12.01.2023, 21:00 ✶
Wpatrywał się w obezwładnionych, zamaskowanych nieznajomych, czując, jak jego serce łomocze w piersi. Umysł jeszcze nie potrafił pojąć, że na razie to koniec, nie upuszczał ręki, czekając na sam nie wiedział co. Tak naprawdę nie wiedział, co mówią do niego Erik i Brenna. Na jedną wypowiedź automatycznie skinął głową, na drugą mruknął jakieś potwierdzenie w odpowiedzi, widząc tylko dwie zamaskowane sylwetki, próbując przyswoić, że przeżył i że na razie jest już dobrze. Był jeszcze w szoku, który dopiero powoli zaczynał puszczać go ze swoich pazurów, normując jego tętno, oddech i przywracając zdolność myślenia. Dopiero teraz tak naprawdę zdał sobie sprawę, że jego przyjaciele coś do niego mówili. Spojrzał na nich półprzytomnie, po czym pokręcił głową.
- Dajcie mi chwilę - wydusił z siebie i poczuł, jak jego nogi nagle tracą całą swoją siłę, która do tej pory trzymała go w pionie. Usiadł ciężko na pośladkach, opierając się o przewrócony wcześniej mebel. Odetchnął głęboko, chcąc przywrócić jasność myślenia, opuścił na chwilę różdżkę, licząc, że w razie czego Longbottomowie sobie poradzą. Spojrzał w dół, zmuszając się do miarowego oddechu. Dopiero po parę sekundach w końcu rozejrzał się po pomieszczeniu, jeszcze raz upewniając się co do sytuacji. Poczuł w końcu ból, który powodował, że zacisnął szczękę. Niczym pies potrząsnął głowę, chcąc trzymać się klarowności umysłu, która w końcu na niego spłynęła.
Słowa Brenny o jego chwilowej przeprowadzce zaczęły docierać do jego świadomości.
Normalnie zapierałby się nogami i rekami, zaręczając, że nie będzie się narzucał i że poradzi sobie sam bez niczyjej pomocy. Normalnie jednak nie uchodzi się ledwo z życiem, sytuacja była więc trochę wyjątkowa. Bał się jednak, że wciągnie przyjaciół w niebezpieczeństwo, z drugiej jednak strony, może, gdy będą razem, nikt nie poważy się na atak w wielkiej rodowej posiadłości?
W końcu, jeśli tu zostanie, ktoś może spróbować dokończyć zaczęte dzieło, więc póki nie zapewni swojemu mieszkaniu lepszych zabezpieczeń, może lepiej było na chwilę się zatrzymać u kogoś, kto będzie w stanie pilnować jego pleców? Przynajmniej dopóki nie posprząta swojego mieszkania i nie zapewni jakiegoś większego bezpieczeństwa, co kompletnie jak widać, zaniedbał. Jaki był cholernie głupi.
- To może ja się jednak spakuję? - bardziej stwierdził, niż zapytał, unosząc wzrok na jego niedoszłych morderców. Jakkolwiek źle to brzmiało.
Uśmiechnął się blado, w końcu dostrzegając smutny kawałek pieczywa w ręce Bren. Pewnie by się zaśmiał, gdyby nie to, że coś ściskało o trochę w gardle. Wskazał różdżką na nieapetyczną breję rozwaloną na podłodze, która była jego poranną jajecznicą, teraz już całkowicie niejadalną.
- Moje śniadanie skończyło tak, więc gdyby nie to, że chce mi się trochę rzygać po tym wszystkim, to przyjąłbym propozycję - rzucił całkowicie otwarcie. Wziął kolejny głęboki wdech i wstał z podłogi, kierując się do schwytanych przez nich wrogów, cały czas gotowy rzucić kolejne zaklęcia. Podszedł do nich, czując gotującą się w nim wściekłość, która zaczęła się w nim kiełkować, gdy opuścił go ten największy strach. Chciał wiedzieć, kto miał odebrać mu zycie. Kim były osoby, które z powodu jego pochodzenia, chciały zakończyć jego byt.
Zerwał maskę najpierw jednej, potem drugiej osoby. Spetryfikowana została kobieta w średnim wieku o ostrych rysach i wyzywającym spojrzeniu. Ta twarz jednak nie zrobiła na nim takiego wrażenia jak ta druga, trzymana w zaklęciu Erika. Należała bowiem do młodego chłopaka, na oko ledwo co po skończeniu Hogwartu. W jego oczach tlił się strach, ale i upór. Thomasa sparaliżowało, ręka trzymająca maskę śmierciożercy zastygła w bezruchu.
Bo przecież mieli do czynienia z dzieciakiem.
Spojrzał szybko na Brennę i Erika, w ich oczach szukając tego, co sam teraz czuł. Cholerni radykaliści.
- Dajcie mi chwilę - wydusił z siebie i poczuł, jak jego nogi nagle tracą całą swoją siłę, która do tej pory trzymała go w pionie. Usiadł ciężko na pośladkach, opierając się o przewrócony wcześniej mebel. Odetchnął głęboko, chcąc przywrócić jasność myślenia, opuścił na chwilę różdżkę, licząc, że w razie czego Longbottomowie sobie poradzą. Spojrzał w dół, zmuszając się do miarowego oddechu. Dopiero po parę sekundach w końcu rozejrzał się po pomieszczeniu, jeszcze raz upewniając się co do sytuacji. Poczuł w końcu ból, który powodował, że zacisnął szczękę. Niczym pies potrząsnął głowę, chcąc trzymać się klarowności umysłu, która w końcu na niego spłynęła.
Słowa Brenny o jego chwilowej przeprowadzce zaczęły docierać do jego świadomości.
Normalnie zapierałby się nogami i rekami, zaręczając, że nie będzie się narzucał i że poradzi sobie sam bez niczyjej pomocy. Normalnie jednak nie uchodzi się ledwo z życiem, sytuacja była więc trochę wyjątkowa. Bał się jednak, że wciągnie przyjaciół w niebezpieczeństwo, z drugiej jednak strony, może, gdy będą razem, nikt nie poważy się na atak w wielkiej rodowej posiadłości?
W końcu, jeśli tu zostanie, ktoś może spróbować dokończyć zaczęte dzieło, więc póki nie zapewni swojemu mieszkaniu lepszych zabezpieczeń, może lepiej było na chwilę się zatrzymać u kogoś, kto będzie w stanie pilnować jego pleców? Przynajmniej dopóki nie posprząta swojego mieszkania i nie zapewni jakiegoś większego bezpieczeństwa, co kompletnie jak widać, zaniedbał. Jaki był cholernie głupi.
- To może ja się jednak spakuję? - bardziej stwierdził, niż zapytał, unosząc wzrok na jego niedoszłych morderców. Jakkolwiek źle to brzmiało.
Uśmiechnął się blado, w końcu dostrzegając smutny kawałek pieczywa w ręce Bren. Pewnie by się zaśmiał, gdyby nie to, że coś ściskało o trochę w gardle. Wskazał różdżką na nieapetyczną breję rozwaloną na podłodze, która była jego poranną jajecznicą, teraz już całkowicie niejadalną.
- Moje śniadanie skończyło tak, więc gdyby nie to, że chce mi się trochę rzygać po tym wszystkim, to przyjąłbym propozycję - rzucił całkowicie otwarcie. Wziął kolejny głęboki wdech i wstał z podłogi, kierując się do schwytanych przez nich wrogów, cały czas gotowy rzucić kolejne zaklęcia. Podszedł do nich, czując gotującą się w nim wściekłość, która zaczęła się w nim kiełkować, gdy opuścił go ten największy strach. Chciał wiedzieć, kto miał odebrać mu zycie. Kim były osoby, które z powodu jego pochodzenia, chciały zakończyć jego byt.
Zerwał maskę najpierw jednej, potem drugiej osoby. Spetryfikowana została kobieta w średnim wieku o ostrych rysach i wyzywającym spojrzeniu. Ta twarz jednak nie zrobiła na nim takiego wrażenia jak ta druga, trzymana w zaklęciu Erika. Należała bowiem do młodego chłopaka, na oko ledwo co po skończeniu Hogwartu. W jego oczach tlił się strach, ale i upór. Thomasa sparaliżowało, ręka trzymająca maskę śmierciożercy zastygła w bezruchu.
Bo przecież mieli do czynienia z dzieciakiem.
Spojrzał szybko na Brennę i Erika, w ich oczach szukając tego, co sam teraz czuł. Cholerni radykaliści.