16.08.2024, 23:45 ✶
Dmuchnęłaś w płomień, świeca zgasła i wtedy usłyszałaś kobiecy głos...
Ludzie mają takie powiedzenie, prawda, Florence?
...ale obok was nie było nikogo nowego. Tylko wy troje, rytualne świece i...
Że tylko w dwa dni w roku nic nie może być dokonane. Ostatnio mam wrażenie, że zapomnieliśmy o jego treści.
Szept, szept wprost do twojego ucha, w jednym z najlepiej strzeżonych miejsc Wielkiej Brytanii. Kamienica, do której nie może dostać się nikt, kto nie zna odpowiedniego szyfru. Byłaś tutaj bezpieczna. Musiałaś być tutaj bezpieczna.
Nie nie, nie chodzi o Samhain i Beltane, chodzi o wczoraj i jutro. Dzisiaj to zawsze dobry dzień na to, żeby coś zrobić, ale ty powinnaś zasnąć Florence, inaczej nie mogę ci tego pokazać.
Mogłaś z tym walczyć, mogłaś próbować wstać i przejść parę kroków, ale to nie zmieniło nic - twoje ręce zaczęły płonąć, twoim pierwszym skojarzeniem były rozżarzone węgle, ale później, kiedy zaczęły się topić, dotarło do ciebie, że... były jak lawa! Twój rozdzierający krzyk poniósł się po pomieszczeniu, a jego echo odbijało się od ścian i serc twojego brata i waszego kuzyna - w przerażeniu obserwowali, jak osuwasz się na ziemię i tracisz przytomność, panicznie pokazując na swoje dłonie.
Z ich perspektywy wszystko było z nimi w porządku.
Biegniesz przez ciemną, opustoszałą ulicę, po której jeszcze przed chwilą biegali przerażeni ludzie. Powinnaś uciekać, ale nie możesz uciec, musisz jej pomóc, pomóc jej, zanim zgaśnie jedyny płomień, który zgasnąć nie powinien - płomień życia. Zignorowałaś mroczną postać w ciemnym płaszczu i białej masce - przebiegłaś obok, a ona zdawała się w ogóle nie zauważyć twojej obecności... Co to było za miejsce? Londyn? Nie poznawałaś tych ulic, wyglądały bardziej na wytwór wyobraźni niż faktycznie istniejąca w rzeczywistym świecie lokacja, ale byłaś tak pewna, że znasz ten dom, znasz te dzieci, które krzyczały wniebogłosy, kiedy otworzyłaś drzwi.
Weszłaś do środka, a wraz z tobą do środka weszły te cienie - te wszystkie mroczne istoty - wtargnęły do czyjegoś domu cichocząc, bawiąc się cudzym strachem i cierpieniem, tańcząc w niekontrolowany sposób. Pełne złośliwej radości ciskały w stojącą na środku pomieszczenia kobietę kulami ognia, a ona płonęła, darła się, wyła z bólu i osuwała się na podłogę w agonii, zdzierając z siebie zwęgloną skórę i wyklinając cię za to, że nie potrafisz jej pomóc. Nie mogłaś jej pomóc. Bałaś się tego ognia, tak samo, jak bałaś się tych cieni wchodzących w ściany, sprawiających, że mury pulsowały jasnym, pomarańczowym światłem. Za chwilę wszystko stanie w ogniu, a ty nic nie mogłaś z tym zrobić, nic! A te dzieci wciąż się darły, darły się na ciebie za to, że nie potrafisz ruszyć się z miejsca.
Wszystko się spopieli. Nawet ty.
Kiedy się ocknęłaś, wszystko wydawało się być jedynie garścią omamów i złym snem. Czyżby proroczym?
Ludzie mają takie powiedzenie, prawda, Florence?
...ale obok was nie było nikogo nowego. Tylko wy troje, rytualne świece i...
Że tylko w dwa dni w roku nic nie może być dokonane. Ostatnio mam wrażenie, że zapomnieliśmy o jego treści.
Szept, szept wprost do twojego ucha, w jednym z najlepiej strzeżonych miejsc Wielkiej Brytanii. Kamienica, do której nie może dostać się nikt, kto nie zna odpowiedniego szyfru. Byłaś tutaj bezpieczna. Musiałaś być tutaj bezpieczna.
Nie nie, nie chodzi o Samhain i Beltane, chodzi o wczoraj i jutro. Dzisiaj to zawsze dobry dzień na to, żeby coś zrobić, ale ty powinnaś zasnąć Florence, inaczej nie mogę ci tego pokazać.
Mogłaś z tym walczyć, mogłaś próbować wstać i przejść parę kroków, ale to nie zmieniło nic - twoje ręce zaczęły płonąć, twoim pierwszym skojarzeniem były rozżarzone węgle, ale później, kiedy zaczęły się topić, dotarło do ciebie, że... były jak lawa! Twój rozdzierający krzyk poniósł się po pomieszczeniu, a jego echo odbijało się od ścian i serc twojego brata i waszego kuzyna - w przerażeniu obserwowali, jak osuwasz się na ziemię i tracisz przytomność, panicznie pokazując na swoje dłonie.
Z ich perspektywy wszystko było z nimi w porządku.
Widzenie II: Ogień Przecinający Cień
Biegniesz przez ciemną, opustoszałą ulicę, po której jeszcze przed chwilą biegali przerażeni ludzie. Powinnaś uciekać, ale nie możesz uciec, musisz jej pomóc, pomóc jej, zanim zgaśnie jedyny płomień, który zgasnąć nie powinien - płomień życia. Zignorowałaś mroczną postać w ciemnym płaszczu i białej masce - przebiegłaś obok, a ona zdawała się w ogóle nie zauważyć twojej obecności... Co to było za miejsce? Londyn? Nie poznawałaś tych ulic, wyglądały bardziej na wytwór wyobraźni niż faktycznie istniejąca w rzeczywistym świecie lokacja, ale byłaś tak pewna, że znasz ten dom, znasz te dzieci, które krzyczały wniebogłosy, kiedy otworzyłaś drzwi.
Weszłaś do środka, a wraz z tobą do środka weszły te cienie - te wszystkie mroczne istoty - wtargnęły do czyjegoś domu cichocząc, bawiąc się cudzym strachem i cierpieniem, tańcząc w niekontrolowany sposób. Pełne złośliwej radości ciskały w stojącą na środku pomieszczenia kobietę kulami ognia, a ona płonęła, darła się, wyła z bólu i osuwała się na podłogę w agonii, zdzierając z siebie zwęgloną skórę i wyklinając cię za to, że nie potrafisz jej pomóc. Nie mogłaś jej pomóc. Bałaś się tego ognia, tak samo, jak bałaś się tych cieni wchodzących w ściany, sprawiających, że mury pulsowały jasnym, pomarańczowym światłem. Za chwilę wszystko stanie w ogniu, a ty nic nie mogłaś z tym zrobić, nic! A te dzieci wciąż się darły, darły się na ciebie za to, że nie potrafisz ruszyć się z miejsca.
Wszystko się spopieli. Nawet ty.
Kiedy się ocknęłaś, wszystko wydawało się być jedynie garścią omamów i złym snem. Czyżby proroczym?