20.08.2024, 21:46 ✶
To było chore, ale w tej konkretnej chwili kompletnie mi się takim nie wydawało. Czułem całym sobą tę potrzebę, ten nieskończony głód pragnący ukojenia, chęć poczucia większej ilości ciepła w sobie, jeszcze więcej życia. Zakłamanej wizji potęgi, która jednak uskrzydlała, dodawała poweru, niezwyciężoności...
Nakrapianej paniką, niepewnością, chaosem. Przebłyski starego Astarotha w nowym Astarothcie... Czy może przebłyski Astarotha w bestii? Nieistotne, bo jedyną ważną kwestią w tej sytuacji było to, że Laurent umierał. Wykrwawiał się na moich oczach, a jedyne, o czym potrafiłem w tej chwili myśleć to krew, walka o krew, przegrana o krew. Chciałem więcej. Miałem nie dostać już nic.
A przecież moje ciało się wyrywało, pragnęło, drżało na myśl o tym słodkim smaku...
I jednocześnie zostałem w pustym domu... Duma ujadał. Tylko tyle. Oddychałem ciężko, wręcz warczałem wściekle, próbując namierzyć uciekinierów, ale to było na nic, na nic. Uciekli daleko.
Nawet nie znałem tego mężczyzny, który przybył do Laurenta. Nie wiedziałem kim był i co tu robił, co zamierzał zrobić z Laurentem...
Ale czy to było takie istotne w obliczu tego, że sam próbowałem go zjeść? Wyssać do cna? Zabić...?
Wściekłe poczucie przegranej i nienasyconego głodu powoli przechodziło, kiedy nie miałem kogo wysysać. Wracała świadomość, a im bardziej wracała, tym bardziej czułem się nie-sobą. O zgrozo! Dopiero wtedy, kiedy tak naprawdę powracałam do pełni świadomości. Zakrwawione dłonie wciąż sprawiały mrowienie w moich wargach. Mimowolnie je oblizywałem, ale docierało do mnie, czemu były zakrwawione, czyją krwią... Ten smak znałem doskonale.
To był koszmar. Trwałem w osłupieniu, nie chcąc się przyznawać do tego, co tu zaszło. Ale jednak nie mogłem tego robić w nieskończoność, szczególnie że okazywałem się być tu intruzem. Zebrałem w pośpiechu swoje ubrania wraz z różdżką, ogarnąłem się i aportowałem do Londynu, a potem Snowdonii.
Nakrapianej paniką, niepewnością, chaosem. Przebłyski starego Astarotha w nowym Astarothcie... Czy może przebłyski Astarotha w bestii? Nieistotne, bo jedyną ważną kwestią w tej sytuacji było to, że Laurent umierał. Wykrwawiał się na moich oczach, a jedyne, o czym potrafiłem w tej chwili myśleć to krew, walka o krew, przegrana o krew. Chciałem więcej. Miałem nie dostać już nic.
A przecież moje ciało się wyrywało, pragnęło, drżało na myśl o tym słodkim smaku...
I jednocześnie zostałem w pustym domu... Duma ujadał. Tylko tyle. Oddychałem ciężko, wręcz warczałem wściekle, próbując namierzyć uciekinierów, ale to było na nic, na nic. Uciekli daleko.
Nawet nie znałem tego mężczyzny, który przybył do Laurenta. Nie wiedziałem kim był i co tu robił, co zamierzał zrobić z Laurentem...
Ale czy to było takie istotne w obliczu tego, że sam próbowałem go zjeść? Wyssać do cna? Zabić...?
Wściekłe poczucie przegranej i nienasyconego głodu powoli przechodziło, kiedy nie miałem kogo wysysać. Wracała świadomość, a im bardziej wracała, tym bardziej czułem się nie-sobą. O zgrozo! Dopiero wtedy, kiedy tak naprawdę powracałam do pełni świadomości. Zakrwawione dłonie wciąż sprawiały mrowienie w moich wargach. Mimowolnie je oblizywałem, ale docierało do mnie, czemu były zakrwawione, czyją krwią... Ten smak znałem doskonale.
To był koszmar. Trwałem w osłupieniu, nie chcąc się przyznawać do tego, co tu zaszło. Ale jednak nie mogłem tego robić w nieskończoność, szczególnie że okazywałem się być tu intruzem. Zebrałem w pośpiechu swoje ubrania wraz z różdżką, ogarnąłem się i aportowałem do Londynu, a potem Snowdonii.
Koniec sesji