24.08.2024, 14:32 ✶
Pracując w Brygadzie Brenna słyszała już pod swoim adresem obelgi iście rynsztokowe, a bywając na salonach – te najbardziej wymyślne, drobne, skryte pod płaszczykiem pięknych słów. Eden ze swoją kreatywnością była niemal odświeżająca, a Brenna po prawdzie trochę widziała, że chyba ten absolutny brak reakcji drażni ją tylko jeszcze bardziej – i to było w tym wszystkim najbardziej zabawne.
– Jeśli ci ciąży, dlaczego jej nie zdjąć? – spytała, przekrzywiając lekko głowę na bok, spoglądając na Lestrange w taki sposób, jakby faktycznie była ciekawa odpowiedzi, choć przecież rozmowa była trochę metaforyczna, a trochę złośliwości i poza.
Brenna nie miała pojęcia, co łączyło Millie i Eden. To była jedna z tych rzeczy, do których Miles nigdy się nie przyznała ani Brennie, ani chyba nikomu innemu. Nie wiedziała nawet, co Lestrange łączyło z Alkiem. Gdyby chociaż podejrzewała, nie rzuciłaby tak lekko uwagi o Mildred i łóżku. I z szacunku wobec przyjaciółki, i dlatego, że tak naprawdę nie miała żadnych powodów, żeby rozdrapywać otwarte rany Eden. Ten wyraz jej twarzy, choć go dostrzegła, niewiele dawał Brennie informacji: ciężko było zinterpretować go poprawnie w takich okolicznościach.
- Nie miałam pojęcia, że jesteś aż tak złakniona mojego towarzystwa. Rozumiem, że robimy piżamową imprezę? Mam przynieść czekoladki? - stwierdziła lekkim tonem. – Hej, kiedy powiedziałam, że jestem praworządna? – parsknęła z odrobiną rozbawienia, spoglądając na piżamę, która wywołała takie oburzenie u Eden.
Chyba faktycznie była w tym wyborze odrobina złośliwości.
Bo piżamę uszyto z bawełny, cienkiej, miękkiej i naturalnej. Była przyjemna w dotyku, dobra na obecną pogodę, ale Gryfońskie kolory aż raziły w oczy, a poza tym takie ubrania czystokrwiści nosili raczej rzadko. A przecież Brenna znalazłaby w szafie i jedwabne koszule nocne, do których zapewne przywykła Eden – w szafkach Longbottomówny kryły się i ubrania pozwalające wtopić się w tłum mugoli, i takie, które chętnie wybierali przedstawiciele rodów czystej krwi. Dostosowywanie się do otoczenia było jedną z umiejętności, którą Brenna nabyła już dawno i nawet nie musiała się starać czy w tym udawać: czuła się równie dobrze w różnych miejscach i gronach. Nieważne, że była to plaża, mugolski klub czy wielka czystokrwista feta.
– Pomyśl, że to jabłka z drzewa poznania dobra i zła, idealnie do ciebie pasuje – zasugerowała, trochę ciekawa, czy kobieta zrozumie analogię. Była wręcz do bólu mugolska, ale też mogła znać akurat tę historię, związaną przecież właśnie z jej imieniem.
Raj utracony. Raj obiecany. Dobro i zło, trudne do odróżnienia.
- Eden - powiedziała, niemalże miękko, i pociągnęła nieco w dół koszulkę, którą podetknięto jej pod nos by spojrzeć na twarz Lestrange. Nie interesuj się? Oczywiście, że się interesowała: na spotkanie Zakonu trafił ktoś, kogo by się tam nie spodziewała. Nie zamierzała wobec tego protestować, ale była zaintrygowana z jednej strony, a z drugiej… nie chciała, by coś ją zaskoczyło, chciała więc poznać powody. Nie próbowała jednak drążyć, bo podpytać o wersję wydarzeń mogła jeszcze Miles. – Dlaczego miałabym ci się z czegokolwiek tłumaczyć? – spytała, puszczając piżamę i posyłając przy tym Lestrange uśmiech. A potem cofnęła się i spojrzała w stronę psa, ogromnego, czarnego, który faktycznie byłby łatwy do pomylenia z prawdziwym Ponurakiem. – No już, leć do Erika – rzuciła do psiaka.
– Jeśli ci ciąży, dlaczego jej nie zdjąć? – spytała, przekrzywiając lekko głowę na bok, spoglądając na Lestrange w taki sposób, jakby faktycznie była ciekawa odpowiedzi, choć przecież rozmowa była trochę metaforyczna, a trochę złośliwości i poza.
Brenna nie miała pojęcia, co łączyło Millie i Eden. To była jedna z tych rzeczy, do których Miles nigdy się nie przyznała ani Brennie, ani chyba nikomu innemu. Nie wiedziała nawet, co Lestrange łączyło z Alkiem. Gdyby chociaż podejrzewała, nie rzuciłaby tak lekko uwagi o Mildred i łóżku. I z szacunku wobec przyjaciółki, i dlatego, że tak naprawdę nie miała żadnych powodów, żeby rozdrapywać otwarte rany Eden. Ten wyraz jej twarzy, choć go dostrzegła, niewiele dawał Brennie informacji: ciężko było zinterpretować go poprawnie w takich okolicznościach.
- Nie miałam pojęcia, że jesteś aż tak złakniona mojego towarzystwa. Rozumiem, że robimy piżamową imprezę? Mam przynieść czekoladki? - stwierdziła lekkim tonem. – Hej, kiedy powiedziałam, że jestem praworządna? – parsknęła z odrobiną rozbawienia, spoglądając na piżamę, która wywołała takie oburzenie u Eden.
Chyba faktycznie była w tym wyborze odrobina złośliwości.
Bo piżamę uszyto z bawełny, cienkiej, miękkiej i naturalnej. Była przyjemna w dotyku, dobra na obecną pogodę, ale Gryfońskie kolory aż raziły w oczy, a poza tym takie ubrania czystokrwiści nosili raczej rzadko. A przecież Brenna znalazłaby w szafie i jedwabne koszule nocne, do których zapewne przywykła Eden – w szafkach Longbottomówny kryły się i ubrania pozwalające wtopić się w tłum mugoli, i takie, które chętnie wybierali przedstawiciele rodów czystej krwi. Dostosowywanie się do otoczenia było jedną z umiejętności, którą Brenna nabyła już dawno i nawet nie musiała się starać czy w tym udawać: czuła się równie dobrze w różnych miejscach i gronach. Nieważne, że była to plaża, mugolski klub czy wielka czystokrwista feta.
– Pomyśl, że to jabłka z drzewa poznania dobra i zła, idealnie do ciebie pasuje – zasugerowała, trochę ciekawa, czy kobieta zrozumie analogię. Była wręcz do bólu mugolska, ale też mogła znać akurat tę historię, związaną przecież właśnie z jej imieniem.
Raj utracony. Raj obiecany. Dobro i zło, trudne do odróżnienia.
- Eden - powiedziała, niemalże miękko, i pociągnęła nieco w dół koszulkę, którą podetknięto jej pod nos by spojrzeć na twarz Lestrange. Nie interesuj się? Oczywiście, że się interesowała: na spotkanie Zakonu trafił ktoś, kogo by się tam nie spodziewała. Nie zamierzała wobec tego protestować, ale była zaintrygowana z jednej strony, a z drugiej… nie chciała, by coś ją zaskoczyło, chciała więc poznać powody. Nie próbowała jednak drążyć, bo podpytać o wersję wydarzeń mogła jeszcze Miles. – Dlaczego miałabym ci się z czegokolwiek tłumaczyć? – spytała, puszczając piżamę i posyłając przy tym Lestrange uśmiech. A potem cofnęła się i spojrzała w stronę psa, ogromnego, czarnego, który faktycznie byłby łatwy do pomylenia z prawdziwym Ponurakiem. – No już, leć do Erika – rzuciła do psiaka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.