18.08.2024, 20:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.08.2024, 20:42 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie miała nic przeciwko nocnej warcie, nawet jeżeli wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że będzie to nudne zajęcie, którego wszyscy inni chcieli uniknąć i dlatego dawano je żółtodziobom. Do pracy w Brygadzie podchodziła z jednej strony niesamowicie entuzjastycznie, bo od zawsze chciała trafić właśnie tutaj, z drugiej – zapewne z pragmatyzmem i realizmem znacznie większym niż u innych, przychodzących na szkolenia, bo wychowywana w policyjnej rodzinie od zawsze wiedziała, jak to wszystko wygląda. Że czasem rozwiązuje się wielkie sprawy, jak teraz wujek Clemens (bo wujek Clemens był w ogóle absolutnie świetny i oczywiście, że rozwiązywał różne skomplikowane sprawy, i do tego wszystkiego miał świetne włosy), a czasem wypełnia góry dokumentów, wkurwia, że Wizengamot wypuszcza przestępcę, bo ten miał dobrego prawnika albo ogląda bardzo, bardzo paskudne rzeczy.
Lub stoi się po nocy w laboratorium, żeby ktoś przypadkiem nie zanieczyścił miejsca zbrodni.
Nie miała jeszcze pojęcia, że to wylosowanie jej nazwiska wpisze się w pewną prawidłowość – że właściwie to można było uznać to zdarzenie za swojego rodzaju początek pewnej… tradycji. Jeśli ktoś w promieniu pół mili mógł wpakować się w kłopoty, to tym kimś musiała być Brenna.
W każdym razie nocny dyżur ani trochę jej nie martwił, wręcz zdawało się jej to zabawne do pewnego stopnia, że jeszcze pół roku wcześniej dorośli ochrzaniali ją za włóczenie się nocą po zamku (to znaczy ochrzaniliby ją, gdyby ją na tym przyłapali, a na to od czwartego roku nie pozwoliła), a teraz miała zostać w laboratorium. Zaś gdy dowiedziała się, że wujek Clemens będzie jej na tej warcie towarzyszył, to już była wręcz zachwycona, bo z wujkiem zawsze było zabawnie.
– Kochana ciocia – rozczuliła się Brenna, kiedy ujrzała paczkę żywnościową, a w niej zapiekane w cieście kiełbaski, to po prostu raju dla podniebienia. Nie żeby Brenna faktycznie miała być głodna, bo uczciwie zjadła w chwili przerwy dzisiaj lunch, a w jednej z kieszeni marynarki kryło się parę dyniowych pasztecików, zabranych tak właśnie na wypadek, gdyby z wujkiem zgłodnieli. – Jej zapiekane kiełbaski są absolutnie za-je-bi-ste. Spróbuję wpaść. Tylko nie jutro, bo jutro obiecałam się zobaczyć z Norą, i nie pojutrze, bo mam dyżur, ale może popojutrze? – powiedziała, porywając jedną z kiełbasek, ale chociaż wpakowała ją do ust, to ledwo wuj zaczął opowiadać o szczegółach sprawy, skierowała na niego bardzo uważne spojrzenie ciemnych oczu, całkowicie skupiona na historii. Póki co to robiła głównie szkolenia, słuchała wykładów i włóczyła się za kimś na patrolach właśnie, ale oczywiste, że chciała zajmować się poważniejszymi rzeczami. A to oznaczało, że oczywiście każda sprawa żywo ją interesowała.
– Totalnie nie rozumiem, dlaczego ludzie jak ci idioci ćpają takie rzeczy, to przecież głupie, i drogie w dodatku, no nie lepiej kupić sobie pączka? – oświadczyła, pokazując i że jest bardzo młoda, i że wychowywała się jednak w dobrym domu, i trochę, że uparta to musi być nieprawdopodobnie. Bo jeszcze nie pojęła, że czasem to była forma imponowania kolegom, czasem ucieczki przed rzeczywistością, czasem robiono to z głupoty i ciekawości, a czasem, bo tak bardzo bolała dusza – tego to miała się dopiero nauczyć, na razie za bardzo mierzyła wszystko swoją miarą. A ona imponować nikomu nie chciała, miała to szczęście, że paru wiernych przyjaciół było obok, uciekać nie zamierzała, z głupoty wchodziła raczej tam, gdzie nie trzeba i jej świat był zawsze dość przyjemnym miejscem. – Złapaliście tego, no, kto to wszystko trzymał za pysk?Czy tylko udało się tę miejscówkę znaleźć...?
Lub stoi się po nocy w laboratorium, żeby ktoś przypadkiem nie zanieczyścił miejsca zbrodni.
Nie miała jeszcze pojęcia, że to wylosowanie jej nazwiska wpisze się w pewną prawidłowość – że właściwie to można było uznać to zdarzenie za swojego rodzaju początek pewnej… tradycji. Jeśli ktoś w promieniu pół mili mógł wpakować się w kłopoty, to tym kimś musiała być Brenna.
W każdym razie nocny dyżur ani trochę jej nie martwił, wręcz zdawało się jej to zabawne do pewnego stopnia, że jeszcze pół roku wcześniej dorośli ochrzaniali ją za włóczenie się nocą po zamku (to znaczy ochrzaniliby ją, gdyby ją na tym przyłapali, a na to od czwartego roku nie pozwoliła), a teraz miała zostać w laboratorium. Zaś gdy dowiedziała się, że wujek Clemens będzie jej na tej warcie towarzyszył, to już była wręcz zachwycona, bo z wujkiem zawsze było zabawnie.
– Kochana ciocia – rozczuliła się Brenna, kiedy ujrzała paczkę żywnościową, a w niej zapiekane w cieście kiełbaski, to po prostu raju dla podniebienia. Nie żeby Brenna faktycznie miała być głodna, bo uczciwie zjadła w chwili przerwy dzisiaj lunch, a w jednej z kieszeni marynarki kryło się parę dyniowych pasztecików, zabranych tak właśnie na wypadek, gdyby z wujkiem zgłodnieli. – Jej zapiekane kiełbaski są absolutnie za-je-bi-ste. Spróbuję wpaść. Tylko nie jutro, bo jutro obiecałam się zobaczyć z Norą, i nie pojutrze, bo mam dyżur, ale może popojutrze? – powiedziała, porywając jedną z kiełbasek, ale chociaż wpakowała ją do ust, to ledwo wuj zaczął opowiadać o szczegółach sprawy, skierowała na niego bardzo uważne spojrzenie ciemnych oczu, całkowicie skupiona na historii. Póki co to robiła głównie szkolenia, słuchała wykładów i włóczyła się za kimś na patrolach właśnie, ale oczywiste, że chciała zajmować się poważniejszymi rzeczami. A to oznaczało, że oczywiście każda sprawa żywo ją interesowała.
– Totalnie nie rozumiem, dlaczego ludzie jak ci idioci ćpają takie rzeczy, to przecież głupie, i drogie w dodatku, no nie lepiej kupić sobie pączka? – oświadczyła, pokazując i że jest bardzo młoda, i że wychowywała się jednak w dobrym domu, i trochę, że uparta to musi być nieprawdopodobnie. Bo jeszcze nie pojęła, że czasem to była forma imponowania kolegom, czasem ucieczki przed rzeczywistością, czasem robiono to z głupoty i ciekawości, a czasem, bo tak bardzo bolała dusza – tego to miała się dopiero nauczyć, na razie za bardzo mierzyła wszystko swoją miarą. A ona imponować nikomu nie chciała, miała to szczęście, że paru wiernych przyjaciół było obok, uciekać nie zamierzała, z głupoty wchodziła raczej tam, gdzie nie trzeba i jej świat był zawsze dość przyjemnym miejscem. – Złapaliście tego, no, kto to wszystko trzymał za pysk?Czy tylko udało się tę miejscówkę znaleźć...?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.