24.08.2024, 00:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.08.2024, 00:21 przez Jonathan Selwyn.)
– Rzeczywiście byłoby to nieco niefortunne – przyznał, zastanawiając ilu członków własnej rodziny tak naprawdę byłaby w stanie zabić Charlotte.
Jonathan nie odpowiedział od razu, a zamiast tego jakoś tak wbił wzrok w swoje dłonie, czując jak jego twarz robi się nieco cieplejsza, a jego ciało, pierwszy raz od dawna, muska emocja taka jak wstyd i towarzyszące niej poczucie niezręcznego zakłopotania.
Charlotte miała rację. Nie, nie wyobrażał sobie tego. Ned był naprawdę porządnym czarodziejem, z którym świetnie się spędzało czas i z którym rozmowy zmuszały młodego Selwyna do coraz intensywniejszego weryfikowania wpojonych mu przez rodzinę poglądów. Nie chciał zasugerować, że... To nie tak... Nie, że się już poddawał i zniżał Neda to takiej funkcji po prostu... Sam nie wiedział co po prostu. Sam już nic nie wiedział. Nie chciał jednak dopuścić do tragedii i zrobić przykrość Lottie. Musiał coś wymyślić. Musiał...
Przygryzł wargi i wstał nagle, zwracając spojrzenie brązwych oczu w stronę Charlotte. Teraz Selwyn, napędzany poprzednim poczuciem wstydu i chęcią zrekompensowania się za tamten pomysł, czuł przepływającą przez niego motywację do działania. Lottie się myliła. Tu właśnie chodziło o Neda. O Neda i nią samą. On by sobie poradził ze wszystkim. Z teściową. Szybkim zamknięciu w jednym związku. Wszystkim. Ale nie mógł tego zrobić im. Nie po to byli przyjaciele.
– Nie. Masz rację. Przepraszam – powiedział pewnym siebie tonem głosu. – Ned ma rację. Ty też masz rację. Trzeba coś wymyślić. Zrobimy inaczej. – Z tymi słowami Selwyn zaczął ściągać z siebie swoją szatę, pod którą miał ciemne spodnie i jasną koszulę. – Masz jakiś alkohol? Oblejemy mnie nim. Udam pijanego, wyjdę do gości ze źle zapiętą koszulą, powiem kilka rzeczy i zrobię widowisko, takie że każdy zrozumie, że zerwiesz ze mną zaręczyny – tłumaczył jej swój przebiegły plan, który wymyślił na bieżąco, spod fałd szaty, która jakoś, jak na złość, nie chciała dać się zdjąć, a zamiast tego oplotła jego twarz, sprawiając że każde słowo przez niego wypowiedziane, zamiast genialnie, brzmiało trochę niewyraźnie. – O. Możesz rzucić we mnie zaręczynowym pierścionkiem. –Jonathan i tak go nie lubił. Po pierwsze nie wybierał go on, a jego rodzice, utrzymując cały pomysł zaręczyn w tajemnicy, a po drugie uważał to za skandal, że tylko Charlotte otrzymała jakiś element biżuterii. Zasługiwał na sygnet! – Spokojnie. Jestem aktorem. Artystą. Wszyscy jedynie powiedzą, że wielkie talenty muszą być kontrowersyjne, zapiszą to jako śmieszny incydent w moich biografiach, a ty i Ned będziecie mieć spokój. A jak to nie wypali to nie wiem, podobno Egipt jest całkiem ładny i... Lottie, możesz mi pomóc to ściągnąć? Chyba utknąłem.
W tej szacie musiało być coś ewidentnie podłego, bo nie ważne jakby próbował, nie mógł się z niej odplątać, a z każdym swoim ruchem pogarszał sprawę. Było tam jakieś zapięcie, o którym zapomniał? Rosierowie nagle postanowili tworzyć jednorazowe szaty, bo raz założone były z ich właścicielem aż do śmierci?
– Albo wiesz co? Zostaw tak. Będzie jeszcze lepszy efekt. Tylko pomóż mi zejść po schodach.
Jonathan nie odpowiedział od razu, a zamiast tego jakoś tak wbił wzrok w swoje dłonie, czując jak jego twarz robi się nieco cieplejsza, a jego ciało, pierwszy raz od dawna, muska emocja taka jak wstyd i towarzyszące niej poczucie niezręcznego zakłopotania.
Charlotte miała rację. Nie, nie wyobrażał sobie tego. Ned był naprawdę porządnym czarodziejem, z którym świetnie się spędzało czas i z którym rozmowy zmuszały młodego Selwyna do coraz intensywniejszego weryfikowania wpojonych mu przez rodzinę poglądów. Nie chciał zasugerować, że... To nie tak... Nie, że się już poddawał i zniżał Neda to takiej funkcji po prostu... Sam nie wiedział co po prostu. Sam już nic nie wiedział. Nie chciał jednak dopuścić do tragedii i zrobić przykrość Lottie. Musiał coś wymyślić. Musiał...
Przygryzł wargi i wstał nagle, zwracając spojrzenie brązwych oczu w stronę Charlotte. Teraz Selwyn, napędzany poprzednim poczuciem wstydu i chęcią zrekompensowania się za tamten pomysł, czuł przepływającą przez niego motywację do działania. Lottie się myliła. Tu właśnie chodziło o Neda. O Neda i nią samą. On by sobie poradził ze wszystkim. Z teściową. Szybkim zamknięciu w jednym związku. Wszystkim. Ale nie mógł tego zrobić im. Nie po to byli przyjaciele.
– Nie. Masz rację. Przepraszam – powiedział pewnym siebie tonem głosu. – Ned ma rację. Ty też masz rację. Trzeba coś wymyślić. Zrobimy inaczej. – Z tymi słowami Selwyn zaczął ściągać z siebie swoją szatę, pod którą miał ciemne spodnie i jasną koszulę. – Masz jakiś alkohol? Oblejemy mnie nim. Udam pijanego, wyjdę do gości ze źle zapiętą koszulą, powiem kilka rzeczy i zrobię widowisko, takie że każdy zrozumie, że zerwiesz ze mną zaręczyny – tłumaczył jej swój przebiegły plan, który wymyślił na bieżąco, spod fałd szaty, która jakoś, jak na złość, nie chciała dać się zdjąć, a zamiast tego oplotła jego twarz, sprawiając że każde słowo przez niego wypowiedziane, zamiast genialnie, brzmiało trochę niewyraźnie. – O. Możesz rzucić we mnie zaręczynowym pierścionkiem. –Jonathan i tak go nie lubił. Po pierwsze nie wybierał go on, a jego rodzice, utrzymując cały pomysł zaręczyn w tajemnicy, a po drugie uważał to za skandal, że tylko Charlotte otrzymała jakiś element biżuterii. Zasługiwał na sygnet! – Spokojnie. Jestem aktorem. Artystą. Wszyscy jedynie powiedzą, że wielkie talenty muszą być kontrowersyjne, zapiszą to jako śmieszny incydent w moich biografiach, a ty i Ned będziecie mieć spokój. A jak to nie wypali to nie wiem, podobno Egipt jest całkiem ładny i... Lottie, możesz mi pomóc to ściągnąć? Chyba utknąłem.
W tej szacie musiało być coś ewidentnie podłego, bo nie ważne jakby próbował, nie mógł się z niej odplątać, a z każdym swoim ruchem pogarszał sprawę. Było tam jakieś zapięcie, o którym zapomniał? Rosierowie nagle postanowili tworzyć jednorazowe szaty, bo raz założone były z ich właścicielem aż do śmierci?
– Albo wiesz co? Zostaw tak. Będzie jeszcze lepszy efekt. Tylko pomóż mi zejść po schodach.