21.08.2024, 23:34 ✶
Czy Eden Lestrange zakładała, że pewnego, bardzo wczesnego ranka, będzie prowadzona podpita przez Brennę Longbottom do jednego z gościnnych pokoi na piętrze Warowni?
Nie, i gdyby kiedyś taka możliwość jej się objawiła, choć była niewierząca, na zaś by się przeżegnała.
Było w tym coś mrożącego krew w żyłach; myśl, że jest się teraz na łasce kogoś, kogo od lat dziecięcych się wyśmiewało. A za co? Za cokolwiek, bo Eden czasem tak już miewała, że musiała się uwziąć na innych od siebie, choć jej nic nie zawinili, a potem czerpać z tego niegodną rozrywkę. Może dlatego, że jak samemu masz życie nudne, to zaczynasz się niezdrowo interesować cudzym.
Teraz jednak nie słyszała wyrzutów sumienia, bo nawet jeśli próbowały dojść do głosu, to nie były w stanie przebić się przez szum. Nie wiedziała już, czy to efekt nadmiaru alkoholu, dźwięk morza, który wwiercił jej się w głowę, czy może nieproszone recytowanie listy obecności łazienek w Warowni przez Brennę zlało się w niekoherentną masę, wlatującą jednym uchem i wylatującą drugim. Cokolwiek było przyczyną, rozsadzało Eden czaszkę. Ledwie trzymała się na nogach, ale doskonale wiedziała, że jutrzejszego ranka będzie nienawidzić siebie z przeszłości.
Nie protestowała na plaży, bo nie mogła się za bardzo wysłowić. Poza tym wracanie w takim stanie do pustego domu wcale nie brzmiało przyjemniej.
Nie mogła już znieść słowotoku Longbottom. Nawet nie wyłapywała choćby ćwierci treści tego monologu, ale ilość dźwięków i zgłosek nadchodzących bez końca w połączeniu z tym szumem w głowie doprowadzała ją do szału. Gdyby była w stanie bez robienia z siebie ofiary dotrzeć do balustrady schodów, rozważyłaby rzucenie się z nich. Niestety kiedy próbowała się rozejrzeć w poszukiwaniu drogi, którą dosłownie chwilę temu przeszły, ostrość panoramy nieco się rozmyła i Eden musiała złapać się Brenny, aby nie przeżyć spotkania pierwszego stopnia z podłogą.
Nie powinna była się doprowadzać do takiego stanu, a już szczególnie nie w towarzystwie. Nie w tym towarzystwie. Wiedziała, że po pijaku rozwiązuje jej się język - choć co prawda nigdy nie cierpiała na deficyt szczerości w swojej wypowiedzi, na trzeźwo umiała ją ubrać w takie słowa, by nie móc ponieść za nią konsekwencji. Po kilku głębszych traciła zdolność sortowania wyrażeń na te stosowne i niestosowne. Mówiła wszystko, co jej ślina na język przyniesie.
Kiedy Brenna otworzyła drzwi do pokoju, Eden do niego wpierw nawet nie zajrzała. Zamiast tego zastąpiła kobiecie drogę i ujęła w dłonie jej policzki. Przybliżyła do siebie ich twarze, spojrzała jej prosto w oczy, czyniąc ich położenie niezwykle dwuznacznym, ale nie skończyło się to ferworem uczuć.
- Bren, kochanie, czy ty czasem dajesz tej buzi odpocząć? - Zapytała zachrypniętym, zmęczonym głosem, leniwie przeciągając słowa. Po swoim pytaniu puściła Longbottom błyskawicznie, prawie jak dziecko znudzone zabawką, bo to wcale nie był żaden podryw, a narąbana Eden nieznająca pojęcia granicy dobrego smaku. Szacunek wobec przestrzeni osobistej? Nie w tym wydaniu.
Weszła do środka, nie rozglądając się po pomieszczeniu. Poszła prostą drogą w kierunku łóżka, aby zwalić się na nie całym ciężarem i usiąść. Musiała ściągnąć z nóg obcasy, bo jeszcze minuta spaceru w nich, a skończą wbite w czyjąś głowę.
- Na niedźwiedziu? - Zdziwiła się, unosząc głowę w kierunku Longbottom. Skrzywiła twarz, zastanawiając się, o kogo chodzi. Brenna mogła zobaczyć w oczach Eden odbicie wszystkich zębatek, które obracały się w jej otumanionej alkoholem głowie. - Erik jest duży, ale nie jest aż tak owłosiony... - mruknęła, wypowiadając na głos myśl, którą na trzeźwo zostawiłaby dla siebie. W sumie mówiąc to nawet nie wyglądała, jakby mówiła to do Brenny. Wydawało się, że zastanawiała się głośno, po prostu ona sama nie rozumiała jak bardzo.
- Przyszłam z Millie - powiedziała, uśmiechając się szeroko. Ten rodzaj uśmiechu, który zwykle prezentuje dumne z siebie dziecko po przyprowadzeniu nowej, fajnej koleżanki ze szkoły. - Miałyśmy pospacerować we dwie, ale zapomniała o tej waszej imprezie. Nie winię jej, o tobie łatwo zapomnieć. - Nie oszczędziła sobie przytyku, bo chociaż była pijana, nadal nie zapomniała o swojej pasji w postaci dokuczania Brennie. - Nie wiem, jak to się stało, że zaprosiła mnie na przechadzkę Moody, a skończyłam w twoim łóżku, ale nie mam siły wybrzydzać - oświadczyła, słychać było, że żart jej się bardziej teraz ima niż szczerość. Następnie opadła plecami na łóżko, chyba gotowa tak pójść spać. Nie przyznawała się do tego nikomu, ale to byłaby jedna z lepszych pozycji w jakiej po pijaku udawało jej się zasnąć.
Nie, i gdyby kiedyś taka możliwość jej się objawiła, choć była niewierząca, na zaś by się przeżegnała.
Było w tym coś mrożącego krew w żyłach; myśl, że jest się teraz na łasce kogoś, kogo od lat dziecięcych się wyśmiewało. A za co? Za cokolwiek, bo Eden czasem tak już miewała, że musiała się uwziąć na innych od siebie, choć jej nic nie zawinili, a potem czerpać z tego niegodną rozrywkę. Może dlatego, że jak samemu masz życie nudne, to zaczynasz się niezdrowo interesować cudzym.
Teraz jednak nie słyszała wyrzutów sumienia, bo nawet jeśli próbowały dojść do głosu, to nie były w stanie przebić się przez szum. Nie wiedziała już, czy to efekt nadmiaru alkoholu, dźwięk morza, który wwiercił jej się w głowę, czy może nieproszone recytowanie listy obecności łazienek w Warowni przez Brennę zlało się w niekoherentną masę, wlatującą jednym uchem i wylatującą drugim. Cokolwiek było przyczyną, rozsadzało Eden czaszkę. Ledwie trzymała się na nogach, ale doskonale wiedziała, że jutrzejszego ranka będzie nienawidzić siebie z przeszłości.
Nie protestowała na plaży, bo nie mogła się za bardzo wysłowić. Poza tym wracanie w takim stanie do pustego domu wcale nie brzmiało przyjemniej.
Nie mogła już znieść słowotoku Longbottom. Nawet nie wyłapywała choćby ćwierci treści tego monologu, ale ilość dźwięków i zgłosek nadchodzących bez końca w połączeniu z tym szumem w głowie doprowadzała ją do szału. Gdyby była w stanie bez robienia z siebie ofiary dotrzeć do balustrady schodów, rozważyłaby rzucenie się z nich. Niestety kiedy próbowała się rozejrzeć w poszukiwaniu drogi, którą dosłownie chwilę temu przeszły, ostrość panoramy nieco się rozmyła i Eden musiała złapać się Brenny, aby nie przeżyć spotkania pierwszego stopnia z podłogą.
Nie powinna była się doprowadzać do takiego stanu, a już szczególnie nie w towarzystwie. Nie w tym towarzystwie. Wiedziała, że po pijaku rozwiązuje jej się język - choć co prawda nigdy nie cierpiała na deficyt szczerości w swojej wypowiedzi, na trzeźwo umiała ją ubrać w takie słowa, by nie móc ponieść za nią konsekwencji. Po kilku głębszych traciła zdolność sortowania wyrażeń na te stosowne i niestosowne. Mówiła wszystko, co jej ślina na język przyniesie.
Kiedy Brenna otworzyła drzwi do pokoju, Eden do niego wpierw nawet nie zajrzała. Zamiast tego zastąpiła kobiecie drogę i ujęła w dłonie jej policzki. Przybliżyła do siebie ich twarze, spojrzała jej prosto w oczy, czyniąc ich położenie niezwykle dwuznacznym, ale nie skończyło się to ferworem uczuć.
- Bren, kochanie, czy ty czasem dajesz tej buzi odpocząć? - Zapytała zachrypniętym, zmęczonym głosem, leniwie przeciągając słowa. Po swoim pytaniu puściła Longbottom błyskawicznie, prawie jak dziecko znudzone zabawką, bo to wcale nie był żaden podryw, a narąbana Eden nieznająca pojęcia granicy dobrego smaku. Szacunek wobec przestrzeni osobistej? Nie w tym wydaniu.
Weszła do środka, nie rozglądając się po pomieszczeniu. Poszła prostą drogą w kierunku łóżka, aby zwalić się na nie całym ciężarem i usiąść. Musiała ściągnąć z nóg obcasy, bo jeszcze minuta spaceru w nich, a skończą wbite w czyjąś głowę.
- Na niedźwiedziu? - Zdziwiła się, unosząc głowę w kierunku Longbottom. Skrzywiła twarz, zastanawiając się, o kogo chodzi. Brenna mogła zobaczyć w oczach Eden odbicie wszystkich zębatek, które obracały się w jej otumanionej alkoholem głowie. - Erik jest duży, ale nie jest aż tak owłosiony... - mruknęła, wypowiadając na głos myśl, którą na trzeźwo zostawiłaby dla siebie. W sumie mówiąc to nawet nie wyglądała, jakby mówiła to do Brenny. Wydawało się, że zastanawiała się głośno, po prostu ona sama nie rozumiała jak bardzo.
- Przyszłam z Millie - powiedziała, uśmiechając się szeroko. Ten rodzaj uśmiechu, który zwykle prezentuje dumne z siebie dziecko po przyprowadzeniu nowej, fajnej koleżanki ze szkoły. - Miałyśmy pospacerować we dwie, ale zapomniała o tej waszej imprezie. Nie winię jej, o tobie łatwo zapomnieć. - Nie oszczędziła sobie przytyku, bo chociaż była pijana, nadal nie zapomniała o swojej pasji w postaci dokuczania Brennie. - Nie wiem, jak to się stało, że zaprosiła mnie na przechadzkę Moody, a skończyłam w twoim łóżku, ale nie mam siły wybrzydzać - oświadczyła, słychać było, że żart jej się bardziej teraz ima niż szczerość. Następnie opadła plecami na łóżko, chyba gotowa tak pójść spać. Nie przyznawała się do tego nikomu, ale to byłaby jedna z lepszych pozycji w jakiej po pijaku udawało jej się zasnąć.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~