15.08.2024, 00:13 ✶
– Nie wygląda, jakby coś się tu działo… i nigdzie nie widać chłopaków – mruknęła Brenna, ale w jej głosie pobrzmiewała jakaś ostrożność. Może dlatego, że żyli w świecie, w którym pozory lubiły mylić. Wystarczyło spojrzeć na siedzibę rodu Blacków, przemyślnie ukrytą w mugolskim świecie, niewidzialną także dla czarodziei. Może za tą zrujnowaną fasadą kryło się coś więcej? Tyle że… zwykle takie czary skrywały albo budynki użyteczności publicznej, albo te należące do najbogatszych rodzin, a przecież to miało być zwykle wezwanie i nigdy nie słyszała o żadnym członku socjety, który mieszkałby w okolicy…
Sama oddaliła się od Camerona i Heather na Lammas, nie chcąc im po tej porannej rozmowie z Wood przeszkadzać, gdy Lupin zaczął podpytywać ją o to, jak podobają się jej pierścionki. Wnioskując jednak po tym, że żaden nie znajdował się na palcu rudej, najwyraźniej na rozmowie się skończyło.
– Metr za mną. Różdżka pod ręką. Na klatce się zmienię i spróbuję złapać zapach chłopaków – powiedziała, bo Heather miała rację. Nie wyglądało na to, aby miała tu miejsce jakakolwiek awantura, ba, Brenna była niemal pewna, że nikt w tym budynku nie mieszkał, ale skoro wysłano tutaj dwóch Brygadzistów, musiały sprawdzić, czy tutaj byli. Jakaś jej część miała nadzieję, że postanowili wykorzystać fałszywe wezwanie, aby posiedzieć sobie na schodach, wypalić papierosa i ukradkiem wypić po pół piwa. Takie sytuacje też się zdarzały.
Ale ta większa część miała po prostu złe przeczucia.
Ruszyła do wejścia pierwsza, powoli, przypatrując się najpierw ziemi, potem drzwiom (starym, odrapanym, trzymającym się chyba tylko na słowo honoru). Pchnęła je lekko nogą i stanęły otworem: nie tylko nie były zamknięte na zamek, ale pozostawały cały czas uchylone. A to mogło oznaczać albo, że trafiły na jakąś pijacką melinę i ktoś sobie zakpił z BUMu – też dość częste, i Brenna ścigała takich żartownisiów z wcale nie mniejszą zaciekłością niż poważnych przestępców, bo zajmowali im cenny czas – albo Brygadziści byli tutaj wcześniej i otworzyli wejście magią.
Wślizgnęła się do środka, na razie nie rozpalając magicznego światła. Otoczyła ją cisza i ciemność niemal absolutna. Jeżeli ktoś tutaj mieszkał, spał zapewne albo…
…albo był martwy, pomyślała, i sama się za tę myśl zganiła, bo to dopiero była paranoja.
Zrobiła parę kroków do przodu, i zatrzymała się przy schodach, pozwalając, aby oczy nawykły do mroku. Na klatce, na której się znalazły, nie dostrzegła jednak żadnego człowieka, i tylko w nozdrza wwiercały się zapachy: pleśni, duchoty, i jakiejś ziołowej mieszanki. Brenna sięgnęła w końcu po różdżkę i zamieniła się w wilka i… i aż nią szarpnęło, tak intensywny był ten ziołowy zapach. Kichnęła, próbując pochwycić trop, a potem zmieniła się z powrotem, klęcząc na brudnych schodach.
– Słabe zapachy jakichś ludzi, ale na mój gust, to nikt tu na stałe nie mieszka. To zielsko pachnie za mocno, żebym była pewna, czy są tu chłopcy – szepnęła do Heather.
Sama oddaliła się od Camerona i Heather na Lammas, nie chcąc im po tej porannej rozmowie z Wood przeszkadzać, gdy Lupin zaczął podpytywać ją o to, jak podobają się jej pierścionki. Wnioskując jednak po tym, że żaden nie znajdował się na palcu rudej, najwyraźniej na rozmowie się skończyło.
– Metr za mną. Różdżka pod ręką. Na klatce się zmienię i spróbuję złapać zapach chłopaków – powiedziała, bo Heather miała rację. Nie wyglądało na to, aby miała tu miejsce jakakolwiek awantura, ba, Brenna była niemal pewna, że nikt w tym budynku nie mieszkał, ale skoro wysłano tutaj dwóch Brygadzistów, musiały sprawdzić, czy tutaj byli. Jakaś jej część miała nadzieję, że postanowili wykorzystać fałszywe wezwanie, aby posiedzieć sobie na schodach, wypalić papierosa i ukradkiem wypić po pół piwa. Takie sytuacje też się zdarzały.
Ale ta większa część miała po prostu złe przeczucia.
Ruszyła do wejścia pierwsza, powoli, przypatrując się najpierw ziemi, potem drzwiom (starym, odrapanym, trzymającym się chyba tylko na słowo honoru). Pchnęła je lekko nogą i stanęły otworem: nie tylko nie były zamknięte na zamek, ale pozostawały cały czas uchylone. A to mogło oznaczać albo, że trafiły na jakąś pijacką melinę i ktoś sobie zakpił z BUMu – też dość częste, i Brenna ścigała takich żartownisiów z wcale nie mniejszą zaciekłością niż poważnych przestępców, bo zajmowali im cenny czas – albo Brygadziści byli tutaj wcześniej i otworzyli wejście magią.
Wślizgnęła się do środka, na razie nie rozpalając magicznego światła. Otoczyła ją cisza i ciemność niemal absolutna. Jeżeli ktoś tutaj mieszkał, spał zapewne albo…
…albo był martwy, pomyślała, i sama się za tę myśl zganiła, bo to dopiero była paranoja.
Zrobiła parę kroków do przodu, i zatrzymała się przy schodach, pozwalając, aby oczy nawykły do mroku. Na klatce, na której się znalazły, nie dostrzegła jednak żadnego człowieka, i tylko w nozdrza wwiercały się zapachy: pleśni, duchoty, i jakiejś ziołowej mieszanki. Brenna sięgnęła w końcu po różdżkę i zamieniła się w wilka i… i aż nią szarpnęło, tak intensywny był ten ziołowy zapach. Kichnęła, próbując pochwycić trop, a potem zmieniła się z powrotem, klęcząc na brudnych schodach.
– Słabe zapachy jakichś ludzi, ale na mój gust, to nikt tu na stałe nie mieszka. To zielsko pachnie za mocno, żebym była pewna, czy są tu chłopcy – szepnęła do Heather.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.