18.08.2024, 14:27 ✶
Menodora była dziwna. Dziwna, ale nie w sposób, który czynił ją kimś odrzucającym. Gdyby miał ująć to innymi słowami... powiedziałby, że Menodora była ciepła. Było w jej trosce i chichotaniu coś absolutnie niewinnego, czego jako młody chłopak nie potrafił opisać - za to bardzo wyraźnie na to zareagował - jego delikatny rumieniec przestał być taki delikatny i jeszcze raz, panicznie poprawił te nieszczęsne, przekrzywione okulary.
Tak naprawdę to nie były już przekrzywione, tylko bardzo, ale to bardzo musiał zrobić coś z rękoma, żeby nie wyglądać niezręcznie.
- Nooo, pewnie byłoby szybciej, gdyby na tej łopacie dało się lecieć i w ten sposób orać grządki. - I tak szczerze to wcale nie było takie głupie - no bo wyobraźcie to sobie - miotła, na której lecisz, co ma na dole zamontowany taki mechanizm... By się go zasilało translokacyjnie albo pedałując i on by za człowieka wykonywał całą pracę. Pozostawało jedynie dobrze wznieść się w powietrze, wycelować, nie chcieć nastraszyć Franka.
Menodory by nie chciał nastraszyć.
- Ja... coż. Okej.
Pozostawało mu zaakceptować tę instrukcję.
Kiedy się zabrał za tę robotę, nawet po wskazaniu mu co gdzie i jak ma robić, bycie chłopakiem z miasta, z bogatej rodziny, wciąż wybijało się ponad szczere chęci, ale faktycznie pracował. I nie chciał iść na żadną lemoniadę. Tak, był rozpieszczony. I naprawdę niewiele miał okazji do pracy w ogrodzie, bo przecież w mieszkaniu, w którym mieszkał z rodzicami i Penelopą nie było nawet tarasu ani balkonu. Ale kopał, kopał i kopał. Dlaczego tak bardzo mu na tym zależało? To wie pewnie tylko Pani Księżyca. Po prostu czuł, że musiał to zrobić.
A kiedy to wszystko zmierzało ku domknięciu, chwycił wreszcie szklankę z piciem, które wyżłopał o wiele szybciej, niż powinien i kaszlnął. Zakrywając usta rękawem, żeby przypadkiem nie opluć Menodory, coś... zauważył. Zacisnął usta w wąską linię i zmrużył oczy. Nic nie mówiąc, podszedł do kępy trawy i kucnął przy niej.
- Heej - powiedział uniesionym głosem, ale nie krzyczał. Zachęcił dziewczynę do podejścia ręką. - Znalazłem norę. Co to jest, jakieś myszy? - Jasnym stało się, że jeżeli nikt go teraz nie powstrzyma, to wsadzi tam rękę.
Tak naprawdę to nie były już przekrzywione, tylko bardzo, ale to bardzo musiał zrobić coś z rękoma, żeby nie wyglądać niezręcznie.
- Nooo, pewnie byłoby szybciej, gdyby na tej łopacie dało się lecieć i w ten sposób orać grządki. - I tak szczerze to wcale nie było takie głupie - no bo wyobraźcie to sobie - miotła, na której lecisz, co ma na dole zamontowany taki mechanizm... By się go zasilało translokacyjnie albo pedałując i on by za człowieka wykonywał całą pracę. Pozostawało jedynie dobrze wznieść się w powietrze, wycelować, nie chcieć nastraszyć Franka.
Menodory by nie chciał nastraszyć.
- Ja... coż. Okej.
Pozostawało mu zaakceptować tę instrukcję.
Kiedy się zabrał za tę robotę, nawet po wskazaniu mu co gdzie i jak ma robić, bycie chłopakiem z miasta, z bogatej rodziny, wciąż wybijało się ponad szczere chęci, ale faktycznie pracował. I nie chciał iść na żadną lemoniadę. Tak, był rozpieszczony. I naprawdę niewiele miał okazji do pracy w ogrodzie, bo przecież w mieszkaniu, w którym mieszkał z rodzicami i Penelopą nie było nawet tarasu ani balkonu. Ale kopał, kopał i kopał. Dlaczego tak bardzo mu na tym zależało? To wie pewnie tylko Pani Księżyca. Po prostu czuł, że musiał to zrobić.
A kiedy to wszystko zmierzało ku domknięciu, chwycił wreszcie szklankę z piciem, które wyżłopał o wiele szybciej, niż powinien i kaszlnął. Zakrywając usta rękawem, żeby przypadkiem nie opluć Menodory, coś... zauważył. Zacisnął usta w wąską linię i zmrużył oczy. Nic nie mówiąc, podszedł do kępy trawy i kucnął przy niej.
- Heej - powiedział uniesionym głosem, ale nie krzyczał. Zachęcił dziewczynę do podejścia ręką. - Znalazłem norę. Co to jest, jakieś myszy? - Jasnym stało się, że jeżeli nikt go teraz nie powstrzyma, to wsadzi tam rękę.