14.08.2024, 00:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.08.2024, 01:10 przez Brenna Longbottom.)
– Na to, że sama mogę zostać wilkiem, to wpadłam dopiero, jak miałam jakieś piętnaście lat – powiedziała i uśmiechnęła się, niezbyt szeroko, ale nawet szczerze. Właściwie to wtedy wpadła na pomysł, że może zostać animagiem, nie wilkiem, bo niby nikt nie był pewien swojej animagicznej formy, jednak jakoś Brenna tą swoją nie była ani trochę zdziwiona – chyba podświadomie jednak się jej spodziewała. – Nie połknięcie liścia mandragory było jednym z największych wyzwań w moim życiu. W sumie to dwa razy to zrobiłam.
Miał z tym sporo racji, że to był koszmar, bo Brenna nie umiała powstrzymać się od gadania, raz ten cholerny liść połknęła więc podczas snu, a raz zakrztusiła się nim przy mówieniu. Dopiero trzecia próba okazała się udana.
– Zgłoszono porwanie dzieciaka, ale nietypowo dla tej okolicy, okazało się, że tym razem nie wsadził go do wora żaden zły czarnoksiężnik, mała wyszła sama i znaleźliśmy ją dopiero co – powiedziała, odruchowo zerkając na zegarek, chociaż z pewnym zdumieniem odnotowała, że jednak nie było to „dopiero co”, minęło już trochę czasu. I słońce właściwie uniosło się nad horyzontem, to już nie był wczesny ranek, zaczął się sierpniowy dzień, a jej wciąż było tak cholernie, cholernie zimno. – Ja się nie dziwię, że uznała, że ma dość tego miejsca, ja się dziwię, że w ogóle tutaj mieszkała.
Że jego matka przegrywała dom w karty, zamiast mu go po prostu oddać, to już Brenna dziwić się nie zamierzała – za dobrze znała Vincenta, a poza tym pamiętała, jak Basiliusowi wypadła z kieszeni trzecia talia kart. Pewne rzeczy w przypadku osób z krwią Prewettów były równie naturalne, jak oddychanie, i najwyraźniej granie o nieruchomości było jedną z nich.
Nie była pewna, czy Atreus rozgadał się tak, bo w takim był nastroju, czy może odnotował, że coś nie tak i uznał, że może tym razem mówić więcej od niej, ale była za to po prostu wdzięczna. O wiele łatwiej było poskromić panikę, kiedy skupiała się na wypowiadanych słowach, i przynajmniej nie czuła się tak okropnie samotna, jakby nigdy już nie miała mieć obok siebie nikogo bliskiego. Wczoraj wieczorem jadła kolację z rodziną, a dziś ogarniała ją prawie rozpacz z samotności i naprawdę nie rozumiała dlaczego.
Chwyciła jego rękę chętnie, nawet nie dlatego, by przyjąć pomoc, a po prostu bardzo chciała wiedzieć, że jednak ktoś tutaj jest poza nią. A choć jej własna dłoń nie była aż tak nienaturalnie zimna jak ta jego, wciąż temperatura ciała Brenny była wyższa niż Zimnych, to nie brakowało jej w tej chwili do tego bardzo wiele. Brenna nie zwróciła jednak po prawdzie wielkiej uwagi na to, że kontrast był mniejszy niż zwykle, tak jak nauczyła się już dawno ignorować chłód rąk wszystkich Zimnych.
– Boginy. Idę o zakład, że to będą boginy. Sprawdzałam niedawno tutaj jeden budynek z Mav, sprzedano dom czarownicy mugolom, i nowy właściciel umarł tak… bez powodów, miałyśmy się zorientować, czy nie zostawiła jakiejś klątwy. W piwnicy siedział bogin, rozwalił jakiś dziwny proszek, i jeszcze okazało się, że mugol zmarł, bo w zasłonach pełno było bahanek. A dyżur skończylam ze trzy godziny temu, chłopcy poszli uzupełnić papiery.
Miał z tym sporo racji, że to był koszmar, bo Brenna nie umiała powstrzymać się od gadania, raz ten cholerny liść połknęła więc podczas snu, a raz zakrztusiła się nim przy mówieniu. Dopiero trzecia próba okazała się udana.
– Zgłoszono porwanie dzieciaka, ale nietypowo dla tej okolicy, okazało się, że tym razem nie wsadził go do wora żaden zły czarnoksiężnik, mała wyszła sama i znaleźliśmy ją dopiero co – powiedziała, odruchowo zerkając na zegarek, chociaż z pewnym zdumieniem odnotowała, że jednak nie było to „dopiero co”, minęło już trochę czasu. I słońce właściwie uniosło się nad horyzontem, to już nie był wczesny ranek, zaczął się sierpniowy dzień, a jej wciąż było tak cholernie, cholernie zimno. – Ja się nie dziwię, że uznała, że ma dość tego miejsca, ja się dziwię, że w ogóle tutaj mieszkała.
Że jego matka przegrywała dom w karty, zamiast mu go po prostu oddać, to już Brenna dziwić się nie zamierzała – za dobrze znała Vincenta, a poza tym pamiętała, jak Basiliusowi wypadła z kieszeni trzecia talia kart. Pewne rzeczy w przypadku osób z krwią Prewettów były równie naturalne, jak oddychanie, i najwyraźniej granie o nieruchomości było jedną z nich.
Nie była pewna, czy Atreus rozgadał się tak, bo w takim był nastroju, czy może odnotował, że coś nie tak i uznał, że może tym razem mówić więcej od niej, ale była za to po prostu wdzięczna. O wiele łatwiej było poskromić panikę, kiedy skupiała się na wypowiadanych słowach, i przynajmniej nie czuła się tak okropnie samotna, jakby nigdy już nie miała mieć obok siebie nikogo bliskiego. Wczoraj wieczorem jadła kolację z rodziną, a dziś ogarniała ją prawie rozpacz z samotności i naprawdę nie rozumiała dlaczego.
Chwyciła jego rękę chętnie, nawet nie dlatego, by przyjąć pomoc, a po prostu bardzo chciała wiedzieć, że jednak ktoś tutaj jest poza nią. A choć jej własna dłoń nie była aż tak nienaturalnie zimna jak ta jego, wciąż temperatura ciała Brenny była wyższa niż Zimnych, to nie brakowało jej w tej chwili do tego bardzo wiele. Brenna nie zwróciła jednak po prawdzie wielkiej uwagi na to, że kontrast był mniejszy niż zwykle, tak jak nauczyła się już dawno ignorować chłód rąk wszystkich Zimnych.
– Boginy. Idę o zakład, że to będą boginy. Sprawdzałam niedawno tutaj jeden budynek z Mav, sprzedano dom czarownicy mugolom, i nowy właściciel umarł tak… bez powodów, miałyśmy się zorientować, czy nie zostawiła jakiejś klątwy. W piwnicy siedział bogin, rozwalił jakiś dziwny proszek, i jeszcze okazało się, że mugol zmarł, bo w zasłonach pełno było bahanek. A dyżur skończylam ze trzy godziny temu, chłopcy poszli uzupełnić papiery.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.