22.08.2024, 00:40 ✶
Ulysses zmarszczył brwi. Znowu mocniej zacisnął rękę na obroży psa. Tylko drapanie łap po drewnianej podłodze i pobielałe knykcie właściciela wskazywały na to, że obydwaj toczyli w tym momencie nierówną walkę o dominację. Nierówną, bo choć młody Rookwood wygrywał na pierwszy rzut oka, w dalszej perspektywie szykował się na kapitulację (niechcianą smycz i kolejny przydługi spacer).
- Wspaniale – odpowiedział Samuelowi. Miał matowy, pozbawiony większych emocji głos. I ten nieprzejednany wyraz twarzy, który w pierwszej chwili mógł zostać błędnie uznany za przerost ego a dopiero potem okazywał się błędną maską Milforda, przywdziewaną zupełnie nieświadomie. Trudno było czytać cudze emocje, gdy umysł bezustannie rejestrował każdy najdrobniejszy szczegół rzeczywistości. – Na górze. Inaczej on cię obślini, obwącha i obkłaczy – wtrącił między słowami rzemieślnika. I jakby do Rookwooda dotarło jak mogło zabrzmieć, co powiedział, bo dodał jeszcze - Ale nie gryzie. Nawet jeśli sprawia wrażenie jakby miał zamiar.
Odczekał aż Samuel wejdzie po schodach. Ciągle siłował się z Cavallem, teraz nagle niezdecydowanym czy biec za nowym człowiekiem i jego nowym zapachem, czy jednak dalej próbować wydostać się na podwórek. Otwierając drugie drzwi po prawej, Mconagall mógł jeszcze usłyszeć jak właściciel oddalił się gdzieś ze zwierzęciem – najpewniej do kuchni – by przekupić je jakimś smaczkiem.
I tak rzemieślnik odkrył gabinet Cathala Shafiqa. Pomieszczenie to, z całą pewnością, było miejscem niezwykłym. I to wcale nie dlatego, że mieszała się w nim natura szalonej matki Shafiqa z chłodnym pragmatyzmem syna. Było niezwykłe, bo archeolog zgromadził w nim pewną część artefaktów, które udało mu się znaleźć na przeróżnych wykopaliskach, w których uczestniczył. Były więc egipskie figurki – mimo upływu lat wciąż zachwycające żywością kolorów, różnych wielkości i kształtów irlandzkie cursusy, spękane naczynia z Szahr-e Suchta, fragmenty celtyckiej biżuterii z Walii, różnokształtne kamienie (niektóre jakby celowo ciosane, inne widocznie stanowiące mniejsze fragmenty czegoś większego), drobne monety, guziki (chyba?). Część przedmiotów ktoś zasłonił bawełnianym obrusem. Niektóre pobłyskiwały ostrzegawczo, jakby chroniła je jakaś magia.
Poza dziwnymi przedmiotami znajdującymi się w gabinecie, Samuel zobaczył drewniane, dębowe biurko, krzesło ze skórzanym obiciem, regał zajmujący mniej więcej całą jedną ze ścian (a na nim sporo kobiecych, ale wyglądających na stare ozdóbek w rodzaju: figurki kurek, wazon z ususzonymi kurzącymi się kwiatami, kilka ruchomych fotografii, wszystko to spoczywało na własnoręcznie wydzierganych serwetkach). Było też oczywiście okno z kwiecistymi firanami a ściany zdobiła na wpół odbrapana tapeta w tulipany. Ona i zwinięty w rulon dywan świadczyły o tym, że i ten pokój czekał remont.
Stuknęły drzwi, gdy Ulysses (tym razem pozbawiony towarzystwa psa) wszedł do środka.
- Z drewna. Najlepiej jak najbardziej zbliżonego do tego biurka – odpowiedział, jak gdyby nigdy nic kontynuując przerwaną wcześniej rozmowę. Rookwood podszedł do wskazanego przez siebie przedmiotu. Pogładził przedmiot palcami, zastanawiając się nad czymś usilnie. – Tylko nie wiem, czy to na pewno jego właściwy kolor. Ten pokój nie był… nie był remontowany od lat. Trzeba to oczyścić. Regał też. Chyba są z tego samego rodzaju drewna. Cztery gabloty powinny być wielkości biurka, z przeszkleniem z góry, żeby wyeksponować znaleziska. Dwie wyższe. Tylko u podstawy drewniane, przeszklone, do tego samego celu co tamte, ale dla większych znalezisk – mówił cicho, ale wyraźnie. Sięgnął po papier i nieszczególnie udolnie narysował na nim, o co mu właściwie chodziło. Skrzywił się do własnego rysunku. Pedantyczna natura aż świerzbiła go, by spalił swoje bazgroły i spróbował jeszcze raz. – Magiczną ochronę przed spaleniem i rozbiciem.
Od strony drzwi dobiegło ich drapanie. Pies zjadł co miał do zjedzenia i znowu próbował do nich dołączyć.
- Wspaniale – odpowiedział Samuelowi. Miał matowy, pozbawiony większych emocji głos. I ten nieprzejednany wyraz twarzy, który w pierwszej chwili mógł zostać błędnie uznany za przerost ego a dopiero potem okazywał się błędną maską Milforda, przywdziewaną zupełnie nieświadomie. Trudno było czytać cudze emocje, gdy umysł bezustannie rejestrował każdy najdrobniejszy szczegół rzeczywistości. – Na górze. Inaczej on cię obślini, obwącha i obkłaczy – wtrącił między słowami rzemieślnika. I jakby do Rookwooda dotarło jak mogło zabrzmieć, co powiedział, bo dodał jeszcze - Ale nie gryzie. Nawet jeśli sprawia wrażenie jakby miał zamiar.
Odczekał aż Samuel wejdzie po schodach. Ciągle siłował się z Cavallem, teraz nagle niezdecydowanym czy biec za nowym człowiekiem i jego nowym zapachem, czy jednak dalej próbować wydostać się na podwórek. Otwierając drugie drzwi po prawej, Mconagall mógł jeszcze usłyszeć jak właściciel oddalił się gdzieś ze zwierzęciem – najpewniej do kuchni – by przekupić je jakimś smaczkiem.
I tak rzemieślnik odkrył gabinet Cathala Shafiqa. Pomieszczenie to, z całą pewnością, było miejscem niezwykłym. I to wcale nie dlatego, że mieszała się w nim natura szalonej matki Shafiqa z chłodnym pragmatyzmem syna. Było niezwykłe, bo archeolog zgromadził w nim pewną część artefaktów, które udało mu się znaleźć na przeróżnych wykopaliskach, w których uczestniczył. Były więc egipskie figurki – mimo upływu lat wciąż zachwycające żywością kolorów, różnych wielkości i kształtów irlandzkie cursusy, spękane naczynia z Szahr-e Suchta, fragmenty celtyckiej biżuterii z Walii, różnokształtne kamienie (niektóre jakby celowo ciosane, inne widocznie stanowiące mniejsze fragmenty czegoś większego), drobne monety, guziki (chyba?). Część przedmiotów ktoś zasłonił bawełnianym obrusem. Niektóre pobłyskiwały ostrzegawczo, jakby chroniła je jakaś magia.
Poza dziwnymi przedmiotami znajdującymi się w gabinecie, Samuel zobaczył drewniane, dębowe biurko, krzesło ze skórzanym obiciem, regał zajmujący mniej więcej całą jedną ze ścian (a na nim sporo kobiecych, ale wyglądających na stare ozdóbek w rodzaju: figurki kurek, wazon z ususzonymi kurzącymi się kwiatami, kilka ruchomych fotografii, wszystko to spoczywało na własnoręcznie wydzierganych serwetkach). Było też oczywiście okno z kwiecistymi firanami a ściany zdobiła na wpół odbrapana tapeta w tulipany. Ona i zwinięty w rulon dywan świadczyły o tym, że i ten pokój czekał remont.
Stuknęły drzwi, gdy Ulysses (tym razem pozbawiony towarzystwa psa) wszedł do środka.
- Z drewna. Najlepiej jak najbardziej zbliżonego do tego biurka – odpowiedział, jak gdyby nigdy nic kontynuując przerwaną wcześniej rozmowę. Rookwood podszedł do wskazanego przez siebie przedmiotu. Pogładził przedmiot palcami, zastanawiając się nad czymś usilnie. – Tylko nie wiem, czy to na pewno jego właściwy kolor. Ten pokój nie był… nie był remontowany od lat. Trzeba to oczyścić. Regał też. Chyba są z tego samego rodzaju drewna. Cztery gabloty powinny być wielkości biurka, z przeszkleniem z góry, żeby wyeksponować znaleziska. Dwie wyższe. Tylko u podstawy drewniane, przeszklone, do tego samego celu co tamte, ale dla większych znalezisk – mówił cicho, ale wyraźnie. Sięgnął po papier i nieszczególnie udolnie narysował na nim, o co mu właściwie chodziło. Skrzywił się do własnego rysunku. Pedantyczna natura aż świerzbiła go, by spalił swoje bazgroły i spróbował jeszcze raz. – Magiczną ochronę przed spaleniem i rozbiciem.
Od strony drzwi dobiegło ich drapanie. Pies zjadł co miał do zjedzenia i znowu próbował do nich dołączyć.