17.08.2024, 22:54 ✶
Florence zamarła, gdy głos rozbrzmiał tuż przy jej uchu. Rozejrzała się odruchowo, ale nikogo nie zobaczyła. I chociaż zesztywniała, to nie uznała tego nawet ze szczególnie dziwne. Była córką rodu, który wiódł swój rodowód od Ravenclaw: i w którym nie raz, nie dwa partnerów dla dzieci dobierano bardziej z myślą o przetrwaniu talentu płynącego w ich krwi niż o wpływach czy bogactwach, jeszcze pokolenie czy dwa temu często wśród czystokrwistych decydujących. Głosy szepcące do ucha nie były najdziwniejszym, co mogłoby się zdarzyć. I nie zamierzała nawet walczyć z tym poleceniem, z nadpływającą wizją. Florence Bulstrode nigdy nie uważała się za tchórza i była gotowa spojrzeć na to, co miała zobaczyć.
Ale potem jej dłonie zapłonęły.
Z ust uzdrowicielki wyrwał się zdławiony okrzyk, gdy na nie spojrzała – a chwilę później osunęła się na krześle i przed jej oczyma rozlały się ciemność i ogień.
*
Nienawidziła czuć się bezbronna.
Znała to uczucie. Nawet władającą magią nie wyleczysz każdej choroby, nie poskładasz każdego umysłu, nie przełamiesz każdej klątwy. Obserwowała nie raz, jak życie pacjentów gasło, patrzyła na rozpacz ich najbliższych i chociaż nauczyła się oblekać serce chłodem, a na twarz zakładać maskę obojętności, bo w tej pracy uczyłeś się pewnego dystansu albo szalałeś, to własna bezradność zawsze ją gniewała. A teraz była bezradna, w swojej wizji, gdy mogła tylko patrzeć, jak kobieta umiera, i co gorsza także po przebudzeniu. I chociaż gdzieś na dnie jasnych oczu czaiło się echa przerażenia, to jej twarz zaraz zastygła, bardzo chłodna, a szczęki zacisnęły się z wściekłości, kiedy starała się usiąść na krześle, i schwycić oddech.
Dzisiaj to zawsze dobry dzień, żeby coś zrobić? Dobre sobie! Niby co miała zrobić z tak niejasną wizją? Była równie bezużyteczna jak ta przed Beltane – jej znaczenie stanie się jasne dopiero, gdy przepowiednia się już wypełni. Powstrzymać to? Gdy nie wiedziała co, jak, gdzie, dlaczego? Przygotować się na niego? Znaleźć sposób na ochronienie… kogo? Czego? Bardzo chętnie podjęłaby to działanie dzisiaj, ale nie potrafiła wyobrazić sobie żadnego, które mogłoby przynieść efekt.
Mroczne istoty.
Cienie.
Ogień.
Śmierciożerca w masce.
Czy mogła zrobić coś więcej ponad to, co już zrobiła, odrzucając swoją neutralność?
– Jeśli chcesz, żebym coś zrobiła, mogłabyś nie mówić takimi zagadkami – powiedziała Florence, spoglądając z gniewem na wygaszoną świecę, zanim uniosła wzrok na kuzyna i brata. Teraz jej oczy stały się zimne jak lód. – Sądzę, że śmierciożercy szykują kolejny, większy atak. Jesienią. I nie zaszkodzi, jeśli obaj zaopatrzycie się w eliksiry odporności na ogień. Jesienią nadejdą płomienie. A teraz przepraszam, potrzebuję chwili dla siebie – stwierdziła, podnosząc się, powoli, bo nie chciała, by nogi ją zawiodły. Powiedziałaby im więcej, gdyby więcej rozumiała, ale wszystko ze snu, miasto, kobieta, dzieci, choć znajome w wizji, nie kojarzyły się jej teraz z żadnym realnym miejscem, z żadnymi osobami, które by znała.
Ale potem jej dłonie zapłonęły.
Z ust uzdrowicielki wyrwał się zdławiony okrzyk, gdy na nie spojrzała – a chwilę później osunęła się na krześle i przed jej oczyma rozlały się ciemność i ogień.
*
Nienawidziła czuć się bezbronna.
Znała to uczucie. Nawet władającą magią nie wyleczysz każdej choroby, nie poskładasz każdego umysłu, nie przełamiesz każdej klątwy. Obserwowała nie raz, jak życie pacjentów gasło, patrzyła na rozpacz ich najbliższych i chociaż nauczyła się oblekać serce chłodem, a na twarz zakładać maskę obojętności, bo w tej pracy uczyłeś się pewnego dystansu albo szalałeś, to własna bezradność zawsze ją gniewała. A teraz była bezradna, w swojej wizji, gdy mogła tylko patrzeć, jak kobieta umiera, i co gorsza także po przebudzeniu. I chociaż gdzieś na dnie jasnych oczu czaiło się echa przerażenia, to jej twarz zaraz zastygła, bardzo chłodna, a szczęki zacisnęły się z wściekłości, kiedy starała się usiąść na krześle, i schwycić oddech.
Dzisiaj to zawsze dobry dzień, żeby coś zrobić? Dobre sobie! Niby co miała zrobić z tak niejasną wizją? Była równie bezużyteczna jak ta przed Beltane – jej znaczenie stanie się jasne dopiero, gdy przepowiednia się już wypełni. Powstrzymać to? Gdy nie wiedziała co, jak, gdzie, dlaczego? Przygotować się na niego? Znaleźć sposób na ochronienie… kogo? Czego? Bardzo chętnie podjęłaby to działanie dzisiaj, ale nie potrafiła wyobrazić sobie żadnego, które mogłoby przynieść efekt.
Mroczne istoty.
Cienie.
Ogień.
Śmierciożerca w masce.
Czy mogła zrobić coś więcej ponad to, co już zrobiła, odrzucając swoją neutralność?
– Jeśli chcesz, żebym coś zrobiła, mogłabyś nie mówić takimi zagadkami – powiedziała Florence, spoglądając z gniewem na wygaszoną świecę, zanim uniosła wzrok na kuzyna i brata. Teraz jej oczy stały się zimne jak lód. – Sądzę, że śmierciożercy szykują kolejny, większy atak. Jesienią. I nie zaszkodzi, jeśli obaj zaopatrzycie się w eliksiry odporności na ogień. Jesienią nadejdą płomienie. A teraz przepraszam, potrzebuję chwili dla siebie – stwierdziła, podnosząc się, powoli, bo nie chciała, by nogi ją zawiodły. Powiedziałaby im więcej, gdyby więcej rozumiała, ale wszystko ze snu, miasto, kobieta, dzieci, choć znajome w wizji, nie kojarzyły się jej teraz z żadnym realnym miejscem, z żadnymi osobami, które by znała.