18.08.2024, 10:44 ✶
– Hm… skoro tak odsyłasz mnie do Hogwartu… właściwie to zawsze chciałam zobaczyć minę Minerwy, gdybym znowu wysiadła z Hogwarts Express… a słyszałam, że Albus ma problem ze znalezieniem nauczyciela OPCM. Może rok urlopu w Brygadzie to faktycznie dobry pomysł? – zastanowiła się Brenna, choć rzecz jasna nie brała tego pod uwagę, przynajmniej nie póki Dumbledore nie oznajmiłby, że koniecznie musi pojawić się w Hogwarcie. Wojna nie sięgała murów zamku, a Brenna stałaby się szybko kłębkiem nerwów wiedząc, że oni tutaj działają, a ona tylko sprawdza prace domowe.
Roześmiała się na tę „poradę” Erika: głośno i całkiem szczerze.
– W porządku, to bardzo dobra rada. Spróbujmy uwinąć się tak, żeby zdążyć zahaczyć o klubokawiarnię – zgodziła się, bo drożdżówki kochała wcale nie mniej niż pączki, a kupno kilku jawiło się jako całkiem niezły pomysł. Będzie mogła podrzucić je Alkowi i innym, którzy akurat się nawiną. – Tak, ale załatwienie wszystkiego, formalności i tak dalej… to już problematyczne… i możliwe do skorzystania tylko w naprawdę podbramkowej sytuacji. Francja to teleportacja na koniec kraju, a potem mugolska przeprawa przez kanał i voila.
Pstryknęła palcami. Nie łudziła się, że śmierciożercy nie mogliby podjąć pościgu w innym kraju, ale nie wątpiła, że będzie on znacznie trudniejszy niż w Anglii. Większość śmierciożerców posiadała tutaj rodziny, zatrudnienie, pozycję społeczną, interesy – to wszystko, co pozwalało im skuteczniej działać na rzecz Voldemorta. Drażnienie służb zagranicznych Ministerstw mogło sprowokować opinię zagraniczną do przekazania środków dla Wielkiej Brytanii na usunięcie zagrożenia: do tej pory Brenna miała wrażenie, że raczej podchodzą do tego „nie nasz problem” (naiwni ludzie: była pewna, że Voldemort nie zatrzymałby się na Anglii, tak jak Grindewald nie zatrzymał się na Niemczech). Nie wspominając już o tym, że gdyby oni byli przygotowani, to śmierciożercy musieliby działać na ślepo.
– Poza tym nie jestem pewna, jak zabrać się do kupowania rzeczy w Stanach z tymi ich kontrolami, wizami i tak dalej – przyznała, nieświadoma, że w sumie za parę tygodni znajdzie się tam Mavelle i będzie można ewentualne zadanie powierzyć jej. – Spodziewałam się trochę, że zrobi coś w Lithę – mruknęła w zamyśleniu, przechodząc już przez kuchnię mieszkania. – Ale specjalista w Norwegii powiedział, że stan Zimnych można odwrócić w Samhain. Że granice są wtedy najcieńsze. Voldemort lubi symbolikę. Może szykuje coś na ten sabat. Święto umarłych.
Jej głos zabrzmiał prawie ponuro. Prześladowało ją poczucie bezradności, bo co z tego, że czegoś się spodziewała – skoro nie mieli pojęcia, co dokładnie Voldemort zrobi?
– Najgorsze, że nie da się przewidzieć, co zrobi. Może uderzy na sabat. A może przeciwnie, spodziewając się, że ochrona będzie większa, a ludzi mniej, napadnie na Londyn. Albo odprawi jakiś paskudny rytuał, wypuszczający ogary piekielne, gdzieś na krańcu świata.
Mogli wszyscy być w gotowości, przygotować przedmioty, eliksiry, ale czy to wystarczy?
Odetchnęła. Nie było co się łudzić: wiedziała przecież, że nie.
– Nie chcę podłączać sieci Fiuu. Kamienica nie jest zabezpieczona, jeśli podłączymy kominek, lokalizacja znajdzie się w ministerialnych rejestrach… a w tej chwili w oczach świata to jedna z setek tysięcy mugolskich kamienic – powiedziała, podchodząc do okna. Przesunęła dłonią po ramie, i w zamyśleniu wyjrzała na zewnątrz: widok na ulicę, mało atrakcyjny, ale typowy dla Londynu. – Nie sądzę. Pamiętasz Grimmauld Place? Naładowane magią po brzegi, a pod jedenastką i dwunastką nic się nie dzieje. Jak długo nie zaczniemy urządzać tu magicznych eksperymentów albo uczyć magii stadka dzieci, powinno być w porządku. A to ma być bardziej… baza wypadowa i kryjówka. Na szkolenia czy wytwórstwo lepiej nadają się Strażnica i, mam nadzieję, Księżycowy Staw. Jeśli go kupię.
Roześmiała się na tę „poradę” Erika: głośno i całkiem szczerze.
– W porządku, to bardzo dobra rada. Spróbujmy uwinąć się tak, żeby zdążyć zahaczyć o klubokawiarnię – zgodziła się, bo drożdżówki kochała wcale nie mniej niż pączki, a kupno kilku jawiło się jako całkiem niezły pomysł. Będzie mogła podrzucić je Alkowi i innym, którzy akurat się nawiną. – Tak, ale załatwienie wszystkiego, formalności i tak dalej… to już problematyczne… i możliwe do skorzystania tylko w naprawdę podbramkowej sytuacji. Francja to teleportacja na koniec kraju, a potem mugolska przeprawa przez kanał i voila.
Pstryknęła palcami. Nie łudziła się, że śmierciożercy nie mogliby podjąć pościgu w innym kraju, ale nie wątpiła, że będzie on znacznie trudniejszy niż w Anglii. Większość śmierciożerców posiadała tutaj rodziny, zatrudnienie, pozycję społeczną, interesy – to wszystko, co pozwalało im skuteczniej działać na rzecz Voldemorta. Drażnienie służb zagranicznych Ministerstw mogło sprowokować opinię zagraniczną do przekazania środków dla Wielkiej Brytanii na usunięcie zagrożenia: do tej pory Brenna miała wrażenie, że raczej podchodzą do tego „nie nasz problem” (naiwni ludzie: była pewna, że Voldemort nie zatrzymałby się na Anglii, tak jak Grindewald nie zatrzymał się na Niemczech). Nie wspominając już o tym, że gdyby oni byli przygotowani, to śmierciożercy musieliby działać na ślepo.
– Poza tym nie jestem pewna, jak zabrać się do kupowania rzeczy w Stanach z tymi ich kontrolami, wizami i tak dalej – przyznała, nieświadoma, że w sumie za parę tygodni znajdzie się tam Mavelle i będzie można ewentualne zadanie powierzyć jej. – Spodziewałam się trochę, że zrobi coś w Lithę – mruknęła w zamyśleniu, przechodząc już przez kuchnię mieszkania. – Ale specjalista w Norwegii powiedział, że stan Zimnych można odwrócić w Samhain. Że granice są wtedy najcieńsze. Voldemort lubi symbolikę. Może szykuje coś na ten sabat. Święto umarłych.
Jej głos zabrzmiał prawie ponuro. Prześladowało ją poczucie bezradności, bo co z tego, że czegoś się spodziewała – skoro nie mieli pojęcia, co dokładnie Voldemort zrobi?
– Najgorsze, że nie da się przewidzieć, co zrobi. Może uderzy na sabat. A może przeciwnie, spodziewając się, że ochrona będzie większa, a ludzi mniej, napadnie na Londyn. Albo odprawi jakiś paskudny rytuał, wypuszczający ogary piekielne, gdzieś na krańcu świata.
Mogli wszyscy być w gotowości, przygotować przedmioty, eliksiry, ale czy to wystarczy?
Odetchnęła. Nie było co się łudzić: wiedziała przecież, że nie.
– Nie chcę podłączać sieci Fiuu. Kamienica nie jest zabezpieczona, jeśli podłączymy kominek, lokalizacja znajdzie się w ministerialnych rejestrach… a w tej chwili w oczach świata to jedna z setek tysięcy mugolskich kamienic – powiedziała, podchodząc do okna. Przesunęła dłonią po ramie, i w zamyśleniu wyjrzała na zewnątrz: widok na ulicę, mało atrakcyjny, ale typowy dla Londynu. – Nie sądzę. Pamiętasz Grimmauld Place? Naładowane magią po brzegi, a pod jedenastką i dwunastką nic się nie dzieje. Jak długo nie zaczniemy urządzać tu magicznych eksperymentów albo uczyć magii stadka dzieci, powinno być w porządku. A to ma być bardziej… baza wypadowa i kryjówka. Na szkolenia czy wytwórstwo lepiej nadają się Strażnica i, mam nadzieję, Księżycowy Staw. Jeśli go kupię.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.