17.08.2024, 21:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:24 przez Lorraine Malfoy.)
Kobiety w dzisiejszych czasach są…, zaczęła Sophie, a Lorraine przeżegnała się mentalnie, z trudem powstrzymując się od przewrócenia oczami – tylko po to, by wznieść je ku niebu w niemej ekspiacji do bogów. Jaki ojciec, taka córka, jęknęła w duchu wiła, przygotowując się na to, że sam Robert Mulciber przemówi do niej ustami małej dziewczynki. Sophie była tak zapatrzona w ojca, że często bezmyślnie powtarzała to, co mówi Robert, nie siląc się na zbytnią autorefleksję. Lorraine nie winiła jej za to, doskonale rozumiejąc desperacką potrzebę rodzicielskiej aprobaty, dobrze znaną jej zresztą z autopsji. Takie słowa w wydaniu dżentelmena starej daty – może nieco kostycznego w swych poglądach, może nieco ograniczonego, ale wciąż, dżentelmena! – brzmiały skądinąd ujmująco: była jakaś pieszczotliwość w tej robertowej protekcjonalności, a przytyki wykpiwające rzekome przywary płci pięknej wywoływały w Lorraine raczej rozbawienie niż irytację. Chętnie odpłacała się na komentarze o nadmiernej emocjonalności kobiet zawoalowanymi złośliwostkami o niekompetencji mężczyzn, z lubością obserwując reakcję Roberta.
Co tym razem przyjdzie jej usłyszeć? ”Kobiety w dzisiejszych czasach nie umieją gotować: potrafią jedynie napychać się fasolkami wszystkich smaków Bertiego Botta, latać na miotłach wyścigowych, spryskiwać włosy Ulizanną, uprawiać seks z mugolakami i kłamać?” Te słowa jawiły się jako groteskowe, jeżeli opatrzyć je świeżą buźką małoletniego dziewczęcia, ale po ostatnich wyznaniach… Lorraine spodziewała się wszystkiego.
Może dlatego brwi Lorraine nawet nie drgnęły w zaskoczeniu, kiedy Sophie zerwała się na nogi, by rzucić w skrzata trzewikiem – i obelgami. Nie zareagowała w żaden sposób na wybuch Mulciberówny, nie ruszyła się nawet z miejsca: niespiesznie rozłożyła wachlarz, który wcześniej schowała do torebki, i zaczęła wachlować się nim leniwie. Elegancki ruch wiotkiego nadgarstka przypominał wychylenia metronomu, którego używała podczas ćwiczeń na tempo na fortepianie. Siedziała dalej na schodku, absolutnie nieporuszona błaganiami dziewczyny. Spojrzenie wiły – dotychczas uważne, skupione – tchnęło pogardą.
– Ochłoń, Sophie. – Histeryczka. Chłód w głosie Lorraine kontrastował z żarem zawartym w prośbach Sophie. Rude włosy dziewczyny, rozwiane w gwałtownym napadzie szału przypominały płomienie. – Wyglądasz jak ofiara klątwy żywiołu ognia. – Żartobliwie powachlowała Mulciberównę swoim wachlarzem, zwracając się do niej lekko protekcjonalnym tonem. Przechyliła w zamyśleniu głowę, przysłuchując się prośbom rozemocjonowanej pannicy.
Dziewczyna może i wciąż szuka swojego miejsca w świecie, pomyślała Lorraine, ale jaki ma być tego efekt, skoro jej świat kończy się na kamienicy Mulciberów? Zastanowiła się, jak spędzała wakacje, będąc w wieku Sophie, ale niemal natychmiast zdecydowała, że jej własne doświadczenia nie mogą być pomocnymi: Lorraine musiała dorosnąć o wiele szybciej niż Sophie, mierzyła się z kompletnie innymi wyzwaniami, została też inaczej wychowana. Miałaby doradzać córeczce Roberta Mulcibera, żeby uciekła z domu do o wiele starszego kochanka z Nokturnu? A może żeby podjęła pracę w podejrzanym zakładzie pogrzebowym, aby pogodzić się ze śmiercią dziecinnych marzeń? Z Sophie nie była żadna dama, ale na buntowniczkę też się nie nadawała. Emocjonalne turbulencje, których była przed chwilą świadkiem, a potem ten wybuch wściekłości, utwierdziły Lorraine w przekonaniu, że Sophie jest po prostu wielkim dzieciuchem, którego łatwo przekonać do siebie odpowiednio dużym lizakiem i paroma gładkimi słówkami. Mogłaby to wykorzystać, gdyby Robert… Na przenajświętsze łono Matki, zmieniam się w Anthony’ego.
– Najpierw pójdziemy do łazienki umyć ci twarz – zdecydowała tonem nieznoszącym sprzeciwu – matczynym, kpił często Baldwin – schodząc z dwóch ostatnich schodków na parter i wyciągając dłoń z wachlarzem w stronie Sophie, gestem równie opiekuńczym, co władczym. – Nie możesz wyjść na ulicę w takim stanie. – Zapłakane oczy, potargane włosy i obsmarkana sukienka… Lorraine potrafiła być okrutna, ale nie aż tak okrutna. Dlaczego miałaby pozwolić Sophie robić z siebie pośmiewisko? Przecież to tylko dziecko, powtórzyła w myślach Lorraine, już bardziej czule.
Położyła rękę na ramieniu Sophie, gestem delikatnym acz stanowczym wymuszając, aby wyprostowała plecy, zanim popchnęła ją w stronę łazienki.
Co tym razem przyjdzie jej usłyszeć? ”Kobiety w dzisiejszych czasach nie umieją gotować: potrafią jedynie napychać się fasolkami wszystkich smaków Bertiego Botta, latać na miotłach wyścigowych, spryskiwać włosy Ulizanną, uprawiać seks z mugolakami i kłamać?” Te słowa jawiły się jako groteskowe, jeżeli opatrzyć je świeżą buźką małoletniego dziewczęcia, ale po ostatnich wyznaniach… Lorraine spodziewała się wszystkiego.
Może dlatego brwi Lorraine nawet nie drgnęły w zaskoczeniu, kiedy Sophie zerwała się na nogi, by rzucić w skrzata trzewikiem – i obelgami. Nie zareagowała w żaden sposób na wybuch Mulciberówny, nie ruszyła się nawet z miejsca: niespiesznie rozłożyła wachlarz, który wcześniej schowała do torebki, i zaczęła wachlować się nim leniwie. Elegancki ruch wiotkiego nadgarstka przypominał wychylenia metronomu, którego używała podczas ćwiczeń na tempo na fortepianie. Siedziała dalej na schodku, absolutnie nieporuszona błaganiami dziewczyny. Spojrzenie wiły – dotychczas uważne, skupione – tchnęło pogardą.
– Ochłoń, Sophie. – Histeryczka. Chłód w głosie Lorraine kontrastował z żarem zawartym w prośbach Sophie. Rude włosy dziewczyny, rozwiane w gwałtownym napadzie szału przypominały płomienie. – Wyglądasz jak ofiara klątwy żywiołu ognia. – Żartobliwie powachlowała Mulciberównę swoim wachlarzem, zwracając się do niej lekko protekcjonalnym tonem. Przechyliła w zamyśleniu głowę, przysłuchując się prośbom rozemocjonowanej pannicy.
Dziewczyna może i wciąż szuka swojego miejsca w świecie, pomyślała Lorraine, ale jaki ma być tego efekt, skoro jej świat kończy się na kamienicy Mulciberów? Zastanowiła się, jak spędzała wakacje, będąc w wieku Sophie, ale niemal natychmiast zdecydowała, że jej własne doświadczenia nie mogą być pomocnymi: Lorraine musiała dorosnąć o wiele szybciej niż Sophie, mierzyła się z kompletnie innymi wyzwaniami, została też inaczej wychowana. Miałaby doradzać córeczce Roberta Mulcibera, żeby uciekła z domu do o wiele starszego kochanka z Nokturnu? A może żeby podjęła pracę w podejrzanym zakładzie pogrzebowym, aby pogodzić się ze śmiercią dziecinnych marzeń? Z Sophie nie była żadna dama, ale na buntowniczkę też się nie nadawała. Emocjonalne turbulencje, których była przed chwilą świadkiem, a potem ten wybuch wściekłości, utwierdziły Lorraine w przekonaniu, że Sophie jest po prostu wielkim dzieciuchem, którego łatwo przekonać do siebie odpowiednio dużym lizakiem i paroma gładkimi słówkami. Mogłaby to wykorzystać, gdyby Robert… Na przenajświętsze łono Matki, zmieniam się w Anthony’ego.
– Najpierw pójdziemy do łazienki umyć ci twarz – zdecydowała tonem nieznoszącym sprzeciwu – matczynym, kpił często Baldwin – schodząc z dwóch ostatnich schodków na parter i wyciągając dłoń z wachlarzem w stronie Sophie, gestem równie opiekuńczym, co władczym. – Nie możesz wyjść na ulicę w takim stanie. – Zapłakane oczy, potargane włosy i obsmarkana sukienka… Lorraine potrafiła być okrutna, ale nie aż tak okrutna. Dlaczego miałaby pozwolić Sophie robić z siebie pośmiewisko? Przecież to tylko dziecko, powtórzyła w myślach Lorraine, już bardziej czule.
Położyła rękę na ramieniu Sophie, gestem delikatnym acz stanowczym wymuszając, aby wyprostowała plecy, zanim popchnęła ją w stronę łazienki.
Koniec sesji