16.08.2024, 11:05 ✶
Brenna nie miała problemu z przyznaniem, że lubi Prewetta, chociaż doskonale wiedziała, że gra mu na nerwy - a nawet jeśli do niej się przyzwyczaił, to już na pewno nie do tych wszystkich piątków trzynastego. Jeśli szło o nią, to po prawdzie te piątki przyjmowała zwykle z dobrodziejstwem inwentarza, ale ten konkretny trochę ją jednak męczył. Klątwa była uciążliwa i dla niej, i dla otoczenia, dezorganizowała jek wydział, a potem Munga, a i wbrew pozorom Brenna naprawdę rozumiała, że tym razem może stać się jej jakaś poważniejsza krzywda. Próbowała więc zachować czujność i oczy mieć wokół głowy.
- Trzeba będzie wrócić tam z klątwołamaczem, tak na wszelki wypadek - mruknęła bardziej do siebie niż do Basiliusa, gdy przedstawił diagnozę. Jeśli coś przyczepiło się do niej, wcale nie było powiedziane, że na pewno jest jednorazowe, a jeżeli nawet było, to że w domu czarownika nie kryło się więcej takich rzeczy. A przecież ten dom wyglądał zupełnie zwyczajnie i Brenna była pewna, że nie dotknęła tam niczego, co wydawałoby się podejrzane. Nosiła rękawiczki i używała czarów rozpraszających, wszystko zgodnie z procedurami. A jednak Little Hangleton - albo piątek trzynastego - zdołało ją przechytrzyć. - Hej, czy przeklęta może być cała miejscowość? Bo słuchaj, jak to się dzieje, że to praktycznie zawsze Little Hangleton? Może Gauntowie zrobili coś, co zakłóciło tam magię albo coś? I ludziom odbija? Albo jakieś wyziewy? I wiesz, ja nie chcę wpaść pod jakieś auto, więc tu z tobą chętnie posiedzę ile trzeba, ale no jak to już przejdzie, to po co jutro wolne? Mogłabym grzecznie wypełniać papiery. Wcale nie będe bezpieczniejsza siedząc w domu.
To było swojego rodzaju ustępstwo, ale papierkowa robota nie robiła się sama, a Brenna nigdy nie należała do tych osób, które unikały dokumentów. Raporty i archiwa były ważne. Może nie aż tak jak robota w terenie, ale informacje o sprawach mogły przydawać się w przyszłości i Brenna patrząc na to oczyma kogoś, kto był widmowidzem, bardzo dbała o tego typu rzeczy, ładnie układając wszystko w teczkach i segregatorach.
Posłusznie przemieściła się w stronę kozetki. I tylko to, że tę czujność próbowała zachowywać, sprawiło, że dostrzegła drobny szczegół, który umknął uwadze uzdrowiciela, skupionego na diagnostyce.
Lampa zadrżała.
Brenna rzuciła się w bok.
Lampa runęła z hukiem na ziemię, dokładnie tam, gdzie chwilę temu stała Brenna, a sama Brenna wylądowała kolanami na podłodze i czołem walnęła się o kozetkę. Ale przynajmniej nie przygniotła ją lampa.
- Wyślijcie proszę do mnie rachunek za tę lampę - powiedziała Brenna jak gdyby nigdy nic, zbierając się z podłogi, by zgodnie z poleceniem usiąść na kozetce.
- Trzeba będzie wrócić tam z klątwołamaczem, tak na wszelki wypadek - mruknęła bardziej do siebie niż do Basiliusa, gdy przedstawił diagnozę. Jeśli coś przyczepiło się do niej, wcale nie było powiedziane, że na pewno jest jednorazowe, a jeżeli nawet było, to że w domu czarownika nie kryło się więcej takich rzeczy. A przecież ten dom wyglądał zupełnie zwyczajnie i Brenna była pewna, że nie dotknęła tam niczego, co wydawałoby się podejrzane. Nosiła rękawiczki i używała czarów rozpraszających, wszystko zgodnie z procedurami. A jednak Little Hangleton - albo piątek trzynastego - zdołało ją przechytrzyć. - Hej, czy przeklęta może być cała miejscowość? Bo słuchaj, jak to się dzieje, że to praktycznie zawsze Little Hangleton? Może Gauntowie zrobili coś, co zakłóciło tam magię albo coś? I ludziom odbija? Albo jakieś wyziewy? I wiesz, ja nie chcę wpaść pod jakieś auto, więc tu z tobą chętnie posiedzę ile trzeba, ale no jak to już przejdzie, to po co jutro wolne? Mogłabym grzecznie wypełniać papiery. Wcale nie będe bezpieczniejsza siedząc w domu.
To było swojego rodzaju ustępstwo, ale papierkowa robota nie robiła się sama, a Brenna nigdy nie należała do tych osób, które unikały dokumentów. Raporty i archiwa były ważne. Może nie aż tak jak robota w terenie, ale informacje o sprawach mogły przydawać się w przyszłości i Brenna patrząc na to oczyma kogoś, kto był widmowidzem, bardzo dbała o tego typu rzeczy, ładnie układając wszystko w teczkach i segregatorach.
Posłusznie przemieściła się w stronę kozetki. I tylko to, że tę czujność próbowała zachowywać, sprawiło, że dostrzegła drobny szczegół, który umknął uwadze uzdrowiciela, skupionego na diagnostyce.
Lampa zadrżała.
Brenna rzuciła się w bok.
Lampa runęła z hukiem na ziemię, dokładnie tam, gdzie chwilę temu stała Brenna, a sama Brenna wylądowała kolanami na podłodze i czołem walnęła się o kozetkę. Ale przynajmniej nie przygniotła ją lampa.
- Wyślijcie proszę do mnie rachunek za tę lampę - powiedziała Brenna jak gdyby nigdy nic, zbierając się z podłogi, by zgodnie z poleceniem usiąść na kozetce.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.