25.08.2024, 23:39 ✶
Felix nie powinien iść na ten marsz. Cóż... Na pewno nie powinien iść SAM na ten marsz. Przecież mieli iść w kilka osób, jeszcze rano robili transparenty ale jakoś wszystko się tak potoczyło, że wyszło jedno wielkie gówno. I chociaż młody Bell doskonale wiedział, że powinien odpuścić i zostać w swojej przyczepie i łączyć kolejne proszki, by stworzyć najlepszy efekt wizualny jaki w cyrku widzieli, to nie mógł sobie odpuścić.
Chociaż sam był czarodziejem półkrwi, to było kilka faktów, które niemal zmusiły go do udziału w marszu charłaków. Po pierwsze primo: był sierotą, a więc nie wiedział kim są jego rodzice. Czy żyją? Czy są mugolami? A może i jedno, i drugie, pochodzi z bogatych rodów ale z jakiegoś powodu musieli się go pozbyć i dlatego trafił do domu dziecka w Szkocji? Po drugie secundo: jego nową rodziną byli Bellowie. A w cyrku Bellów większość osób miała pochodzenie mugolskie. Z racji tego, jak traktowano takich jak oni, odczuwał naturalną empatię do charłaków, którzy również byli pogardzani przez "czystokrwistych".
Idąc ulicą aż prychnął i naciągnął kaptur głębiej na łeb. Co to w ogóle, kurwa, za określenie? Jak krew mogła być brudna? Krew jaka była każdy widział: czerwona. Czasem mniej, czasem bardziej, ale nie było niczego takiego jak brudna krew. To były jakieś zwykłe wymysły z dupy, a Felix w ogóle podejrzewał że wszyscy ci, którzy szczycili się pochodzeniem od Salazara Slytherina, to ruchają się między sobą i próbują przez gnębienie innych wytłumaczyć swoje chore fantazje. Innej opcji nie było, tak już sobie ułożył w głowie w Hogwarcie i tak rozumował przez kolejne lata swojego życia.
Musiał więc tutaj być. Nawet jeżeli istniało ogromne ryzyko, że ktoś go rozpozna. Już skręcał za róg, gdy dostrzegł ludzi, zbitych w kilka grupek. Część miała transparenty, część stała w kolejce do namiotu.
Wszyscy jesteśmy równi wobec natury
Fajne hasło ale coś kurwa mu się nie wydawało, żeby było prawdziwe. Felix zmarszczył brwi i już miał iść dalej, gdy jakaś młoda dziewczyna na niego wpadła. Bell zatoczył się, złapał ją za ramiona i wpadł na kolejną osobę. A potem kolejną. Ludzie przepychali go jak lalkę, odpędzali niczym muchę aż w końcu zatrzymał się na plecach wysokiego jegomościa w kolejce do... zupy?
- Eeee - odpowiedział szalenie inteligentnie, gdy jakiś mężczyzna zapytał czy chce coś zjeść. Kurwa, nie miał pieniędzy. - Nie mam kasy.
Odpowiedział odruchowo, wyciągając z kieszeni garść guzików i dwa żołędzie. Posłał Sebastianowi rozbrajający uśmiech, który mówił że on to w ogóle tu przypadkiem się znalazł.
Chociaż sam był czarodziejem półkrwi, to było kilka faktów, które niemal zmusiły go do udziału w marszu charłaków. Po pierwsze primo: był sierotą, a więc nie wiedział kim są jego rodzice. Czy żyją? Czy są mugolami? A może i jedno, i drugie, pochodzi z bogatych rodów ale z jakiegoś powodu musieli się go pozbyć i dlatego trafił do domu dziecka w Szkocji? Po drugie secundo: jego nową rodziną byli Bellowie. A w cyrku Bellów większość osób miała pochodzenie mugolskie. Z racji tego, jak traktowano takich jak oni, odczuwał naturalną empatię do charłaków, którzy również byli pogardzani przez "czystokrwistych".
Idąc ulicą aż prychnął i naciągnął kaptur głębiej na łeb. Co to w ogóle, kurwa, za określenie? Jak krew mogła być brudna? Krew jaka była każdy widział: czerwona. Czasem mniej, czasem bardziej, ale nie było niczego takiego jak brudna krew. To były jakieś zwykłe wymysły z dupy, a Felix w ogóle podejrzewał że wszyscy ci, którzy szczycili się pochodzeniem od Salazara Slytherina, to ruchają się między sobą i próbują przez gnębienie innych wytłumaczyć swoje chore fantazje. Innej opcji nie było, tak już sobie ułożył w głowie w Hogwarcie i tak rozumował przez kolejne lata swojego życia.
Musiał więc tutaj być. Nawet jeżeli istniało ogromne ryzyko, że ktoś go rozpozna. Już skręcał za róg, gdy dostrzegł ludzi, zbitych w kilka grupek. Część miała transparenty, część stała w kolejce do namiotu.
Wszyscy jesteśmy równi wobec natury
Fajne hasło ale coś kurwa mu się nie wydawało, żeby było prawdziwe. Felix zmarszczył brwi i już miał iść dalej, gdy jakaś młoda dziewczyna na niego wpadła. Bell zatoczył się, złapał ją za ramiona i wpadł na kolejną osobę. A potem kolejną. Ludzie przepychali go jak lalkę, odpędzali niczym muchę aż w końcu zatrzymał się na plecach wysokiego jegomościa w kolejce do... zupy?
- Eeee - odpowiedział szalenie inteligentnie, gdy jakiś mężczyzna zapytał czy chce coś zjeść. Kurwa, nie miał pieniędzy. - Nie mam kasy.
Odpowiedział odruchowo, wyciągając z kieszeni garść guzików i dwa żołędzie. Posłał Sebastianowi rozbrajający uśmiech, który mówił że on to w ogóle tu przypadkiem się znalazł.