21.08.2024, 19:24 ✶
Całe lata nikomu nie przeszkadzało, że podczas festynów działy się różne rzeczy głównie dlatego, ze do tego momentu magia zdawała się działać poprawnie. Wniesienie wianka na słup nie skutkowała do tej pory w więzi, która mogła zostać zerwana tylko poprzez interwencję wprawnego klątwołamacza. Wcześniej ludzie się trochę pocieszyli i było po kłopocie, a teraz? Magia ciągnęła ludzi do siebie, mieszała w ich życiu skręcając żołądki kiedy działo się coś złego, albo zmuszając do kasłania kwiatami, kiedy ktoś był zbyt przymilny względem osób trzecich. Herbatki tak naprawdę nie były tutaj aż takim problemem, ale Atreus nie zamierzał cieszyć się z tego, że ktoś zamiast kropli wrzucił tam całą łyżeczkę amortencji, tak że błagał Longbottom o spędzenie reszty życia razem. To miało być po części święto miłości, więc czemu celebrować je tą sztuczną i wywołaną magicznie? Całkiem szczerze, to Atreus nie widział powodu w tym, żeby obchody świąt nie odbywały się dalej, ale Isobell postanowiła chyba że jeśli nie miało się to dziać na Polanie to nikt nie będzie się dobrze bawił i oto właśnie byli teraz tutaj.
Bulstrode zmarszczył brwi słysząc komentarz kobiety, która najwyraźniej za punkt honoru wzięła sobie przyczepienie do najmniej znaczącego w tym momencie elementu wypowiedzi Sebastiana. Tak jakby tylko szukała zaczepki i powodu do niezadowolenia.
- Ale ja mam ze sobą kogoś w mundurze - wskazał na Brennę i uśmiechnął się do niewymownie niemalże protekcjonalnie, chociaż starał się to ukryć za przyglądaniem się okazanym przez nią dokumentom. Potem kiwnął lekko głową, wzruszając przy tym ramionami, bo stało w nich jak byk, ze mieli przed sobą Evelyn Houncourt. Niewymowną. Wszystko się zgadzało. - Atreus Bulstrode, auror - przedstawił się jeszcze kobiecie, tym razem uśmiechając się do niej grzecznie i zastanawiając, czy Sebastiana faktycznie znała czy może rozpoznała to że jest egzorcystą po węchu czy innej, niedostrzegalnej dla innych rzeczy.
Uśmiechnął się lekko na komentarz Sebastiana, ale sam nic nie powiedział na temat. Jeszcze miesiąc temu sami nieco ścierali się co do tego który departament powinien co zrobić, kiedy razem z Laurentem i Geraldine chodzili w okolicy kniei, ale przynajmniej w jednej kwestii się zgadzali - Departament Tajemnic definitywnie za bardzo wczuwał się w ten drugi człon swojej nazwy i wszystkim innym tylko psuł przez to krew.
- Nie tak jak w limbo - rzucił obojętnie, przelotnie spoglądając na niego zanim wrócił do spoglądania w dziurę, nad którą Brenna szeptała zaklęcia. - W sumie to coś ciekawego oprócz tej dziury i zachowania pani kolegi się tutaj działo? Coś ciekawego za tymi kamieniami, zza których pani na nas wyskoczyła? - wsunął dłonie w kieszenie, przyglądając się znowu kobiecie uważnie, chcąc jakoś wyłapać te skoki emocji w jej aurze, trochę oczekując że rozmowa pozwoli zlokalizować problem.
A potem się wzdrygnął, odsuwając o krok o Macmillana, kiedy ten podniósł głos. Zmarszczył brwi i rozejrzał się, mimowolnie spojrzeniem podążając za jego spojrzeniem, ale chyba nic tam nie było. Chyba.
- O czym ty mówisz?
Bulstrode zmarszczył brwi słysząc komentarz kobiety, która najwyraźniej za punkt honoru wzięła sobie przyczepienie do najmniej znaczącego w tym momencie elementu wypowiedzi Sebastiana. Tak jakby tylko szukała zaczepki i powodu do niezadowolenia.
- Ale ja mam ze sobą kogoś w mundurze - wskazał na Brennę i uśmiechnął się do niewymownie niemalże protekcjonalnie, chociaż starał się to ukryć za przyglądaniem się okazanym przez nią dokumentom. Potem kiwnął lekko głową, wzruszając przy tym ramionami, bo stało w nich jak byk, ze mieli przed sobą Evelyn Houncourt. Niewymowną. Wszystko się zgadzało. - Atreus Bulstrode, auror - przedstawił się jeszcze kobiecie, tym razem uśmiechając się do niej grzecznie i zastanawiając, czy Sebastiana faktycznie znała czy może rozpoznała to że jest egzorcystą po węchu czy innej, niedostrzegalnej dla innych rzeczy.
Uśmiechnął się lekko na komentarz Sebastiana, ale sam nic nie powiedział na temat. Jeszcze miesiąc temu sami nieco ścierali się co do tego który departament powinien co zrobić, kiedy razem z Laurentem i Geraldine chodzili w okolicy kniei, ale przynajmniej w jednej kwestii się zgadzali - Departament Tajemnic definitywnie za bardzo wczuwał się w ten drugi człon swojej nazwy i wszystkim innym tylko psuł przez to krew.
- Nie tak jak w limbo - rzucił obojętnie, przelotnie spoglądając na niego zanim wrócił do spoglądania w dziurę, nad którą Brenna szeptała zaklęcia. - W sumie to coś ciekawego oprócz tej dziury i zachowania pani kolegi się tutaj działo? Coś ciekawego za tymi kamieniami, zza których pani na nas wyskoczyła? - wsunął dłonie w kieszenie, przyglądając się znowu kobiecie uważnie, chcąc jakoś wyłapać te skoki emocji w jej aurze, trochę oczekując że rozmowa pozwoli zlokalizować problem.
A potem się wzdrygnął, odsuwając o krok o Macmillana, kiedy ten podniósł głos. Zmarszczył brwi i rozejrzał się, mimowolnie spojrzeniem podążając za jego spojrzeniem, ale chyba nic tam nie było. Chyba.
- O czym ty mówisz?