26.08.2024, 20:52 ✶
W odróżnieniu od Florence, Patrickowi zdarzyło się być na mugolskim lotnisku. Nawet nie jeden raz, choć tylko dwukrotnie naprawdę skorzystał z samolotu jako ze środka transportu. Zazwyczaj zjawiał się w głównej hali i czekał aż znajomy mugol wyjdzie z hali przylotów. Chyba nawet lubił lotniska, ale tylko wtedy, gdy te były gwarne i pełne życia. To teraz wydawało mu się, zwyczajnie, straszne.
- Też mi się tak wydaje – przyznał w końcu. Przez chwilę w jego głowie zrodziła się dziwna myśl, że właściwie to pasowałoby do niego, gdyby wsiadł do samolotu i odleciał, że korzystał z pożyczonego czasu i może powinien podjąć męską decyzję…
Potrząsnął głową. Znajdująca się obok niego Florence była prawdziwa. Dużo prawdziwsza od tego dziwacznego miejsca i od nieprzyjemnych myśli, które nagle pojawiły mu się w głowie. Nie mógł jej zostawić. I nie tylko dlatego, że nigdy nie była na mugolskim lotnisku. Nie mógł jej zostawić, bo nie chciał jej zostawić.
Chciał wrócić do normalnego świata. Chciał odzyskać swoje wspomnienia. Chciał spotkać się z Florence w kawiarni albo odwiedzić ją w Mungo, albo złapać za rękę (byle tylko przestał być tak cholernie zimny) i przespacerować razem z nią po plaży albo po łące, bo przecież bała się wody.
- Panie przodem – rzucił, wyswobadzając rękę z uścisku. Zadbał o to, by towarzysząca mu kobieta przekroczyła punkt graniczny jako pierwsza.
Nie było sprawdzania paszportów. Nie było celnika. Kierując się dalej, w teorii, ciągle byli sami. A jednak coś się zmieniło. Florence zwróciła uwagę na zmieniające się światło. Patricka uderzyło, że z każdym kolejnym krokiem, pustka w jego głowie znikała coraz bardziej, zapełniając się utraconymi wcześniej wspomnieniami. Już nie był wytartą gumką kartką, ale coraz bardziej czuł się sobą?
A potem, kiedy trafili na halę odbioru bagażu, dotarło do niego coś jeszcze. Cisza, ta nienaturalna cisza, która zapełniała całe lotnisko również zniknęła. Na tablicy przylotów pojawiły się informacje. Nie z górnolotnie brzmiącymi sloganami, jak „limbo” albo „świat żywych”, ale zupełnie zwyczajne, w rodzaju: „Milan 13.45” i pod nim „last bag”. Gdzieś z daleka dobiegał do jego uszu gwar rozmów podróżujących i dźwięk sunącej taśmy bagażowej. A wreszcie zaczął dostrzegać pierwsze ludzkie sylwetki. Przypominały cienie, jeszcze półprzejrzyste i bez twarzy, ale już poruszające rękoma, spacerujące, trzymające się za ręce… żywe.
- Świat żywych – wyszeptał do Florence.
Szli dalej ku przesuwanym drzwiom z napisem „exit”. Za nimi widać było prawdziwe słońce i różnokształtne, białe chmury na niebie i betonowy chodnik, kawałek ruchliwej, pełnej taksówek ulicy. Byli też ludzie. Prawdziwi ludzie. Z bagażami i z tabliczkami powitalnymi, i kwiatami. Rozmawiający, krzyczący, płaczący przy pożegnaniach i czekający na taksówkę.
Życie. Za ostatnimi drzwiami czekało na nich życie.
- Też mi się tak wydaje – przyznał w końcu. Przez chwilę w jego głowie zrodziła się dziwna myśl, że właściwie to pasowałoby do niego, gdyby wsiadł do samolotu i odleciał, że korzystał z pożyczonego czasu i może powinien podjąć męską decyzję…
Potrząsnął głową. Znajdująca się obok niego Florence była prawdziwa. Dużo prawdziwsza od tego dziwacznego miejsca i od nieprzyjemnych myśli, które nagle pojawiły mu się w głowie. Nie mógł jej zostawić. I nie tylko dlatego, że nigdy nie była na mugolskim lotnisku. Nie mógł jej zostawić, bo nie chciał jej zostawić.
Chciał wrócić do normalnego świata. Chciał odzyskać swoje wspomnienia. Chciał spotkać się z Florence w kawiarni albo odwiedzić ją w Mungo, albo złapać za rękę (byle tylko przestał być tak cholernie zimny) i przespacerować razem z nią po plaży albo po łące, bo przecież bała się wody.
- Panie przodem – rzucił, wyswobadzając rękę z uścisku. Zadbał o to, by towarzysząca mu kobieta przekroczyła punkt graniczny jako pierwsza.
Nie było sprawdzania paszportów. Nie było celnika. Kierując się dalej, w teorii, ciągle byli sami. A jednak coś się zmieniło. Florence zwróciła uwagę na zmieniające się światło. Patricka uderzyło, że z każdym kolejnym krokiem, pustka w jego głowie znikała coraz bardziej, zapełniając się utraconymi wcześniej wspomnieniami. Już nie był wytartą gumką kartką, ale coraz bardziej czuł się sobą?
A potem, kiedy trafili na halę odbioru bagażu, dotarło do niego coś jeszcze. Cisza, ta nienaturalna cisza, która zapełniała całe lotnisko również zniknęła. Na tablicy przylotów pojawiły się informacje. Nie z górnolotnie brzmiącymi sloganami, jak „limbo” albo „świat żywych”, ale zupełnie zwyczajne, w rodzaju: „Milan 13.45” i pod nim „last bag”. Gdzieś z daleka dobiegał do jego uszu gwar rozmów podróżujących i dźwięk sunącej taśmy bagażowej. A wreszcie zaczął dostrzegać pierwsze ludzkie sylwetki. Przypominały cienie, jeszcze półprzejrzyste i bez twarzy, ale już poruszające rękoma, spacerujące, trzymające się za ręce… żywe.
- Świat żywych – wyszeptał do Florence.
Szli dalej ku przesuwanym drzwiom z napisem „exit”. Za nimi widać było prawdziwe słońce i różnokształtne, białe chmury na niebie i betonowy chodnik, kawałek ruchliwej, pełnej taksówek ulicy. Byli też ludzie. Prawdziwi ludzie. Z bagażami i z tabliczkami powitalnymi, i kwiatami. Rozmawiający, krzyczący, płaczący przy pożegnaniach i czekający na taksówkę.
Życie. Za ostatnimi drzwiami czekało na nich życie.