17.08.2024, 22:58 ✶
Na przytulas nie zareagował, ale nie musiał, nigdy tego nie robił. Scarlett zaś uwielbiała się po nim wieszać. Gdy była mała bardzo łaknęła ciepła i chociaż troszkę chciała sobie tego ciepła zawłaszczyć. Z czasem zaczęła to traktować jako swego rodzaju tradycje. Ot ich prywatny rytuał, który cieszył w jakiś sposób serce. Dawało to poczucie więzi, nawet jeśli złudne. Ojciec nigdy nie był mistrzem w okazywaniu miłości wobec swoich dzieci, w zasadzie to był w tym całkiem beznadziejny. Kiedyś jej to przeszkadzało, ale z czasem stwierdziła, że on po prostu taki jest. Kochał, ale na swój dziwny pokręcony sposób, który nie każdy był w stanie pojąć, ale on chyba nie potrafił inaczej. Nigdy nie podniósł na nią ręki, miała dach nad głową, zawsze było co jeść i w co się ubrać. Wbrew surowości wiedziała, że chce dla nich dobrze. Może i nie byli rozpieszczani, ale nie musieli być.
-Moi bracia w Londynie? - podjęła nieco rozbawiona, krzyżując ręce na piersi - Ah więc to tam wybył Leonard... mogłam się domyślić. - mruknęła bardziej do siebie, aniżeli do ojca. Oczywiście, że ten jej nie powiedział. W zasadzie to nigdy ze sobą nie rozmawiali. Mijali się niczym obcy. Starszy brat od zawsze patrzył na nią wilkiem. Kiedyś nawet było jej przykro, potem mało ją to interesowało, a teraz jego niechęć budziła swego rodzaju satysfakcje i rozbawienie.
-Powiadomili chociaż wuja o tej niespodziance? - dopytała, przenosząc wzrok w kierunku okna. Może robienie niespodzianek dla taty brzmiało jak idealny plan, tak uprzednie powiadomienie gospodarza wydawało się czymś oczywistym.
Zerknęła na kartkę papieru, którą czytał, jak gdyby chciała się ukradkiem upewnić, że jej treść nie jest zbyt ciekawa. Akurat wtedy Richard postanowił odpowiedzieć na pytanie dotyczące jego wizyty. Charles sobie nie radził z klientami.
Scarlett zaśmiała się cicho, kręcąc głową
-Problem z klientami, który ty rozwiązałeś jednego dnia? - zagaiła z głupim uśmiechem - a myślałam, że po szkole będzie nieco bardziej charyzmatyczny...Cóż... pewnie jeszcze się wyrobi - odbiła się od biurka, idąc powoli w kierunku okna. Charlie był tym kochańszym bratem. W zasadzie przez jej całe życie odnosiła wrażenie, że on jedyny nie traktuje jej jak wroga czy zło konieczne.
Zerknęła do tyłu, gdy ojciec zapytał o to, jak ta sobie radzi.
-Cóż... -ponownie skrzyżowała ręce na klatce piersiowej - Jeśli pytasz czy przewodzę grupą przestępczą i jestem o włos od wylądowania w więzieniu, to cię uspokoję... - zaśmiała się cicho, odwracając się w jego kierunku - Radzę sobie świetnie... Nie mam czasu na pakowanie się w kłopoty - zaczęła, przez chwilę się zastanawiając czy pociągnąć ów myśl. Powoli przeniosła wzrok w kierunku sufitu
-Mam cholernie dużo roboty... Frida już całkiem podupadła na zdrowiu. A ja staram się ogarnąć jej biznes... - umilkła na moment - i ją... Nie sądzę by zostało jej zbyt wiele czasu - wyznała spokojnie, jak gdyby sprawa jej nie ruszała. Richard mógł podejrzewać, że było inaczej, mimo tego, że ton jej głosu i lekkość wypowiadanych słów na to nie wskazywała. Od kiedy zaczęła prace u staruszki często opowiadała ojcu o tym co robi i czego się uczy. Mówiła o swoich postępach, a u samej kobiety spędzała całe dnie, pomagając jej w tym małym interesie, okazyjnie zarabiając.
-Moi bracia w Londynie? - podjęła nieco rozbawiona, krzyżując ręce na piersi - Ah więc to tam wybył Leonard... mogłam się domyślić. - mruknęła bardziej do siebie, aniżeli do ojca. Oczywiście, że ten jej nie powiedział. W zasadzie to nigdy ze sobą nie rozmawiali. Mijali się niczym obcy. Starszy brat od zawsze patrzył na nią wilkiem. Kiedyś nawet było jej przykro, potem mało ją to interesowało, a teraz jego niechęć budziła swego rodzaju satysfakcje i rozbawienie.
-Powiadomili chociaż wuja o tej niespodziance? - dopytała, przenosząc wzrok w kierunku okna. Może robienie niespodzianek dla taty brzmiało jak idealny plan, tak uprzednie powiadomienie gospodarza wydawało się czymś oczywistym.
Zerknęła na kartkę papieru, którą czytał, jak gdyby chciała się ukradkiem upewnić, że jej treść nie jest zbyt ciekawa. Akurat wtedy Richard postanowił odpowiedzieć na pytanie dotyczące jego wizyty. Charles sobie nie radził z klientami.
Scarlett zaśmiała się cicho, kręcąc głową
-Problem z klientami, który ty rozwiązałeś jednego dnia? - zagaiła z głupim uśmiechem - a myślałam, że po szkole będzie nieco bardziej charyzmatyczny...Cóż... pewnie jeszcze się wyrobi - odbiła się od biurka, idąc powoli w kierunku okna. Charlie był tym kochańszym bratem. W zasadzie przez jej całe życie odnosiła wrażenie, że on jedyny nie traktuje jej jak wroga czy zło konieczne.
Zerknęła do tyłu, gdy ojciec zapytał o to, jak ta sobie radzi.
-Cóż... -ponownie skrzyżowała ręce na klatce piersiowej - Jeśli pytasz czy przewodzę grupą przestępczą i jestem o włos od wylądowania w więzieniu, to cię uspokoję... - zaśmiała się cicho, odwracając się w jego kierunku - Radzę sobie świetnie... Nie mam czasu na pakowanie się w kłopoty - zaczęła, przez chwilę się zastanawiając czy pociągnąć ów myśl. Powoli przeniosła wzrok w kierunku sufitu
-Mam cholernie dużo roboty... Frida już całkiem podupadła na zdrowiu. A ja staram się ogarnąć jej biznes... - umilkła na moment - i ją... Nie sądzę by zostało jej zbyt wiele czasu - wyznała spokojnie, jak gdyby sprawa jej nie ruszała. Richard mógł podejrzewać, że było inaczej, mimo tego, że ton jej głosu i lekkość wypowiadanych słów na to nie wskazywała. Od kiedy zaczęła prace u staruszki często opowiadała ojcu o tym co robi i czego się uczy. Mówiła o swoich postępach, a u samej kobiety spędzała całe dnie, pomagając jej w tym małym interesie, okazyjnie zarabiając.