26.08.2024, 15:33 ✶
- O, nienienienie, nie do skrzydła szpitalnego! – zaprotestowała Brenna gorąco, aż cofając się o krok. Jeśli ktoś myślałby błędnie, że panna Longbottom nikogo ani niczego się nie boi, tak widząc ją teraz, chyba rozważającą rzucenie się do ucieczki, musiałby zrozumieć, że mylił się okropnie. Bała się pójścia do skrzydła szpitalnego. Nie żeby samo leczenie i eliksiry jej przeszkadzały, ale pielęgniarka gderała, jak Brenna trafiała tam za często, to gderała też McGongall, a co gorsza czasem wieści docierały do kogoś z rodziny, i potem Brenna musiała ich zapewniać, że wcale, ale to wcale nie pakuje się w kłopoty i nic wielkiego się nie stało. – Czemu? – zdumiała się szczerze. – No wiesz, czarodziejami jesteśmy, mogę ci to usunąć – powiedziała, niezbyt pojmując jego zmartwienie, z typową ignorancją dziewczynki z bardzo bogatego domu, która nigdy nie musiała przejmować się uszkodzonym ubraniem. W której szafie znajdowały się bogato zdobione szaty, każda warta pewnie tyle, ile przeciętny dzieciak na ciuchy wydawał przez rok. Jasne, w Hogwarcie – i po spotkaniu Samuela – zaczęła powoli rozumieć, że nie każdego dzieciaka było stać na kupno nowej szaty szkolnej co dwa miesiące, bo poprzednią się zniszczyło, i że właściwie niektórzy naprawdę, naprawdę nie mają pieniędzy… ale dopiero do niej to docierało.
Wycelowała różdżkę, gotowa rzucać zaklęcia transmutacyjne i translokacyjne, by pozbyć się brudu z materiału, ale gdyby Enzo postanowił ją powstrzymać przed używaniem magii na jego cennym płaszczu, w obawie, że ten ucierpi, to miał czas zareagować.
– Tak wszystkich na raz? – spytała, a kąciki ust drgnęły jej lekko. Bywała absurdalnie pewna siebie i nazbyt narwana: umiała rzucić się na starszego i wyższego Ślizgona z pięściami. Ale na swoje umiejętności przynajmniej patrzyła w miarę trzeźwo, to i wiedziała, że z całą, ślizgońską drużyną quidditcha w pojedynku nie miałaby żadnych szans. – Jasne, czemu nie? Chociaż zwykle to chyba siedzą tam głębiej, bo nigdy żadnego nie widziałam – powiedziała, ukradkiem zerkając na zegarek, ale do spotkania z koleżankami miała jeszcze trzydzieści minut, więc mogła ten czas wykorzystać na szukanie kałamarnic i trytonów na brzegu jeziora. – To Isaac zna trytoński? Umie tak, wiesz, no, bulgotać? One chyba bulgoczą? Czy wyją? – spytała zaintrygowana, ruszając powoli wzdłuż brzegu i wypatrując innych trytonów.
Wycelowała różdżkę, gotowa rzucać zaklęcia transmutacyjne i translokacyjne, by pozbyć się brudu z materiału, ale gdyby Enzo postanowił ją powstrzymać przed używaniem magii na jego cennym płaszczu, w obawie, że ten ucierpi, to miał czas zareagować.
– Tak wszystkich na raz? – spytała, a kąciki ust drgnęły jej lekko. Bywała absurdalnie pewna siebie i nazbyt narwana: umiała rzucić się na starszego i wyższego Ślizgona z pięściami. Ale na swoje umiejętności przynajmniej patrzyła w miarę trzeźwo, to i wiedziała, że z całą, ślizgońską drużyną quidditcha w pojedynku nie miałaby żadnych szans. – Jasne, czemu nie? Chociaż zwykle to chyba siedzą tam głębiej, bo nigdy żadnego nie widziałam – powiedziała, ukradkiem zerkając na zegarek, ale do spotkania z koleżankami miała jeszcze trzydzieści minut, więc mogła ten czas wykorzystać na szukanie kałamarnic i trytonów na brzegu jeziora. – To Isaac zna trytoński? Umie tak, wiesz, no, bulgotać? One chyba bulgoczą? Czy wyją? – spytała zaintrygowana, ruszając powoli wzdłuż brzegu i wypatrując innych trytonów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.