22.08.2024, 13:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2024, 13:27 przez Mirabella Plunkett.)
Miasto wcale nie było tak daleko, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Dzień był jednak ciepły, nawet zbyt ciepły jak na gust Atreusa, który był przecież przyzwyczajony do londyńskiej pogody. Tego dnia w Irlandii, która przecież nie leżała aż tak daleko od Anglii, było dziwnie słonecznie i dziwnie ciepło. Idealny dzień, żeby iść nad wodę czy na wycieczkę do lasu. Słońce przygrzewało dość miło, gdy Bulstrode odpalił papierosa i postanowił iść w kierunku miasta, w inną jego część niż Cain. Czasu mieli bowiem mało: instrukcje od Harper były przecież jasne. Pytanie tylko czy Moody znała magiczny trójkąt, który mówił o tym, że coś mogło być zrobione szybko i dobrze, ale nie było to tanie... Chociaż patrząc na ich pensje, to chyba jakimś cudem złamała tę zasadę.
Atreus musiał iść szybko, a słońce wcale nie pomagało - raziło w oczy, ale nie mógł przecież iść leniwym krokiem w kierunku zamieszania. Byłoby to zaprzeczeniem tego, co miał zrobić: dowiedz się, czy Voldemort maczał w tym palce. Jeżeli tak, to przecież musiał zacząć przebierać nogami, bo skutki byłyby opłakane dla całej magicznej społeczności. Kurz w mieście zdążył odrobinę opaść, ale to nie oznaczało końca. Przeciwnie: to mógł być dopiero początek.
Gdy tylko zbliżył się do miasta, napotkał pierwszą przeszkodę - ludzi. W całym mieście wył syreny, słychać było odległe strzały, a mugole biegali niczym w popłochu. Większość osób, które mijał, biegła w kierunku przeciwnym do tego, który on sam obrał. Uciekali z centrum, w którym stała się katastrofa. Ci, których mijał, nie byli ranni, lecz przerażeni. Biegli do swoich domów, do samochodów, chcąc jak najszybciej opuścić miasto. Trącali go i wpadali na niego, lecz żaden z nich nie przeprosił Atreusa. Zupełnie jakby go nie zauważali, jakby był małą przeszkodą do odzyskania bezpieczeństwa. Poniekąd zmusiło go to do wolniejszego marszu, głównie pod linią niewysokich budynków, lecz nie przeszkodziło mu to by zbliżyć się do epicentrum.
Epicentrum, bo inaczej nie dało się tego nazwać. Widział doskonale coraz mniej ludzi, widział doskonale coraz bardziej zniszczone budynki. Widział śmieci, wyjące alarmy aut. Smród paniki, śmierci, pyłu z budynków oraz prochu roznosił się w powietrzu, wciskał w nos i powodował niepokój. Do tego szybko dołączyły odgłosy sygnałów policyjnych i pogotowia. Atreus widział całą rzeszę mugoli w mundurach, która kierowała resztki ludzi na obrzeża i próbowała odgrodzić teren, by zapobiec wtargnięciu na teren. Ratownicy medyczni uwijali się jak w ukropie, pomagając rannym. Bulstrode zobaczył też kilka czarnych płacht. Ile ciał mogło pod nimi leżeć?
Tak, to zdecydowanie było coś, co mogli zrobić śmierciożercy. Jednak na niebie nie widać było mrocznego znaku. Może jeszcze nie dokończyli swojego dzieła? Może to był dopiero początek? Takich miejsc było kilka w Belfaście, a on zbliżył się dość mocno do jednego z nich. Widział płonące samochody, widział policję, która próbowała rozgonić osoby postronne. Widział płaczące kobiety i rozpaczających mężczyzn przy czarnych płachtach. Widział odłamki budynków, które oberwały tak mocno, że jeszcze chwila a się zawalą. Dym, który towarzyszył temu wszystkiemu, był naprawdę nieznośny. Wciskał się w nos i w usta nawet wtedy, gdy je zakrywał ręką. Drapał go w gardło i zmuszał do kaszlu. Dostrzegł, że sporo osób ma obwiązane wokół nosa i ust chusty. Głównie ratownicy.
Atreus musiał iść szybko, a słońce wcale nie pomagało - raziło w oczy, ale nie mógł przecież iść leniwym krokiem w kierunku zamieszania. Byłoby to zaprzeczeniem tego, co miał zrobić: dowiedz się, czy Voldemort maczał w tym palce. Jeżeli tak, to przecież musiał zacząć przebierać nogami, bo skutki byłyby opłakane dla całej magicznej społeczności. Kurz w mieście zdążył odrobinę opaść, ale to nie oznaczało końca. Przeciwnie: to mógł być dopiero początek.
Gdy tylko zbliżył się do miasta, napotkał pierwszą przeszkodę - ludzi. W całym mieście wył syreny, słychać było odległe strzały, a mugole biegali niczym w popłochu. Większość osób, które mijał, biegła w kierunku przeciwnym do tego, który on sam obrał. Uciekali z centrum, w którym stała się katastrofa. Ci, których mijał, nie byli ranni, lecz przerażeni. Biegli do swoich domów, do samochodów, chcąc jak najszybciej opuścić miasto. Trącali go i wpadali na niego, lecz żaden z nich nie przeprosił Atreusa. Zupełnie jakby go nie zauważali, jakby był małą przeszkodą do odzyskania bezpieczeństwa. Poniekąd zmusiło go to do wolniejszego marszu, głównie pod linią niewysokich budynków, lecz nie przeszkodziło mu to by zbliżyć się do epicentrum.
Epicentrum, bo inaczej nie dało się tego nazwać. Widział doskonale coraz mniej ludzi, widział doskonale coraz bardziej zniszczone budynki. Widział śmieci, wyjące alarmy aut. Smród paniki, śmierci, pyłu z budynków oraz prochu roznosił się w powietrzu, wciskał w nos i powodował niepokój. Do tego szybko dołączyły odgłosy sygnałów policyjnych i pogotowia. Atreus widział całą rzeszę mugoli w mundurach, która kierowała resztki ludzi na obrzeża i próbowała odgrodzić teren, by zapobiec wtargnięciu na teren. Ratownicy medyczni uwijali się jak w ukropie, pomagając rannym. Bulstrode zobaczył też kilka czarnych płacht. Ile ciał mogło pod nimi leżeć?
Tak, to zdecydowanie było coś, co mogli zrobić śmierciożercy. Jednak na niebie nie widać było mrocznego znaku. Może jeszcze nie dokończyli swojego dzieła? Może to był dopiero początek? Takich miejsc było kilka w Belfaście, a on zbliżył się dość mocno do jednego z nich. Widział płonące samochody, widział policję, która próbowała rozgonić osoby postronne. Widział płaczące kobiety i rozpaczających mężczyzn przy czarnych płachtach. Widział odłamki budynków, które oberwały tak mocno, że jeszcze chwila a się zawalą. Dym, który towarzyszył temu wszystkiemu, był naprawdę nieznośny. Wciskał się w nos i w usta nawet wtedy, gdy je zakrywał ręką. Drapał go w gardło i zmuszał do kaszlu. Dostrzegł, że sporo osób ma obwiązane wokół nosa i ust chusty. Głównie ratownicy.