15.01.2023, 04:18 ✶
Niepokój narastał. Poczynając od faktu, iż nikt razem z nią nie wysiadł – co samo w sobie trochę dziwiło, bo zwykle na każdej stacji ktoś wsiada bądź wysiada (z drugiej strony, to też nie tak, że nie mógł się wydarzyć wyjątkowy przypadek, prawda?) - idąc przez całkiem opustoszałą stację, kończąc na całkowitym braku jakichkolwiek odgłosów.
Te wszak jednak powinny być. Psy chociażby, te bardzo lubiły podnosić alarm, iż w pobliżu kręci się ktoś nowy, nieznajomy, a nuż będzie chciał wejść tam, gdzie nie powinien. Dlatego trzeba naszczekać i wybić taki pomysł z głowy; pokazać, że dany teren już ma właściciela. I stróża.
Sklepy pozamykane – a nie była to aż tak późna pora, żeby faktycznie zatrzasnąć drzwi przed wszystkimi. Chyba że… nie było komu stać za ladą i nikogo, kto by kupił. Wszędzie pusto… martwo wręcz. Ani ludzi, ani zwierząt, panowała tu całkowita pustka, jeśli nie liczyć śladów świadczących o tym, iż ktoś jednak tu mieszkał. Samochody, zabawki, grille ogrodowe – o ile jeszcze byłaby skłonna uwierzyć, iż ktoś bardzo bogaty miał kaprys wybudować całe miasteczko, do którego nikt nie zdecydował się sprowadzić, tak takie detale jak meble ogrodowe świadczyły o tym, że ktoś naprawdę musiał tu być.
Tylko gdzie wszyscy zniknęli? I kiedy?
W panikę nie wpadała chyba tylko dlatego, że w ostateczności mogła się aportować; tyle że nie była pewna, jak daleko teraz od celu się znajdowała, zaś sztuka przemieszczania się z użyciem magii była obarczona ryzykiem rozszczepienia. Cóż, biorąc pod uwagę, gdzie się właśnie znalazła, być może takie ryzyko nie było czymś, czego należało podejmować się od razu i bez wahania.
Na skrzyżowaniu zatrzymała się i zmarszczyła brwi, spoglądając na pub z neonowym napisem. Świecił, czyli chyba ktoś powinien tam być… chyba? I jeszcze ten płacz, o ile faktycznie to szloch, a nie jedynie wycie wiatru.
Dlaczego to wydawało się być tak znajome?
Dlaczego, spoglądając w drugą stronę, znowu wydawało się, że widzi coś – kogoś – co znała? Przecież nigdy wcześniej tu nie była. I raczej nikt spośród osób, o których w pierwszej kolejności pomyślała, nie powinien był tu trafić, wręcz przeciwnie – powinni siedzieć we własnych domach, w Londynie, wszędzie, byle nie tu.
Dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Spojrzała przez ramię, za siebie, w mleczną mgłę. Nie była pewna, czy ma omamy czy też faktycznie coś się tam czai; być może po prostu wyobraźnia podsuwała coś, co ubierało obecne lęki czarownicy w jakiś konkretniejszy kształt.
A może rzeczywiście coś tam było. Po chwili namysłu sprawdziła, czy różdżka nadal znajduje się na swoim miejscu i czy jest w stanie szybko po nią sięgnąć, po czym skierowała się w stronę pary na ławce. Od czegoś musiała zacząć, żeby znaleźć stąd transport, toteż pierwszym, co miała powiedzieć, to:
- Przepraszam bardzo, ale czy kursuje tu jakiś autobus?
Miała, ale czy dane jej było te słowa wypowiedzieć…?
Te wszak jednak powinny być. Psy chociażby, te bardzo lubiły podnosić alarm, iż w pobliżu kręci się ktoś nowy, nieznajomy, a nuż będzie chciał wejść tam, gdzie nie powinien. Dlatego trzeba naszczekać i wybić taki pomysł z głowy; pokazać, że dany teren już ma właściciela. I stróża.
Sklepy pozamykane – a nie była to aż tak późna pora, żeby faktycznie zatrzasnąć drzwi przed wszystkimi. Chyba że… nie było komu stać za ladą i nikogo, kto by kupił. Wszędzie pusto… martwo wręcz. Ani ludzi, ani zwierząt, panowała tu całkowita pustka, jeśli nie liczyć śladów świadczących o tym, iż ktoś jednak tu mieszkał. Samochody, zabawki, grille ogrodowe – o ile jeszcze byłaby skłonna uwierzyć, iż ktoś bardzo bogaty miał kaprys wybudować całe miasteczko, do którego nikt nie zdecydował się sprowadzić, tak takie detale jak meble ogrodowe świadczyły o tym, że ktoś naprawdę musiał tu być.
Tylko gdzie wszyscy zniknęli? I kiedy?
W panikę nie wpadała chyba tylko dlatego, że w ostateczności mogła się aportować; tyle że nie była pewna, jak daleko teraz od celu się znajdowała, zaś sztuka przemieszczania się z użyciem magii była obarczona ryzykiem rozszczepienia. Cóż, biorąc pod uwagę, gdzie się właśnie znalazła, być może takie ryzyko nie było czymś, czego należało podejmować się od razu i bez wahania.
Na skrzyżowaniu zatrzymała się i zmarszczyła brwi, spoglądając na pub z neonowym napisem. Świecił, czyli chyba ktoś powinien tam być… chyba? I jeszcze ten płacz, o ile faktycznie to szloch, a nie jedynie wycie wiatru.
Dlaczego to wydawało się być tak znajome?
Dlaczego, spoglądając w drugą stronę, znowu wydawało się, że widzi coś – kogoś – co znała? Przecież nigdy wcześniej tu nie była. I raczej nikt spośród osób, o których w pierwszej kolejności pomyślała, nie powinien był tu trafić, wręcz przeciwnie – powinni siedzieć we własnych domach, w Londynie, wszędzie, byle nie tu.
Dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Spojrzała przez ramię, za siebie, w mleczną mgłę. Nie była pewna, czy ma omamy czy też faktycznie coś się tam czai; być może po prostu wyobraźnia podsuwała coś, co ubierało obecne lęki czarownicy w jakiś konkretniejszy kształt.
A może rzeczywiście coś tam było. Po chwili namysłu sprawdziła, czy różdżka nadal znajduje się na swoim miejscu i czy jest w stanie szybko po nią sięgnąć, po czym skierowała się w stronę pary na ławce. Od czegoś musiała zacząć, żeby znaleźć stąd transport, toteż pierwszym, co miała powiedzieć, to:
- Przepraszam bardzo, ale czy kursuje tu jakiś autobus?
Miała, ale czy dane jej było te słowa wypowiedzieć…?
460/865