenie po porwaniu, którego właściwie nie było, i po którym wszystko dobrze się skończyło.
Coś tam tłukło się jej w głowie mgliście z jakiejś mugolskiej książki o zespole stresu pourazowego, ale co niby miało go wyzwolić?
– Co ty tutaj robisz? Chyba nie wezwali aurorów do szukania dzieciaka? Czy znowu po okolicy łażą trupy i czarnoksiężnicy? W sumie co ja gadam, tutaj zawsze łażą jacyś czarnoksiężnicy.
Nie miał wprawdzie na sobie munduru, ale i tak unikał jego noszenia jak ognia, a Little Hangleton i auror kojarzyły się jej natychmiast z problemami. Brenna przez ostatnie kilka lat służby zaczęła postrzegać to miasteczko jako siedlisko czarnoksięstwa i ludzkiego szaleństwa.
– Ciotka zawsze nam tak powtarzała, więc jak byłam mała, siadałam na schodach przy każdej okazji, bo bardzo chciałam mieć własnego wilka – odparła, i nawet zdołała wypowiedzieć te słowa zupełnie normalnym tonem. Może Brenna nie była najbardziej uzdolnioną aktorką pod słońcem i nie nadawałaby się na gwiazdę teatru Selwynów, ale udawanie, że absolutnie wszystko jest w porządku, miała opanowane do perfekcji. A kiedy Atreus się tu znikąd zmaterializował, panika jakby trochę zelżała: nie żeby naprawdę wszystko było w porządku, ale przynajmniej poczuła, że częściowo odzyskuje zdrowe zmysły.
Nie wstała, nie tylko dlatego, że nie przejęła się zupełnie tym łapaniem wilka, ale i dlatego, że trochę się bała, że po prostu nie da rady. Nie rozumiała, co się działo. Zdarzało się jej panikować albo czuć okropnie – ale zwykle miała ku temu jakieś powody. Jak nieprzytomna i ranna Heather w ramionach, płaczący duch ledwo co zamordowanego dziecka albo Dumbledore oznajmiający jej poważnym głosem, że chciałby, aby zajęła się czymś, do czego zupełnie się nie nadawała. A nie chłodny poranek w Little Hangleton i nagłe rozklejenie po porwaniu, którego właściwie nie było, i po którym wszystko dobrze się skończyło.
Coś tam tłukło się jej w głowie mgliście z jakiejś mugolskiej książki o zespole stresu pourazowego, ale co niby miało go wyzwolić?
– Co ty tutaj robisz? Chyba nie wezwali aurorów do szukania dzieciaka? Czy znowu po okolicy łażą trupy i czarnoksiężnicy? W sumie co ja gadam, tutaj zawsze łażą jacyś czarnoksiężnicy.
Nie miał wprawdzie na sobie munduru, ale i tak unikał jego noszenia jak ognia, a Little Hangleton i auror kojarzyły się jej natychmiast z problemami. Brenna przez ostatnie kilka lat służby zaczęła postrzegać to miasteczko jako siedlisko czarnoksięstwa i ludzkiego szaleństwa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.