14.08.2024, 22:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.08.2024, 22:42 przez Brenna Longbottom.)
– Jakoś to pasuje do twojego wuja. To znaczy tajemne przejścia. Niektóre otwierają się pewnie tylko na zagadki? – Brzmiało to trochę jak raj dla dzieciaków, a Brenna zawsze dotąd zakładała, że wychowywanie się w Londynie musiało być dużo nudniejsze niż w Dolinie, gdzie mogłeś na przykład zwiać spod opieki wujka prosto do Kniei Godryka, albo biegać po ruinach, udając, że to fort, którego trzeba bronić przed nikczemnymi najeźdźcami. – Nie był bezpieczny we własnym mieszkaniu, więc go niecnie porwałam, a on jest za miły, żeby uciekać – wyjaśniła pokrótce, w stu procentach zgodnie z prawdą, ale nie wdając się i w szczegóły. Sam atak na Thomasa nie był żadną tajemnicą, bo i musieli wezwać wtedy wsparcie, Brenna jednak wątpiła, czy chciałby, aby opowiadała komuś o tym wszystkim ze szczegółami. Wciąż gniewało ją i jednocześnie łamało serce samo wspomnienie tamtego ranka, i spojrzenia Hardwicka, gdy złudzenie bezpieczeństwa rozsypało się w proch.
– Tak szczerze to nie mam pojęcia. Próbowałam tam wrócić z klątwołamaczem, ale nie znaleźliśmy już drogi, jakby nie to, że byliśmy we troje, to chyba uwierzyłabym, że mi się to wszystko śniło… Chociaż egzorcysta byłby może lepszym pomysłem, Sebastian na pewno bardzo by się ucieszył, gdybym go spytała, czy chce ze mną szukać przeklętych... albo nawiedzonych drzew w Lesie Wisielców.
Kąciki ust uniosły się jej mimowolnie, gdy wyobraziła sobie samą minę Macmillana na taką propozycję. Chociaż ten miał opuścić Ministerstwo Magii i raz na zawsze uwolnić się od tych męczących wezwań ze strony Brenny.
To było niedorzeczne, ale poczuła się znowu bardzo samotna, jak o tym wszystkim pomyślała – i o Thomasie, który nie mógł mieszkać we własnym domu, i o Sebastianie, który opuszczał Ministerstwo. Pokręciła głową, jakby mogła strzepnąć w ten sposób z siebie to paskudne uczucie.
– Taaaak, mówię o weselu Blacków – przytaknęła, bo z pewnych względów zainteresowała się nim bliżej, dowiedziała co nieco o tych drinkach i innych rzeczach, i wszystko, co docierało do jej uszu sprawiało, że otwierała oczy szerzej ze zdumienia, w kompletnym niezrozumieniu. – A nie mogłabym po prostu pozostać sobą? Bo ja już chyba wolę to błoto od takich transmutacji. Chociaż jeśli już musisz mnie w coś zamieniać, to może być… o niedźwiedź na przykład. Mam jednego znajomego niedźwiedzia. – Zresztą widział go na pewno, jak pędził po plaży, z Norą na grzbiecie. A i mógł go zobaczyć na potańcówce, parę tygodni wcześniej, chociaż Brenna tańcząca wtedy z Vincentem ten element przedstawienia opuściła. – Hades? A co zrobiłeś Hadesowi? Zabrałeś mu klopsiki? Podchodzi do nich bardzo poważnie. Czy jemu też walnąłeś jakąś świeczką? To tutaj? – spytała, zwracając spojrzenie pełne namysłu na dom, przed którym się zatrzymali, chociaż po prawdzie to nie sam jego widok wprawił ją w zamyślenie. Wahała się przez moment, aż w końcu wystrzeliła pytanie, które przyszło jej na myśl, gdy rozmowa zeszła na te całe niedźwiedzie. – Słuchaj, może zabrzmi to bardzo głupio, ale hm, czy Niedźwiedź z Erlenwaldu brzmi ci jakoś znajomo?
– Tak szczerze to nie mam pojęcia. Próbowałam tam wrócić z klątwołamaczem, ale nie znaleźliśmy już drogi, jakby nie to, że byliśmy we troje, to chyba uwierzyłabym, że mi się to wszystko śniło… Chociaż egzorcysta byłby może lepszym pomysłem, Sebastian na pewno bardzo by się ucieszył, gdybym go spytała, czy chce ze mną szukać przeklętych... albo nawiedzonych drzew w Lesie Wisielców.
Kąciki ust uniosły się jej mimowolnie, gdy wyobraziła sobie samą minę Macmillana na taką propozycję. Chociaż ten miał opuścić Ministerstwo Magii i raz na zawsze uwolnić się od tych męczących wezwań ze strony Brenny.
To było niedorzeczne, ale poczuła się znowu bardzo samotna, jak o tym wszystkim pomyślała – i o Thomasie, który nie mógł mieszkać we własnym domu, i o Sebastianie, który opuszczał Ministerstwo. Pokręciła głową, jakby mogła strzepnąć w ten sposób z siebie to paskudne uczucie.
– Taaaak, mówię o weselu Blacków – przytaknęła, bo z pewnych względów zainteresowała się nim bliżej, dowiedziała co nieco o tych drinkach i innych rzeczach, i wszystko, co docierało do jej uszu sprawiało, że otwierała oczy szerzej ze zdumienia, w kompletnym niezrozumieniu. – A nie mogłabym po prostu pozostać sobą? Bo ja już chyba wolę to błoto od takich transmutacji. Chociaż jeśli już musisz mnie w coś zamieniać, to może być… o niedźwiedź na przykład. Mam jednego znajomego niedźwiedzia. – Zresztą widział go na pewno, jak pędził po plaży, z Norą na grzbiecie. A i mógł go zobaczyć na potańcówce, parę tygodni wcześniej, chociaż Brenna tańcząca wtedy z Vincentem ten element przedstawienia opuściła. – Hades? A co zrobiłeś Hadesowi? Zabrałeś mu klopsiki? Podchodzi do nich bardzo poważnie. Czy jemu też walnąłeś jakąś świeczką? To tutaj? – spytała, zwracając spojrzenie pełne namysłu na dom, przed którym się zatrzymali, chociaż po prawdzie to nie sam jego widok wprawił ją w zamyślenie. Wahała się przez moment, aż w końcu wystrzeliła pytanie, które przyszło jej na myśl, gdy rozmowa zeszła na te całe niedźwiedzie. – Słuchaj, może zabrzmi to bardzo głupio, ale hm, czy Niedźwiedź z Erlenwaldu brzmi ci jakoś znajomo?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.