22.08.2024, 21:49 ✶
No doprawdy, wredne oszczerstwa – Brenna przecież nigdy, ani razu, nie wbiegła do Limbo, wbiegać nie próbowała i wcale nie miała ochoty się tam wybierać ani w ogóle mieć z nim cokolwiek wspólnego. Jasne, jakby ktoś jej powiedział, że ej, tu masz wyrwę prowadzącą do Limbo, jak w nią wejdziesz, może umrzesz, a może znajdziesz ostateczny sposób na zniszczenie Voldemorta, to by tam weszła bez namysłu. Ale jednak taki scenariusz był bardzo mało prawdopodobny.
– Jasne. Tyłów i przodów, was obu. Trzymamy się w pobliżu drzwi, by jakby co szybko je otwierać i jeszcze szybciej zamykać – zgodziła się. – A pieśni pochwalne to jednak dziś daruję, jeszcze Matka się zdenerwuje i walnie mnie jakiś piorun albo co.
Zwróciła pytające spojrzenie na wywoływacza, gdy Sebastian na niego zerknął. Mężczyzna nieco nerwowym gestem potarł dłonie.
– Wolałbym, abyście nie śpiewali[/b] – powiedział suchym tonem, spoglądając nie na nich, a na czaszkę. [i] – Brak gwałtownych ruchów, nie gadać zbyt głośno, żeby mnie nie rozproszyć. Docenię tarczę, na wszelki wypadek. Jeśli krzyknę, by uciekać… uciekamy. Czaszka zostaje w kręgu pieczęci, powinien wystarczyć. Mam nadzieję.
– Ostatnio wszystko przebiegło pomyślnie, panie Digby.
– A tym razem może być różnie – stwierdził pan Digby, nie zmieniając tonu ani o jotę, a potem też skierował się do pomieszczenia.
Wyglądało dokładnie tak, jak ostatnio. Puste, jeśli nie liczyć naszykowanych pudełek ze świecami i komponentami oraz run i pieczęci, wymalowanych w trzech kręgach na podłodze, ale pokrywających także tu i ówdzie ściany oraz przede wszystkim drzwi i próg. Brenna ustawiła się po jednej stronie wejścia i wyciągnęła różdżkę, przyglądając się jak Digby zaczyna wyciągać świece (każdą z nich oglądał uważnie, jakby chciał się upewnić, że nie ma tu jakiegoś defektu), a następnie zabrał się za ustawianie ich w idealny krąg: tak jak pieczęcie miały chronić, tak ten ze świec umożliwić wywoływaczowi i egzorcyście skupienie mocy i ukształtowanie je w ten… nieco nietypowy sposób. Czaszka miała trafić w sam środek tego układu.
– Jasne. Tyłów i przodów, was obu. Trzymamy się w pobliżu drzwi, by jakby co szybko je otwierać i jeszcze szybciej zamykać – zgodziła się. – A pieśni pochwalne to jednak dziś daruję, jeszcze Matka się zdenerwuje i walnie mnie jakiś piorun albo co.
Zwróciła pytające spojrzenie na wywoływacza, gdy Sebastian na niego zerknął. Mężczyzna nieco nerwowym gestem potarł dłonie.
– Wolałbym, abyście nie śpiewali[/b] – powiedział suchym tonem, spoglądając nie na nich, a na czaszkę. [i] – Brak gwałtownych ruchów, nie gadać zbyt głośno, żeby mnie nie rozproszyć. Docenię tarczę, na wszelki wypadek. Jeśli krzyknę, by uciekać… uciekamy. Czaszka zostaje w kręgu pieczęci, powinien wystarczyć. Mam nadzieję.
– Ostatnio wszystko przebiegło pomyślnie, panie Digby.
– A tym razem może być różnie – stwierdził pan Digby, nie zmieniając tonu ani o jotę, a potem też skierował się do pomieszczenia.
Wyglądało dokładnie tak, jak ostatnio. Puste, jeśli nie liczyć naszykowanych pudełek ze świecami i komponentami oraz run i pieczęci, wymalowanych w trzech kręgach na podłodze, ale pokrywających także tu i ówdzie ściany oraz przede wszystkim drzwi i próg. Brenna ustawiła się po jednej stronie wejścia i wyciągnęła różdżkę, przyglądając się jak Digby zaczyna wyciągać świece (każdą z nich oglądał uważnie, jakby chciał się upewnić, że nie ma tu jakiegoś defektu), a następnie zabrał się za ustawianie ich w idealny krąg: tak jak pieczęcie miały chronić, tak ten ze świec umożliwić wywoływaczowi i egzorcyście skupienie mocy i ukształtowanie je w ten… nieco nietypowy sposób. Czaszka miała trafić w sam środek tego układu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.