19.08.2024, 08:42 ✶
Charlotte Crouch najbardziej na świecie nienawidziła, gdy ktoś mówił jej, co ma robić.
Nie była wielką buntowniczką, przynajmniej do tej pory. W szkole nauczyciele nie musieli jej często upominać, bo na wyskoki miała ochotę rzadko, a jeśli już jakichś się dopuszczała, potrafiła albo ukryć je przed światem, albo zgrabnie się z nich wyłgać. Z matką darła koty, tym bardziej, im była starsza, ale dotąd dotyczyły one głównie bzdurnych spraw, które nie podobały się pani Crouch. Gdzieś na ramieniu Charlotte zawsze jednak siedział ten czarny, mały demonik, namawiający ją, aby gdy ktoś chciał, by coś zrobiła, postąpić dokładnie odwrotnie.
Tego wieczoru, gdy z kamienną twarzą słuchała rewelacji o własnych zaręczynach, demonik uświadomił jej, że prawdopodobnie spędzi resztę życia robiąc dokładnie to, czego chciała jej matka. Może Charlotte powinna być wdzięczna, że ta wybrała człowieka, którego szczerze lubiła, ale jednak... nie, nie była wdzięczna ani trochę. Ustawione przez nią małżeństwo będzie zaledwie początkiem. Oczyma wyobraźni widziała całą resztę swojego życia, ułożoną pod matczyne dyktando. Nie chodziło tylko o pieniądze, chociaż te były ważne, a matka trzymała na nich łapę, i Charlotte mogła wprawdzie kupić wszystko, na co miała ochotę, ale każdy wypis z rachunku trafiał do rodziców. Cała jej potencjalna kariera też leżała w rękach rodziny i wiedziała, że zadbają, aby nigdy przypadkiem nie usamodzielniła się tutaj za bardzo przez długie, długie lata. Ministerstwo Magii w dużej mierze leżało w końcu w rękach Crouchów. Gdyby chciała trzasnąć tym wszystkim w kąt, postarają się, by nie dostała pracy nigdzie indziej, nie mogła wynająć mieszkania – jasne, pewnie któryś z chłopców przyjąłby ją do siebie, ale nie była pewna, czy jej duma by to zniosła – i by wykluczono ją towarzysko.
No i był jeszcze w tym równaniu Ned oraz zawoalowana groźba matki, że zniszczą mu życie. Charlotte miała dziwne wrażenie, że to niszczenie życia może przyjąć też postać odebrania tegoż – chyba spodziewałaby się po Persefonie Crouch absolutnie wszystkiego. Ned ją kochał. Ona kochała Neda. Mogłaby pewnie z tej miłości zrezygnować, ale po pierwsze nie chciała, po drugie była cała reszta rachunku, czyli wizja wiecznej kontroli ze strony rodziców.
Poza tym kochała też Jonathana, w zupełnie inny sposób niż Neda, i bardzo nie chciała, żeby to ich uczucie zostało absolutnie zrujnowane, kiedy oboje zostaną do siebie przywiązani dlatego, że tak powiedział ktoś inny.
Mogła się poddać, i całe życie być tresowana metodą kijka i marchewki, ale w zamian wieść życie dość wygodne.
Mogła się zbuntować, wyprowadzić z domu i skończyć w Anglii zrujnowana. I przy okazji zrujnować Neda.
Obie te opcje jej nie odpowiadały.
Musiała znaleźć inną drogę.
Złocista szata, o którą poprzedniego wieczora pani i panna Crouch pokłóciły się piekielnie, zaszeleściła, kiedy Charlotte wyszła do ogrodu za Jonathanem i jej cień padł na leżącego w trawie Selwyna.
– Zastanawiam się nad pozbyciem się mojej matki – oświadczyła z pewnym zamyśleniem, a ton i wyraz twarzy sprawiały, że trudno było odgadnąć, na ile poważne są jej słowa.
Nie była wielką buntowniczką, przynajmniej do tej pory. W szkole nauczyciele nie musieli jej często upominać, bo na wyskoki miała ochotę rzadko, a jeśli już jakichś się dopuszczała, potrafiła albo ukryć je przed światem, albo zgrabnie się z nich wyłgać. Z matką darła koty, tym bardziej, im była starsza, ale dotąd dotyczyły one głównie bzdurnych spraw, które nie podobały się pani Crouch. Gdzieś na ramieniu Charlotte zawsze jednak siedział ten czarny, mały demonik, namawiający ją, aby gdy ktoś chciał, by coś zrobiła, postąpić dokładnie odwrotnie.
Tego wieczoru, gdy z kamienną twarzą słuchała rewelacji o własnych zaręczynach, demonik uświadomił jej, że prawdopodobnie spędzi resztę życia robiąc dokładnie to, czego chciała jej matka. Może Charlotte powinna być wdzięczna, że ta wybrała człowieka, którego szczerze lubiła, ale jednak... nie, nie była wdzięczna ani trochę. Ustawione przez nią małżeństwo będzie zaledwie początkiem. Oczyma wyobraźni widziała całą resztę swojego życia, ułożoną pod matczyne dyktando. Nie chodziło tylko o pieniądze, chociaż te były ważne, a matka trzymała na nich łapę, i Charlotte mogła wprawdzie kupić wszystko, na co miała ochotę, ale każdy wypis z rachunku trafiał do rodziców. Cała jej potencjalna kariera też leżała w rękach rodziny i wiedziała, że zadbają, aby nigdy przypadkiem nie usamodzielniła się tutaj za bardzo przez długie, długie lata. Ministerstwo Magii w dużej mierze leżało w końcu w rękach Crouchów. Gdyby chciała trzasnąć tym wszystkim w kąt, postarają się, by nie dostała pracy nigdzie indziej, nie mogła wynająć mieszkania – jasne, pewnie któryś z chłopców przyjąłby ją do siebie, ale nie była pewna, czy jej duma by to zniosła – i by wykluczono ją towarzysko.
No i był jeszcze w tym równaniu Ned oraz zawoalowana groźba matki, że zniszczą mu życie. Charlotte miała dziwne wrażenie, że to niszczenie życia może przyjąć też postać odebrania tegoż – chyba spodziewałaby się po Persefonie Crouch absolutnie wszystkiego. Ned ją kochał. Ona kochała Neda. Mogłaby pewnie z tej miłości zrezygnować, ale po pierwsze nie chciała, po drugie była cała reszta rachunku, czyli wizja wiecznej kontroli ze strony rodziców.
Poza tym kochała też Jonathana, w zupełnie inny sposób niż Neda, i bardzo nie chciała, żeby to ich uczucie zostało absolutnie zrujnowane, kiedy oboje zostaną do siebie przywiązani dlatego, że tak powiedział ktoś inny.
Mogła się poddać, i całe życie być tresowana metodą kijka i marchewki, ale w zamian wieść życie dość wygodne.
Mogła się zbuntować, wyprowadzić z domu i skończyć w Anglii zrujnowana. I przy okazji zrujnować Neda.
Obie te opcje jej nie odpowiadały.
Musiała znaleźć inną drogę.
Złocista szata, o którą poprzedniego wieczora pani i panna Crouch pokłóciły się piekielnie, zaszeleściła, kiedy Charlotte wyszła do ogrodu za Jonathanem i jej cień padł na leżącego w trawie Selwyna.
– Zastanawiam się nad pozbyciem się mojej matki – oświadczyła z pewnym zamyśleniem, a ton i wyraz twarzy sprawiały, że trudno było odgadnąć, na ile poważne są jej słowa.