19.08.2024, 18:29 ✶
Charles zaciskał palce na widelcu, ale Leonard był bezpieczny. Ostre kolce nie były przeznaczone dla niego. Spuściwszy głowę, dalej słuchał wymiany zdań między bratem a ojcem. Leo miał rację. Tata nie powinien pozwolić, by to samo, co zaszło między Francisem i jego synami, stało się po raz kolejny, w następnym pokoleniu.
- Ciągle mówisz o naszej rodzinie, tato. - Odezwał się w końcu, z trudem powstrzymując chęć wejścia Richardowi w słowo. Sam Richard chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ na syna mają jego słowa i jak bardzo kaleczą. - Moją najbliższą rodziną jesteś ty, Scarlett i Leonard. Poza tym, rozmawiałem z Alexandrem. - Przyznał się. Nie wspomniał o tym wcześniej ojcu i nie zamierzał wdawać się w szczegóły spotkania na klifie. Ojciec mógł się domyślać, że temat świeczek i wywiadu również został poruszony w tej rozmowie, nie znał jednak rezultatu. - Mówisz o rodzinie, ale masz na myśli wyłącznie wuja Roberta i to, co on powie. Mówiłem ci już, że do wywiadu zostałem zmuszony, żeby ochronić waszą reputację. Ale to nie ma znaczenia, prawda? - Pozwolił sobie na zdenerwowane, rozczarowane prychnięcie. - Tak jak nie ma znaczenia to, jak ucierpiał mój wizerunek. - Poruszył tę kwestię po raz pierwszy od czasu skandalu. Wchodził w dorosłość i musiał zadbać również o to, jak postrzegają go inni, to jednak najwyraźniej nie miało znaczenia dla ojca, martwiącego się tylko o Roberta. Nie pomyślał, czy Charles był zadowolony, gdy rozbierał się do obiektywu, choć dostrzegła to nawet jakaś daleka ciotka, wysyłając taką uwagę w liście. - Rodzina powinna stanąć za mną murem i ukarać Isaaca, ale jest odwrotnie.
Czara powoli się zapełniała, a stwierdzenie, że to Lorien zasugerowała wydziedziczenie, przelała ją ostatecznie. Charlie nie przeprosił nawet, gdy widelec z głośnym brzdękiem upadł na talerzyk, obok nieruszonego rogalika. Jedyna, wydawałoby się, przyjazna osoba w całej kamienicy okazywała się najgorszym zdrajcą. Charles nawet przez moment nie zakładał, że ojciec może kłamać.
- Mówisz, że dziadek był strasznym rodzicem, ale powielasz jego przykład, jak mówi Leonard. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, ojcze. - Pełen żalu, uniósł załzawiony wzrok na Richarda i tym razem nie uciekał, nie chował się za wstydem. Na to było za późno. - Czy jeśli wuj zadecyduje o wyrzuceniu mnie, przestaniesz nazywać mnie synem? Będę dla ciebie mniej, niż obcym? Odwrócisz się i zapomnisz, że istniałem, że zawsze chciałem być taki, jak ty? Że byłeś dla mnie najważniejszy przez tyle lat, gdy ja znaczyłem dla ciebie prawdopodobnie tyle, co nic? - Głos załamał mu się lekko, ale odchrząknął i mówił dalej. - Twierdzisz, że tego nie zrobicie, ale takich ostrzeżeń nie rzuca się na wiatr bez konsekwencji. Skąd mam wiedzieć, co uznacie za przewinienie godne wywalenia- uczepił się niewygodnego słowa - z rodziny? Nie chcę żadnych pieniędzy, tym bardziej od Roberta. Ja... ja miałem roznieść życiorysy. - Przypomniał sobie, odsuwając swoje krzesło od stołu i łapiąc teczkę, zamierzając zrobić to wbrew rozkazowi ojca. Chciał uciec od tej przykrej sytuacji, gorszej jeszcze niż sprawa ze świeczkami. Czuł, że traci grunt pod nogami, a wszystko to, w co wierzył, staje się kłamstwem.
- Ciągle mówisz o naszej rodzinie, tato. - Odezwał się w końcu, z trudem powstrzymując chęć wejścia Richardowi w słowo. Sam Richard chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ na syna mają jego słowa i jak bardzo kaleczą. - Moją najbliższą rodziną jesteś ty, Scarlett i Leonard. Poza tym, rozmawiałem z Alexandrem. - Przyznał się. Nie wspomniał o tym wcześniej ojcu i nie zamierzał wdawać się w szczegóły spotkania na klifie. Ojciec mógł się domyślać, że temat świeczek i wywiadu również został poruszony w tej rozmowie, nie znał jednak rezultatu. - Mówisz o rodzinie, ale masz na myśli wyłącznie wuja Roberta i to, co on powie. Mówiłem ci już, że do wywiadu zostałem zmuszony, żeby ochronić waszą reputację. Ale to nie ma znaczenia, prawda? - Pozwolił sobie na zdenerwowane, rozczarowane prychnięcie. - Tak jak nie ma znaczenia to, jak ucierpiał mój wizerunek. - Poruszył tę kwestię po raz pierwszy od czasu skandalu. Wchodził w dorosłość i musiał zadbać również o to, jak postrzegają go inni, to jednak najwyraźniej nie miało znaczenia dla ojca, martwiącego się tylko o Roberta. Nie pomyślał, czy Charles był zadowolony, gdy rozbierał się do obiektywu, choć dostrzegła to nawet jakaś daleka ciotka, wysyłając taką uwagę w liście. - Rodzina powinna stanąć za mną murem i ukarać Isaaca, ale jest odwrotnie.
Czara powoli się zapełniała, a stwierdzenie, że to Lorien zasugerowała wydziedziczenie, przelała ją ostatecznie. Charlie nie przeprosił nawet, gdy widelec z głośnym brzdękiem upadł na talerzyk, obok nieruszonego rogalika. Jedyna, wydawałoby się, przyjazna osoba w całej kamienicy okazywała się najgorszym zdrajcą. Charles nawet przez moment nie zakładał, że ojciec może kłamać.
- Mówisz, że dziadek był strasznym rodzicem, ale powielasz jego przykład, jak mówi Leonard. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, ojcze. - Pełen żalu, uniósł załzawiony wzrok na Richarda i tym razem nie uciekał, nie chował się za wstydem. Na to było za późno. - Czy jeśli wuj zadecyduje o wyrzuceniu mnie, przestaniesz nazywać mnie synem? Będę dla ciebie mniej, niż obcym? Odwrócisz się i zapomnisz, że istniałem, że zawsze chciałem być taki, jak ty? Że byłeś dla mnie najważniejszy przez tyle lat, gdy ja znaczyłem dla ciebie prawdopodobnie tyle, co nic? - Głos załamał mu się lekko, ale odchrząknął i mówił dalej. - Twierdzisz, że tego nie zrobicie, ale takich ostrzeżeń nie rzuca się na wiatr bez konsekwencji. Skąd mam wiedzieć, co uznacie za przewinienie godne wywalenia- uczepił się niewygodnego słowa - z rodziny? Nie chcę żadnych pieniędzy, tym bardziej od Roberta. Ja... ja miałem roznieść życiorysy. - Przypomniał sobie, odsuwając swoje krzesło od stołu i łapiąc teczkę, zamierzając zrobić to wbrew rozkazowi ojca. Chciał uciec od tej przykrej sytuacji, gorszej jeszcze niż sprawa ze świeczkami. Czuł, że traci grunt pod nogami, a wszystko to, w co wierzył, staje się kłamstwem.