16.08.2024, 20:58 ✶
Westchnęła cichutko, wprawiając w ruch każdy nerw w swoim ciele, by nie zareagować w żaden inny sposób na nieistniejący dystans pomiędzy nimi. Zdobyła się na anielską cierpliwość, na wstrzemięźliwość ascety. Umysł trzymał ciało na wodzy, choć serce rwało się, żeby dotknąć. Aby pożerać bez opamiętania.
- Wiesz, kogo... co mi teraz przypominasz? - Zagaiła, z pozoru niewinnie, odpowiadając pytaniem na pytanie. - Zwierzę w klatce. Kanarka. A może małpkę? - Zawahała się na moment, przechyliwszy głowę. Chciała się zastanowić, czy aby na pewno celnie dobiera słowa, upewnić, że jest sędzią sprawiedliwym, choć niekoniecznie łaskawym. - Zwierzę, które wbrew jego woli udomowiono, ubrano w urocze falbanki i kazano tańczyć na pokaz, ku uciesze gawiedzi. Słodkie, pocieszne. Fałszywe. - Wydała z siebie parsknięcie pełne politowania, ale spojrzenie miała ciężkie, nie dzieliło uciechy, która rozległa się po łazience. Śmiech był pusty, groteskowy wręcz, jakby Eden zmuszała się do tej pogardy. Jakby za pomocą wstydu chciała przegonić cokolwiek, co opętało w tym momencie Millie. W końcu jak inaczej tłumaczyć taką metamorfozę w wykonaniu Moody? Musiała to robić albo wbrew własnej woli, albo gwoli uhonorowania przegranego zakładu. A może działała pod przykrywką w imieniu Ministerstwa? Lestrange miała gorącą nadzieję, że ostatnia opcja była tą prawdziwą.
- Twoje prawdziwe wydanie jest dzikie. Nieposkromione. Nie mieści się w ramach i nie da się go opisać - dotarła wreszcie do meritum, brzmiąc o wiele łagodniej. Eden ściszyła głos, który stracił na sile i zabarwił się cieniem zawodu. Jakby pragnęła spożytkować swój ostatni oddech, by ubrać ją w słowa. - Prawdziwa Mildred jest chaosem wcielonym, a to, co stoi teraz przed moimi oczyma, nie ma z nim nic wspólnego - zakończyła karcącym szeptem, przejeżdżając ostentacyjnie wzrokiem po ciele Millie, w negatywnym świetle oceniając sukienkę, w którą ją wcisnęli. Kreacja była piękna, ale leżałaby o wiele lepiej na kimkolwiek innym. Na prawdziwej Millie najlepiej leżał rozchełstany mundurek szkolny.
Odwróciła się w kierunku umywalki. Poczuła nagłą potrzebę umycia rąk, zmycia z siebie poczucia winy, które wezbrało weń nagle; opadające emocje wzbudziły w Eden lęk, że zamiast szczerze zabrzmiała okrutnie. Wiedziała, że woda nie zabierze ze sobą żadnego błędu, nie sprawi, że relacja z Millie wróci na dawne tory, ale odruch wygrał. Wsadziła palce pod lodowatą wodę, skupiając tam swój wzrok.
- Wybacz - rzuciła krótko, nie patrząc w kierunku ducha przeszłej miłości. - Toaleta nie jest najlepszym miejscem na rzewne wyznania. - Czy chciała urwać tę rozmowę, bo nie chciała dłużej z nią rozmawiać? Czy może robiła to, by uniknąć prawienia Millie peanów, które niewypowiedziane nosiła w piersi od lat młodzieńczych?
- Wiesz, kogo... co mi teraz przypominasz? - Zagaiła, z pozoru niewinnie, odpowiadając pytaniem na pytanie. - Zwierzę w klatce. Kanarka. A może małpkę? - Zawahała się na moment, przechyliwszy głowę. Chciała się zastanowić, czy aby na pewno celnie dobiera słowa, upewnić, że jest sędzią sprawiedliwym, choć niekoniecznie łaskawym. - Zwierzę, które wbrew jego woli udomowiono, ubrano w urocze falbanki i kazano tańczyć na pokaz, ku uciesze gawiedzi. Słodkie, pocieszne. Fałszywe. - Wydała z siebie parsknięcie pełne politowania, ale spojrzenie miała ciężkie, nie dzieliło uciechy, która rozległa się po łazience. Śmiech był pusty, groteskowy wręcz, jakby Eden zmuszała się do tej pogardy. Jakby za pomocą wstydu chciała przegonić cokolwiek, co opętało w tym momencie Millie. W końcu jak inaczej tłumaczyć taką metamorfozę w wykonaniu Moody? Musiała to robić albo wbrew własnej woli, albo gwoli uhonorowania przegranego zakładu. A może działała pod przykrywką w imieniu Ministerstwa? Lestrange miała gorącą nadzieję, że ostatnia opcja była tą prawdziwą.
- Twoje prawdziwe wydanie jest dzikie. Nieposkromione. Nie mieści się w ramach i nie da się go opisać - dotarła wreszcie do meritum, brzmiąc o wiele łagodniej. Eden ściszyła głos, który stracił na sile i zabarwił się cieniem zawodu. Jakby pragnęła spożytkować swój ostatni oddech, by ubrać ją w słowa. - Prawdziwa Mildred jest chaosem wcielonym, a to, co stoi teraz przed moimi oczyma, nie ma z nim nic wspólnego - zakończyła karcącym szeptem, przejeżdżając ostentacyjnie wzrokiem po ciele Millie, w negatywnym świetle oceniając sukienkę, w którą ją wcisnęli. Kreacja była piękna, ale leżałaby o wiele lepiej na kimkolwiek innym. Na prawdziwej Millie najlepiej leżał rozchełstany mundurek szkolny.
Odwróciła się w kierunku umywalki. Poczuła nagłą potrzebę umycia rąk, zmycia z siebie poczucia winy, które wezbrało weń nagle; opadające emocje wzbudziły w Eden lęk, że zamiast szczerze zabrzmiała okrutnie. Wiedziała, że woda nie zabierze ze sobą żadnego błędu, nie sprawi, że relacja z Millie wróci na dawne tory, ale odruch wygrał. Wsadziła palce pod lodowatą wodę, skupiając tam swój wzrok.
- Wybacz - rzuciła krótko, nie patrząc w kierunku ducha przeszłej miłości. - Toaleta nie jest najlepszym miejscem na rzewne wyznania. - Czy chciała urwać tę rozmowę, bo nie chciała dłużej z nią rozmawiać? Czy może robiła to, by uniknąć prawienia Millie peanów, które niewypowiedziane nosiła w piersi od lat młodzieńczych?
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~