22.08.2024, 16:46 ✶
- Zawsze chciałem, żeby mnie ktoś porwał - rzucił jeszcze z trochę głupią miną, jakby w sumie wciąż żartował, ale chyba nie do końca. - Magiczne jaszczurki i czarnoksiężnicy. No proszę. Zanosi się na ciekawą rozmowę - chociaż nie był pewien, czemu akurat te magiczne jaszczurki miały być aż takie ważne. Odpowiedział jej też w podobnym tonie, ściszając nieco głos bo do tego miała rację - słowo 'czarnoksiężnik' działało na aurorów tak samo jak 'spacer' na pieski.
Bulstrode zdążył jeszcze zamówić dwie kawy, kiedy zakręciła się przy nich kelnerka, chcąc przyjąć zamówienie. Bądź co bądź nie żartował, jeśli chodziło o kawę i miał zamiar napić się jakiejś porządnej, skoro już tutaj byli. Potem jednak, kiedy dziewczyna oddaliła się od ich stolika, pochylił się nieco do przodu, upierając rękoma o blat dzielącego ich stolika.
- Źródłem, tak? - mruknął wreszcie, trawiąc słowa które właśnie wypowiedziała. Do tej pory zwyczajnie się jej przyglądał, zawieszony gdzieś w tym strumieniu informacji i zastanawiając się nad nim. - Myślę, że nigdy nie byliśmy martwi. Że nie mogliśmy być. Tak jakby ciało podtrzymywało duszę. Bo kiedy weszliśmy do limbo, cały czas czułem jak umykają siły, które jeszcze miałem... - zasępił się na chwilę, zastanawiając co właściwie chce powiedzieć. - Istota, którą spotkałem w limbo powiedziała mi, że muszę się śpieszyć żeby ostatnia z prób nie uniemożliwiła mi powrotu. Kiedy byłem nieprzytomny, czasem wracałem do limbo. Czasem widziałem tam znajome twarze, ale czasem był ten sam krzew, który był tam na samym początku, jeszcze przy Mavelle, Patricku i Victorii. I w jego płomieniach widziałem czyjąś sylwetkę, która wyciągała do mnie rękę. Po tym co mówiła reszta, zakładam że to była moja próba - słowa w jego ustach smakowały dziwnie, bo kiedy się tak nad tym zastanawiał, chyba nie wspominał o tym nikomu z detalami. Nie mówił o ciałach przyjaciół, które na jego oczach rozsypywały się na proch. Nie wspominał też o tajemniczej postaci, która czekała na niego kiedy znowu widział limbo, zamiast tonąc w otaczającej go czerni. - Podstawą religii czarodziejskiej jest cykl, prawda? - zapytał rysując palcem na blacie stolika kółko. - Cokolwiek wychodzi z cyklu do niego wraca. Cokolwiek się rodzi, umiera. Źródło to początek, ale też i koniec. Może... może nie tyle chodzi o to że zaczerpnęliśmy tej energii, ale że zrobiliśmy to pod prąd - nakreślił to samo kółko, ale w drugą stronę. - Wiesz, mam wrażenie, że nie tyle chodzi o to że jesteśmy źródłem co dostaliśmy dostęp do źródła. Reszta poprzez poprawne przejście próby. Ja przez Isobell - wzruszył ramionami, ale była w tym pewna sztywność, spowodowana daleko idącym gdybaniem. Zdawał sobie sprawę, że częściowo powtarzał po niej teraz to, co właśnie powiedziała, ale jednocześnie dzięki temu próbował sobie to jakoś poukładać w głowie, nawet jeśli szło mu to opornie. - Ale czy skoro mamy jej za dużo, to nie wystarczy przepchnąć jej z powrotem do limbo, kiedy nadarzy się ku temu okazja w Samhain?
Bulstrode zdążył jeszcze zamówić dwie kawy, kiedy zakręciła się przy nich kelnerka, chcąc przyjąć zamówienie. Bądź co bądź nie żartował, jeśli chodziło o kawę i miał zamiar napić się jakiejś porządnej, skoro już tutaj byli. Potem jednak, kiedy dziewczyna oddaliła się od ich stolika, pochylił się nieco do przodu, upierając rękoma o blat dzielącego ich stolika.
- Źródłem, tak? - mruknął wreszcie, trawiąc słowa które właśnie wypowiedziała. Do tej pory zwyczajnie się jej przyglądał, zawieszony gdzieś w tym strumieniu informacji i zastanawiając się nad nim. - Myślę, że nigdy nie byliśmy martwi. Że nie mogliśmy być. Tak jakby ciało podtrzymywało duszę. Bo kiedy weszliśmy do limbo, cały czas czułem jak umykają siły, które jeszcze miałem... - zasępił się na chwilę, zastanawiając co właściwie chce powiedzieć. - Istota, którą spotkałem w limbo powiedziała mi, że muszę się śpieszyć żeby ostatnia z prób nie uniemożliwiła mi powrotu. Kiedy byłem nieprzytomny, czasem wracałem do limbo. Czasem widziałem tam znajome twarze, ale czasem był ten sam krzew, który był tam na samym początku, jeszcze przy Mavelle, Patricku i Victorii. I w jego płomieniach widziałem czyjąś sylwetkę, która wyciągała do mnie rękę. Po tym co mówiła reszta, zakładam że to była moja próba - słowa w jego ustach smakowały dziwnie, bo kiedy się tak nad tym zastanawiał, chyba nie wspominał o tym nikomu z detalami. Nie mówił o ciałach przyjaciół, które na jego oczach rozsypywały się na proch. Nie wspominał też o tajemniczej postaci, która czekała na niego kiedy znowu widział limbo, zamiast tonąc w otaczającej go czerni. - Podstawą religii czarodziejskiej jest cykl, prawda? - zapytał rysując palcem na blacie stolika kółko. - Cokolwiek wychodzi z cyklu do niego wraca. Cokolwiek się rodzi, umiera. Źródło to początek, ale też i koniec. Może... może nie tyle chodzi o to że zaczerpnęliśmy tej energii, ale że zrobiliśmy to pod prąd - nakreślił to samo kółko, ale w drugą stronę. - Wiesz, mam wrażenie, że nie tyle chodzi o to że jesteśmy źródłem co dostaliśmy dostęp do źródła. Reszta poprzez poprawne przejście próby. Ja przez Isobell - wzruszył ramionami, ale była w tym pewna sztywność, spowodowana daleko idącym gdybaniem. Zdawał sobie sprawę, że częściowo powtarzał po niej teraz to, co właśnie powiedziała, ale jednocześnie dzięki temu próbował sobie to jakoś poukładać w głowie, nawet jeśli szło mu to opornie. - Ale czy skoro mamy jej za dużo, to nie wystarczy przepchnąć jej z powrotem do limbo, kiedy nadarzy się ku temu okazja w Samhain?