14.08.2024, 13:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.08.2024, 13:46 przez Millie Moody.)
Kamień i woda, trumna obmyta łzami. Metal i woda, porozrzucane kielichy, rozlane wino, które nie smakowało, żadne, nie smakowało... Chaos, korowód, feeria barw, a teraz biel i czerń znów. Biała wanna, czarna woda, białe ciało, czarna dusza. Oddałby mu jedno ze swoich złotych oczu, jeśli tylko sprawiłoby to, że znów zalśniłby dawnym blaskiem. Zaklinała się jak wiele by chciała mu dać, dając mu nic, więcej zgryzot pośród odoru zatrutej wody.
– Chciałabym móc dać Ci siłę, byś otworzył oczy... Chciałabym być Twoją Mocą, łagodną dłonią pomagającą ujarzmić lwią grzywę...– opierała się o niego bez ustanku, marząc o tym, by to połączenie nie zniknęło już nigdy. Wysunęła wątłą dłoń i jak on przelewał wodę anielskim gestem, tak ona w kobiecej sile płynącej ze słabości, sięgnęła jego włosów, delikatnie wplatając w nie palce, jakby opuszkami chciała znaleźć myśli, które go gnębią, które nie pozwalają spać, które wzbudzają strach i odwracają oczy od prawdy.
Poziom wody wzrastał, lecz nie dbała o to, czując gorycz ich taniej gry, wspinania się na wyżyny Wielkich Arkanów, gdy oboje dawno legli pod gruzami Wieży. – Chciałabym być Twoją Gwiazdą, która wskaże Ci drogę, gdy jesteś zagubiony... Chciałabym być Twoim Księżycem, który przegania wilki od Twojego gardła... – szeptała zaklęcia, przechylając głowę tak by ukryć usta w jego okurzonych włosach. Nie dbała o swoją nagość, odrzuciło ją niebo, spowił ogień, pożarła ziemia... już tylko woda musiała pochłonąć ciało, aby domknąć krąg śmieci, które próbowały ją zdławić. Po jej policzkach spływały strugą łzy, lecz głos się nie łamał, gdy mówiła dalej: – Chciałabym, ale nie jestem. Czy chciałbyś wiedzieć, gdybym umarła? Czy byłoby Ci wtedy lżej...? – wzdrygnęła się mimowolnie, ciało od razu zareagowało na pętlę myśli, nowy powróz zawieszony na szyi, duszący wolę życia. Byłoby wszystkim lepiej, byłoby wszystkim lepiej, gdyby któremuś z żywiołów w końcu się udało. A została tylko woda, a chora dusza już zaczęła sobie roić jego ręce na długiej szyi, zaciśnięte ręce gdy pchają ją w czarną toń własnych złamanych obietnic. Miała o niego dbać. Miała mu pomóc. Ale tchórzyła każdego dnia, udając że umarł wraz ze swoją matką, choć oboje żyli w toksycznym tańcu współzależności. Zawiodła go. Nie raz. Tysiące razy.
Gruz Wieży dopychał ją mocniej do ziemi, do twardego dna emaliowanej wanny.
Biel czekała.
Szarość.
Czerń.
Zaproszenie wciąż pozostawało na stole.
– Chciałabym móc dać Ci siłę, byś otworzył oczy... Chciałabym być Twoją Mocą, łagodną dłonią pomagającą ujarzmić lwią grzywę...– opierała się o niego bez ustanku, marząc o tym, by to połączenie nie zniknęło już nigdy. Wysunęła wątłą dłoń i jak on przelewał wodę anielskim gestem, tak ona w kobiecej sile płynącej ze słabości, sięgnęła jego włosów, delikatnie wplatając w nie palce, jakby opuszkami chciała znaleźć myśli, które go gnębią, które nie pozwalają spać, które wzbudzają strach i odwracają oczy od prawdy.
Poziom wody wzrastał, lecz nie dbała o to, czując gorycz ich taniej gry, wspinania się na wyżyny Wielkich Arkanów, gdy oboje dawno legli pod gruzami Wieży. – Chciałabym być Twoją Gwiazdą, która wskaże Ci drogę, gdy jesteś zagubiony... Chciałabym być Twoim Księżycem, który przegania wilki od Twojego gardła... – szeptała zaklęcia, przechylając głowę tak by ukryć usta w jego okurzonych włosach. Nie dbała o swoją nagość, odrzuciło ją niebo, spowił ogień, pożarła ziemia... już tylko woda musiała pochłonąć ciało, aby domknąć krąg śmieci, które próbowały ją zdławić. Po jej policzkach spływały strugą łzy, lecz głos się nie łamał, gdy mówiła dalej: – Chciałabym, ale nie jestem. Czy chciałbyś wiedzieć, gdybym umarła? Czy byłoby Ci wtedy lżej...? – wzdrygnęła się mimowolnie, ciało od razu zareagowało na pętlę myśli, nowy powróz zawieszony na szyi, duszący wolę życia. Byłoby wszystkim lepiej, byłoby wszystkim lepiej, gdyby któremuś z żywiołów w końcu się udało. A została tylko woda, a chora dusza już zaczęła sobie roić jego ręce na długiej szyi, zaciśnięte ręce gdy pchają ją w czarną toń własnych złamanych obietnic. Miała o niego dbać. Miała mu pomóc. Ale tchórzyła każdego dnia, udając że umarł wraz ze swoją matką, choć oboje żyli w toksycznym tańcu współzależności. Zawiodła go. Nie raz. Tysiące razy.
Gruz Wieży dopychał ją mocniej do ziemi, do twardego dna emaliowanej wanny.
Biel czekała.
Szarość.
Czerń.
Zaproszenie wciąż pozostawało na stole.