27.08.2024, 10:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.08.2024, 10:05 przez Florence Bulstrode.)
– Zupełnie cię nie rozumiem, Ambroise – powiedziała Florence. Ton miała niewzruszony, twarz jak wykutą w kamieniu, nie drgnął na niej choćby jeden mięsień. Mogłoby wydawać się, że zaraz spróbuje go zganić za żarty nie przystające do poważnej sytuacji: potencjalnie czarnomagicznej klątwy i zagrożenia w jej gabinecie. Nic takiego jednak się nie stało. – Dlaczego czekać aż wyjdzie się z Kliniki? Ja staram się dobrze spożytkować także czas pracy i dbać o reputację już tutaj, stażyści i współpracownicy są przecież doskonałymi ofiarami.
Bulstrode mogła wydawać się nadmiernie sztywna i właściwie taka bywała, ale pod chłodnym spojrzeniem kryły się całkiem spore pokłady poczucia humoru, nawet jeżeli niekiedy nieco wisielczego i nie zawsze zrozumiałego dla otoczenia.
Żona albo kochanka: założenie statystycznie dające spore szanse na trafienie, ale tak jak zaraz Greengrass sam stwierdził, postawione na wyrost. Tylko w tym tygodniu Florence przyjmowała mężczyznę, którego nogi zżerały buty, które wręczył mu w ramach żartu przyjaciel, a potem usuwała efekty źle rzuconych zaklęć z pewnej kobiety, do której żal miał brat. Często winnymi były kochanki i żony, ale bywały i sąsiedzkie kłótnie, rodzinne awantury, konflikty między współpracownikami, a i ofiarami nieraz padały mugolaki – z czystej złośliwości.
Nie zamierzała jednak w tej sytuacji tego wszystkiego wykładać, bo Ambroise raczej to wiedział, a miał lekkie skłonności do tworzenia różnych teorii spiskowych i zwykle nie było warto się o te wykłócać.
– Jedną z najpaskudniejszych, czarnomagicznych klątw, jakie zdejmowałam, rzucono na pewnego urzędnika. Musiałam zeznawać w Wizengamocie, dobrze więc pamiętam tę sprawę i wiem, w jaki sposób się zakończyła. Podejrzewano jego brata, partnerkę, kogoś, kogo wniosek odrzucił w pracy… okazało się, że był zupełnie przypadkową ofiarą. Znalazł się w złym miejscu, w złym czasie. Poszedł na obrzeża Nokturna, szukając tam rzadkiego eliksiru, akurat gdy żona sprzedawcy chciała na kimś wypróbować autorką klątwę. Nie spodobało się jej, że patrzył na nią, jak uznała, z pogardą – stwierdziła Florence w pewnym zamyśleniu. Nie że spodziewała się, że to był taki przypadek. Jej „anioł wcielony”, niesłusznie przeklęty, nie czułby się pewnie w obowiązku zapewniać, jaką był chodzącą doskonałością, pozbawioną jakichkolwiek wrogów, gdyby nie miał pewnych podejrzeń.
Ona sama nie miała żadnych problemów z przekazywaniem takich rzeczy Departamentowi Przestrzegania Prawa, kontakty z nimi też były dla niej czymś naturalnym. Kiedyś pracował tam jej ojciec, teraz obaj bracia i najlepszy przyjaciel. Mogła zdjąć klątwę, potwierdzić jej rzucenie, sprawdzić, w jaki sposób została utkana, podać możliwy zakres skutków ubocznych i komponenty konieczne do utkania takowej, ale szukanie winnych nie było już zadaniem Florence. Uważała, że powinni zostać ukarani… tyle że nie przez nią. Ona miała zająć się ofiarami.
– Cudownie. Trzeba będzie zorganizować eksterminację – osądziła, bo miała dziwne wrażenie, że jeśli nie weźmie się za dyrygowanie akcją ktoś kompetentny, ona, znaczy się (tak, miała o sobie wysokie, może nawet zbyt wielkie mniemanie), to nie pozbędą się żab do kolejnego miesiąca. A ona nie życzyła sobie znajdować żabiego skrzeku w łazienkach. Chwilowo jednak pierwszeństwo miały rośliny.
Zatrzymała się przed ławką. Sięgnęła po różdżkę, tak na wszelki wypadek, gdyby trawa nagle postanowiła kogoś pożreć, ale nie rzucała na razie żadnych zaklęć, pozwalając Greengrassowi obejrzeć rośliny.
– Dotykał tej ławki, zanim wszedł do mojego gabinetu. Nie wiem, w którym konkretnie momencie pojawiły się te kwiaty, ponieważ zobaczyłam je dopiero, kiedy zdjęłam już klątwę i musiałam z pacjentem wyjść od siebie, bo pnącza zaczęły wymykać się spod kontroli. Zakładam, że roślinność na ławce była pierwsza.
Zmarszczyła lekko brwi.
- Co dokładnie rozumiesz przez "nieoczywisto"?
Bulstrode mogła wydawać się nadmiernie sztywna i właściwie taka bywała, ale pod chłodnym spojrzeniem kryły się całkiem spore pokłady poczucia humoru, nawet jeżeli niekiedy nieco wisielczego i nie zawsze zrozumiałego dla otoczenia.
Żona albo kochanka: założenie statystycznie dające spore szanse na trafienie, ale tak jak zaraz Greengrass sam stwierdził, postawione na wyrost. Tylko w tym tygodniu Florence przyjmowała mężczyznę, którego nogi zżerały buty, które wręczył mu w ramach żartu przyjaciel, a potem usuwała efekty źle rzuconych zaklęć z pewnej kobiety, do której żal miał brat. Często winnymi były kochanki i żony, ale bywały i sąsiedzkie kłótnie, rodzinne awantury, konflikty między współpracownikami, a i ofiarami nieraz padały mugolaki – z czystej złośliwości.
Nie zamierzała jednak w tej sytuacji tego wszystkiego wykładać, bo Ambroise raczej to wiedział, a miał lekkie skłonności do tworzenia różnych teorii spiskowych i zwykle nie było warto się o te wykłócać.
– Jedną z najpaskudniejszych, czarnomagicznych klątw, jakie zdejmowałam, rzucono na pewnego urzędnika. Musiałam zeznawać w Wizengamocie, dobrze więc pamiętam tę sprawę i wiem, w jaki sposób się zakończyła. Podejrzewano jego brata, partnerkę, kogoś, kogo wniosek odrzucił w pracy… okazało się, że był zupełnie przypadkową ofiarą. Znalazł się w złym miejscu, w złym czasie. Poszedł na obrzeża Nokturna, szukając tam rzadkiego eliksiru, akurat gdy żona sprzedawcy chciała na kimś wypróbować autorką klątwę. Nie spodobało się jej, że patrzył na nią, jak uznała, z pogardą – stwierdziła Florence w pewnym zamyśleniu. Nie że spodziewała się, że to był taki przypadek. Jej „anioł wcielony”, niesłusznie przeklęty, nie czułby się pewnie w obowiązku zapewniać, jaką był chodzącą doskonałością, pozbawioną jakichkolwiek wrogów, gdyby nie miał pewnych podejrzeń.
Ona sama nie miała żadnych problemów z przekazywaniem takich rzeczy Departamentowi Przestrzegania Prawa, kontakty z nimi też były dla niej czymś naturalnym. Kiedyś pracował tam jej ojciec, teraz obaj bracia i najlepszy przyjaciel. Mogła zdjąć klątwę, potwierdzić jej rzucenie, sprawdzić, w jaki sposób została utkana, podać możliwy zakres skutków ubocznych i komponenty konieczne do utkania takowej, ale szukanie winnych nie było już zadaniem Florence. Uważała, że powinni zostać ukarani… tyle że nie przez nią. Ona miała zająć się ofiarami.
– Cudownie. Trzeba będzie zorganizować eksterminację – osądziła, bo miała dziwne wrażenie, że jeśli nie weźmie się za dyrygowanie akcją ktoś kompetentny, ona, znaczy się (tak, miała o sobie wysokie, może nawet zbyt wielkie mniemanie), to nie pozbędą się żab do kolejnego miesiąca. A ona nie życzyła sobie znajdować żabiego skrzeku w łazienkach. Chwilowo jednak pierwszeństwo miały rośliny.
Zatrzymała się przed ławką. Sięgnęła po różdżkę, tak na wszelki wypadek, gdyby trawa nagle postanowiła kogoś pożreć, ale nie rzucała na razie żadnych zaklęć, pozwalając Greengrassowi obejrzeć rośliny.
– Dotykał tej ławki, zanim wszedł do mojego gabinetu. Nie wiem, w którym konkretnie momencie pojawiły się te kwiaty, ponieważ zobaczyłam je dopiero, kiedy zdjęłam już klątwę i musiałam z pacjentem wyjść od siebie, bo pnącza zaczęły wymykać się spod kontroli. Zakładam, że roślinność na ławce była pierwsza.
Zmarszczyła lekko brwi.
- Co dokładnie rozumiesz przez "nieoczywisto"?