19.08.2024, 22:31 ✶
- Może więc powinnam jednak wcielić ten plan w życie, w imię jej rozwoju? - zażartowała Brenna. - Nie wiem. Nie tak naprawdę. Chyba? Wtedy duchy mogą przejść do nas i są odsyłane z powrotem. Ale czy limbo to faktycznie krainą umarłych? Nie mam pojęcia i to... nie na moją głowę.
Brenna była... przyziemna. Urodziła się w zamożnej i wpływowej rodzinie, ale tak naprawdę zawsze uważała się za bardzo normalną osobę, nawet mimo magii babki płynącej w jej krwi i przynoszącej echa przeszłości. Znała duchy, ciekawiły ją, ale to było coś innego niż limbo, zacierające się granice, anomalie. To były rzeczy, co do których czuła, że ani ona, ani nikt śmiertelny nie powinien sięgać. Nie pojmowała ich, wzbudzały w niej niepokój, a drążyła uparcie, bo robił to Voldemort i bo każdy z Zimnych na swój sposób był jej bliski. Ale nie oznaczało to, że nagle stała się specjalistką w dziedzinie. Albo że naprawdę chciała badać ten temat.
Tęskniła za zwykłym życiem. Teraz nawet ten czas początków wojny wydawał się Brennie spokojniejszy: wtedy jeszcze nikt nie mieszał w konflikt kamieni z kosmosu i limbo. Kiedy mogła mówić, że to zupełnie jej nie dotyczy, kiedy to były sprawy dalekie, i nierealne. Chłód promieniujący z ciał zimnych, Mavelle mdlejąca podczas akcji na Nokturnie, Victoria wybiegająca z Ministerstwa w mundurze aurora pod wpływem nieswojego wspomnienia, to wszystko było bliskie i aż nazbyt prawdziwe.
Zapatrzona za okno nie odpowiedziała od razu, powstrzymując słowa, cisnące się na usta: nieważne, co się stanie, nieważne, co zrobią, nieważne, czy poruszą niebo i ziemię, nie zdołają odpowiednio się przygotować. Były rzeczy, których mówić nie miała prawa, a to były jedne z nich. Nikt nie potrzebował jej zwątpienia.
- Jenkins i Ministerstwo krytykowano za nie dość dobre obstawienie Beltane.
Oznaki zwiastujące katastrofę istniały, ale były drobne. Łatwo było je przeoczyć, zbagatelizować. Nawet Zakon spodziewał się ataku tylko dlatego, że oczekiwal go Dumbledore, a oni przywykli mu ufać. Tym razem jednak chyba wszyscy jeśli nie wiedzieli, to przeczuwali, że coś wisi w powietrzu.
- Gdyby znów doszło do ataku, i nie byłoby obstawy, straciłaby stanowisko. Wątpię, żeby tak zaryzykowała. Myślę, że sabat się nie odbędzie albo przydzielą ludzi... Ale cóż, może jestem nadmierną optymistką. My w każdym razie będziemy gotowi.
To nie wystarczy.
Podczas Beltane nie wystarczyło.
Ale musiała wierzyć, że tym razem będą przygotowani lepiej i że zrobi to różnicę.
- Też byłam tam ze trzy razy, ale trochę poszerpalam, zanim kupiłam to miejsce - powiedziała. Blackowie mieli dość mocne poglądy na pewne sprawy, niezbyt zgodne z tymi Longbottomów. Wszyscy należeli do jednego świata i stykali się przy różnych okazjach, ale trudno było tutaj mówić o szczególnej przyjaźni. - Po drugiej stronie korytarza jest identyczne mieszkanie, też w niezłym stanie. To na górze już gorzej, a to na dole wymaga generalnego remontu, ale też na razie nie potrzebujemy pałacu.
Brenna była... przyziemna. Urodziła się w zamożnej i wpływowej rodzinie, ale tak naprawdę zawsze uważała się za bardzo normalną osobę, nawet mimo magii babki płynącej w jej krwi i przynoszącej echa przeszłości. Znała duchy, ciekawiły ją, ale to było coś innego niż limbo, zacierające się granice, anomalie. To były rzeczy, co do których czuła, że ani ona, ani nikt śmiertelny nie powinien sięgać. Nie pojmowała ich, wzbudzały w niej niepokój, a drążyła uparcie, bo robił to Voldemort i bo każdy z Zimnych na swój sposób był jej bliski. Ale nie oznaczało to, że nagle stała się specjalistką w dziedzinie. Albo że naprawdę chciała badać ten temat.
Tęskniła za zwykłym życiem. Teraz nawet ten czas początków wojny wydawał się Brennie spokojniejszy: wtedy jeszcze nikt nie mieszał w konflikt kamieni z kosmosu i limbo. Kiedy mogła mówić, że to zupełnie jej nie dotyczy, kiedy to były sprawy dalekie, i nierealne. Chłód promieniujący z ciał zimnych, Mavelle mdlejąca podczas akcji na Nokturnie, Victoria wybiegająca z Ministerstwa w mundurze aurora pod wpływem nieswojego wspomnienia, to wszystko było bliskie i aż nazbyt prawdziwe.
Zapatrzona za okno nie odpowiedziała od razu, powstrzymując słowa, cisnące się na usta: nieważne, co się stanie, nieważne, co zrobią, nieważne, czy poruszą niebo i ziemię, nie zdołają odpowiednio się przygotować. Były rzeczy, których mówić nie miała prawa, a to były jedne z nich. Nikt nie potrzebował jej zwątpienia.
- Jenkins i Ministerstwo krytykowano za nie dość dobre obstawienie Beltane.
Oznaki zwiastujące katastrofę istniały, ale były drobne. Łatwo było je przeoczyć, zbagatelizować. Nawet Zakon spodziewał się ataku tylko dlatego, że oczekiwal go Dumbledore, a oni przywykli mu ufać. Tym razem jednak chyba wszyscy jeśli nie wiedzieli, to przeczuwali, że coś wisi w powietrzu.
- Gdyby znów doszło do ataku, i nie byłoby obstawy, straciłaby stanowisko. Wątpię, żeby tak zaryzykowała. Myślę, że sabat się nie odbędzie albo przydzielą ludzi... Ale cóż, może jestem nadmierną optymistką. My w każdym razie będziemy gotowi.
To nie wystarczy.
Podczas Beltane nie wystarczyło.
Ale musiała wierzyć, że tym razem będą przygotowani lepiej i że zrobi to różnicę.
- Też byłam tam ze trzy razy, ale trochę poszerpalam, zanim kupiłam to miejsce - powiedziała. Blackowie mieli dość mocne poglądy na pewne sprawy, niezbyt zgodne z tymi Longbottomów. Wszyscy należeli do jednego świata i stykali się przy różnych okazjach, ale trudno było tutaj mówić o szczególnej przyjaźni. - Po drugiej stronie korytarza jest identyczne mieszkanie, też w niezłym stanie. To na górze już gorzej, a to na dole wymaga generalnego remontu, ale też na razie nie potrzebujemy pałacu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.