24.08.2024, 22:44 ✶
Charlotte przyglądała się Jonathanowi, walczącemu z tą szatą, proponującemu, że zrobi z siebie idiotę, z nieodgadnioną miną. Ze strony kogoś innego byłoby to ogromne poświęcenie – ściągnięcie na siebie gniewu rodziców, zepsucie sobie reputacji – ale Jonathan akurat kochał ściągać na siebie uwagę i mało przyjmował się opinią innych. Nie oznaczało jednak, że to nie jest żadne poświęcenie. I że nie byłby w stanie zrobić jeszcze więcej, bo, niestety, był: Jonathan Selwyn był fascynującym przypadkiem człowieka, który pozostając okropnym narcyzmem, był przy tym niemożliwym altruistą. Charlotte, gdyby go nie poznała, nie uwierzyłaby, że takie połączenie jest w ogóle możliwe.
– Ty głupi Gryfonie – powiedziała w końcu, niemalże czule, głosem kontrastującym z wypowiadaną obrazą. Nie używała takiego tonu często. Właściwie to prawie nigdy. Jeśli ktokolwiek go u niej słyszał, to tylko oni, trójka przyjaciół i może Ned, ale nawet w ich przypadku nie następowało to częściej niż raz na kilka tygodni czy nawet miesięcy. Wyciągnęła ręce, ale nie by pomóc mu pozbyć się tej szaty, a zmusić, aby znów usiadł spokojnie i by ją poprawić, tak aby wróciła na miejsce. – To nie ma sensu, Johny. Musieliby cię najmniej nakryć w łóżku z moim kuzynem, i to w tyle osób, by nie dało się ukryć, co się stało. A wtedy tylko zaręczą mnie z kimś innym. Oczywiście, wtedy mogłabym zabić takiego narzeczonego i przez rok mieć spokój, nosząc żałobę, ale ktoś zorientowałby się, że coś jest nie tak najdalej przy drugim… – westchnęła, wygładzając ubranie Selwyna. Na ile mówiła poważnie o tych wszystkich mordach? Może sama nie wiedziała. Była blondynką o niebieskich oczach, a jej twarz wciąż była jeszcze delikatna tą delikatnością bardzo młodej dziewczyny. Gdyby nie sposób, w jaki patrzyła, mogłaby wyglądać niewinnie… ba, wyglądała czasem, gdy jej na tym zależało. Nie podejrzewało się takich kobiet o mordercze intencje. Ale Charlotte Crouch zapewne mogłaby kogoś zabić – pytaniem pozostawało, czy w tej sprawie faktycznie posunęłaby się tak daleko.
Prawdopodobnie przynajmniej przyszło jej to do głowy.
I zależało w dużej mierze od tego, kim byłby ten narzeczony.
– Być może to ja powinnam wynieść się do Egiptu. Tam moja matka by mnie nie dopadła – dodała, a jej usta wykrzywiły się w nieładnym grymasie. Ned był istotnym czynnikiem jej niechęci do tych zaręczyn, ale jeszcze istotniejsze było zrozumienie, że jeżeli się na to zgodzi, całe lata spędzi robiąc dokładnie to, czego chciała Persephona. Będą na nią naciskać w każdej sferze życia: towarzyskiej, zawodowej, finansowej. Oczywiście, Charlotte i Jonathan pewnie kiedyś zdołaliby zbudować sobie pozycję dostatecznie mocną, by tego uniknąć, ale kiedy to nastąpi? Za dziesięć lat? Piętnaście? Dwadzieścia?
– Ty głupi Gryfonie – powiedziała w końcu, niemalże czule, głosem kontrastującym z wypowiadaną obrazą. Nie używała takiego tonu często. Właściwie to prawie nigdy. Jeśli ktokolwiek go u niej słyszał, to tylko oni, trójka przyjaciół i może Ned, ale nawet w ich przypadku nie następowało to częściej niż raz na kilka tygodni czy nawet miesięcy. Wyciągnęła ręce, ale nie by pomóc mu pozbyć się tej szaty, a zmusić, aby znów usiadł spokojnie i by ją poprawić, tak aby wróciła na miejsce. – To nie ma sensu, Johny. Musieliby cię najmniej nakryć w łóżku z moim kuzynem, i to w tyle osób, by nie dało się ukryć, co się stało. A wtedy tylko zaręczą mnie z kimś innym. Oczywiście, wtedy mogłabym zabić takiego narzeczonego i przez rok mieć spokój, nosząc żałobę, ale ktoś zorientowałby się, że coś jest nie tak najdalej przy drugim… – westchnęła, wygładzając ubranie Selwyna. Na ile mówiła poważnie o tych wszystkich mordach? Może sama nie wiedziała. Była blondynką o niebieskich oczach, a jej twarz wciąż była jeszcze delikatna tą delikatnością bardzo młodej dziewczyny. Gdyby nie sposób, w jaki patrzyła, mogłaby wyglądać niewinnie… ba, wyglądała czasem, gdy jej na tym zależało. Nie podejrzewało się takich kobiet o mordercze intencje. Ale Charlotte Crouch zapewne mogłaby kogoś zabić – pytaniem pozostawało, czy w tej sprawie faktycznie posunęłaby się tak daleko.
Prawdopodobnie przynajmniej przyszło jej to do głowy.
I zależało w dużej mierze od tego, kim byłby ten narzeczony.
– Być może to ja powinnam wynieść się do Egiptu. Tam moja matka by mnie nie dopadła – dodała, a jej usta wykrzywiły się w nieładnym grymasie. Ned był istotnym czynnikiem jej niechęci do tych zaręczyn, ale jeszcze istotniejsze było zrozumienie, że jeżeli się na to zgodzi, całe lata spędzi robiąc dokładnie to, czego chciała Persephona. Będą na nią naciskać w każdej sferze życia: towarzyskiej, zawodowej, finansowej. Oczywiście, Charlotte i Jonathan pewnie kiedyś zdołaliby zbudować sobie pozycję dostatecznie mocną, by tego uniknąć, ale kiedy to nastąpi? Za dziesięć lat? Piętnaście? Dwadzieścia?