24.08.2024, 20:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.08.2024, 20:48 przez Brenna Longbottom.)
Wywoływacz
Atak fizyczny pana – zakładam u niego Z
Różdżka wywoływacza wyrwała się mu z ręki i pofrunęła ku Bulstrodowi. Duchy nie zbliżały się do nich, zaklęcie przywołujące ciepło wciąż działało… ale nie znikły i nie zdawały się ani odrobinę mniej wściekłe. Z pewnością nie nawiedzały wcześniej Stonehange: z wiedzy Sebastiana wynikało, że ktoś musiałby się zorientować. Ale i niekoniecznie musiały przeniknąć tutaj z Limbo.
Brenna przyjęła pomoc, podniosła się, przez chwilę mocno ściskając dłoń Atreusa.
– U mnie to nie duchy – odparła krótko: za wiele się działo, aby wdawać się w jakiekolwiek wyjaśnienia głębsze, chociaż jej spojrzenie natychmiast pobiegło w stronę Evelyn. Nie wydawała się jednak tracić panowania nad sobą i obroniła ołtarz przed rzuconym przez wywoływacza zaklęciem.
Wewnętrzne rozdrganie, wywołane tym chłodem, obrazami, cisnącymi się przed oczy i wreszcie pojawieniem się duchów, które najpierw ich otoczyły, a potem rozpierzchły się poza granicę ciepła, lecz wciąż krążyły wokół, wściekłe, pełne nienawiści, zamknęła gdzieś głęboko, jak zawsze w kryzysowych sytuacjach. Wzrok odzyskiwał ostrość i gdy zwróciła spojrzenie na Sebastiana, twarz miała nieruchomą, i przynajmniej pozornie była doskonale opanowana.
– Priorytet to powstrzymanie ich przed atakowaniem. Jeśli się da, zatrzymanie, nieważne na jak długo – powiedziała krótko. Lubiła może paplać, ale nie w takich sytuacjach i teraz zdawało się jej wręcz, że Sebastian mówi zbyt wiele: nie było czasu na zastanawianie się, chociaż zaiste było to typowo Gryfońskie podejście, nakazujące po prostu działać. A ona analizowała dużo, ale w takich sytuacjach to Gryfonka z niej wyłaziła zawsze. – Zrób coś z duchami, Sebastianie. Niech lepiej zostawi wywoływacza, jego możemy spacyfikować…
On miał ciało, ona i Atreus mogli sobie z nim poradzić. Na duchy nie mieli żadnych sposób, a przynajmniej ona je nie miała.
– Mogły być tu uwięzione, tak jak ty zamykasz je w pojemnikach, i coś je wypuściło?
Tu znów wiedza Macmillana podpowiadała, że nie było to wykluczone. Może gdzieś pod ziemią były zakopane jakieś pojemniki? Albo ich rolę pełnił sam układ czy ołtarz – nie słyszał wprawdzie o takim przypadku, ale magia druidów sprzed setek czy tysięcy lat na pewno nie przypominała tej czarodziejów.
I obserwując zachowanie duchów, które znów zaczęły się zbliżać, mógł łatwo wywnioskować: jeżeli tylko będą mogły coś im zrobić, zrobią to. Nie miał wiele czasu na działanie.
Temat rozdarcia i niezszytego całunu chwilowo Brenna też zepchnęła gdzieś na bok... brzmiało bardzo, bardzo źle, ale pomyśli o tym później.
– Niczego nie miał! – zawołała jeszcze Evelyn, ale nie zdołała powiedzieć niczego więcej. Czarodziej, miotający się w więzach, zdołał się wreszcie z nich wyrwać i dźwignął się na nogi. Niewymowna uniosła różdżkę, ponownie otoczyła barierą siebie i ołtarz, zakładając, że to będzie cel ataku. Może miało tak być, ale widząc barierę zmienił kierunek.
Runął prosto w stronę Brenny – może dlatego, że to ona go związała.
Pod edycję, af (miało być drugie kształtowanie, ale rzuciłam przez przypadek z PO, więc już nie zmieniam i zostawiam 1 akcję zamiast 2xD)
Syknęła, gwałtownym ruchem usuwając się mu z drogi, a potem popychając, by runął na ziemię.
Duchy znów zaczęły cisnąć się ku Sebastianowi - chociaż nie czuł zimna. Potężny czar aurora wciąż napełniał ich ciepłem.
Atak fizyczny pana – zakładam u niego Z
Różdżka wywoływacza wyrwała się mu z ręki i pofrunęła ku Bulstrodowi. Duchy nie zbliżały się do nich, zaklęcie przywołujące ciepło wciąż działało… ale nie znikły i nie zdawały się ani odrobinę mniej wściekłe. Z pewnością nie nawiedzały wcześniej Stonehange: z wiedzy Sebastiana wynikało, że ktoś musiałby się zorientować. Ale i niekoniecznie musiały przeniknąć tutaj z Limbo.
Brenna przyjęła pomoc, podniosła się, przez chwilę mocno ściskając dłoń Atreusa.
– U mnie to nie duchy – odparła krótko: za wiele się działo, aby wdawać się w jakiekolwiek wyjaśnienia głębsze, chociaż jej spojrzenie natychmiast pobiegło w stronę Evelyn. Nie wydawała się jednak tracić panowania nad sobą i obroniła ołtarz przed rzuconym przez wywoływacza zaklęciem.
Wewnętrzne rozdrganie, wywołane tym chłodem, obrazami, cisnącymi się przed oczy i wreszcie pojawieniem się duchów, które najpierw ich otoczyły, a potem rozpierzchły się poza granicę ciepła, lecz wciąż krążyły wokół, wściekłe, pełne nienawiści, zamknęła gdzieś głęboko, jak zawsze w kryzysowych sytuacjach. Wzrok odzyskiwał ostrość i gdy zwróciła spojrzenie na Sebastiana, twarz miała nieruchomą, i przynajmniej pozornie była doskonale opanowana.
– Priorytet to powstrzymanie ich przed atakowaniem. Jeśli się da, zatrzymanie, nieważne na jak długo – powiedziała krótko. Lubiła może paplać, ale nie w takich sytuacjach i teraz zdawało się jej wręcz, że Sebastian mówi zbyt wiele: nie było czasu na zastanawianie się, chociaż zaiste było to typowo Gryfońskie podejście, nakazujące po prostu działać. A ona analizowała dużo, ale w takich sytuacjach to Gryfonka z niej wyłaziła zawsze. – Zrób coś z duchami, Sebastianie. Niech lepiej zostawi wywoływacza, jego możemy spacyfikować…
On miał ciało, ona i Atreus mogli sobie z nim poradzić. Na duchy nie mieli żadnych sposób, a przynajmniej ona je nie miała.
– Mogły być tu uwięzione, tak jak ty zamykasz je w pojemnikach, i coś je wypuściło?
Tu znów wiedza Macmillana podpowiadała, że nie było to wykluczone. Może gdzieś pod ziemią były zakopane jakieś pojemniki? Albo ich rolę pełnił sam układ czy ołtarz – nie słyszał wprawdzie o takim przypadku, ale magia druidów sprzed setek czy tysięcy lat na pewno nie przypominała tej czarodziejów.
I obserwując zachowanie duchów, które znów zaczęły się zbliżać, mógł łatwo wywnioskować: jeżeli tylko będą mogły coś im zrobić, zrobią to. Nie miał wiele czasu na działanie.
Temat rozdarcia i niezszytego całunu chwilowo Brenna też zepchnęła gdzieś na bok... brzmiało bardzo, bardzo źle, ale pomyśli o tym później.
– Niczego nie miał! – zawołała jeszcze Evelyn, ale nie zdołała powiedzieć niczego więcej. Czarodziej, miotający się w więzach, zdołał się wreszcie z nich wyrwać i dźwignął się na nogi. Niewymowna uniosła różdżkę, ponownie otoczyła barierą siebie i ołtarz, zakładając, że to będzie cel ataku. Może miało tak być, ale widząc barierę zmienił kierunek.
Runął prosto w stronę Brenny – może dlatego, że to ona go związała.
Pod edycję, af (miało być drugie kształtowanie, ale rzuciłam przez przypadek z PO, więc już nie zmieniam i zostawiam 1 akcję zamiast 2xD)
Rzut PO 1d100 - 84
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 73
Sukces!
Sukces!
Syknęła, gwałtownym ruchem usuwając się mu z drogi, a potem popychając, by runął na ziemię.
Duchy znów zaczęły cisnąć się ku Sebastianowi - chociaż nie czuł zimna. Potężny czar aurora wciąż napełniał ich ciepłem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.