Też lubił dbać o swój ogród, ale bez ogrodnika by sobie nie poradził z prostej przyczyny - czas. Sam wprowadzał zmiany, kiedy ten czas miał to go poświęcał roślinom. Tak samo jak kochał zwierzęta, ale nie mógłby sam sobie z nimi radzić. Czas, do tego jego wyśmienity stan zdrowia, który niekoniecznie skłonny był mu dopingować we wszelkich wysiłkach fizycznych. Niektórzy mieli szczęście urodzić się z myślą świata o tym, żeby móc jedną ręką kogoś skręcić w precla, a inni, tacy jak on, starali się wykorzystać inne atuty nadane przez naturę. A jeszcze dodać do tego sprzątanie? Och, zgrozo! Ile czasu ulatywało przez to, że musiałeś sprzątać. To, jak wyczerpujące było to zajęcie widział po swoich skrzacie, a przecież Laurent był tylko jeden i w dodatku nie miał w zwyczaju generować nieporządku wokół siebie.
- Zastanawiałaś się nad zaproszeniem skrzata do swojego domu? - Nie nabyciem, nie najęciem... wszyscy wiemy, jakie są skrzaty. Zaproponuj mu, że go uwolnisz, to prawie popełni samobójstwo - Laurent to już przeszedł. Jego skrzat przeszedł takie załamanie nerwowe, że sam Laurent zaczął nad nim panikować, że zrobi sobie coś poważnego. Zrobił, ale na szczęście nic, czego nie dałoby się uleczyć, co byłoby nieodwracalne. Na skrzaty była tylko jedna rada: traktować je tak, jak sam chciałbyś być traktowany. Z uwzględnieniem faktu, że jesteś poddany wiecznej służbie, z której nie ma ucieczki. Och, cóż... Samodzielność Victorii była zachwycająca - nie znał jej od tej strony. W końcu wychowała się sama w dostatku, a w dostatkach czarodziei mało kto potrafił wokół siebie zrobić cokolwiek. Co dopiero posprzątać, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Może to też był jeden z jej małych buntów na matkę - pewnie Isabella siwiała, kiedy widziała córkę z miotłą.
Uśmiechnął się lekko, spoglądając na tego kota. Zawsze był typem osoby, która preferowała psy, co wcale nie sprawiało, że koty kochał mniej. Kochał wszystkie stworzenia, nawet te najbardziej mordercze. Po coś powstały, z jakiegoś powodu istniały - wszystko na tym świecie miało swoje miejsce.
- Dzięki Matce, inaczej pewnie miałabyś większy bałagan niż porządek. - Było bardzo mało rzeczy, którym Laurent mówił definitywne "nie". Wszystko było dobrym pretekstem do nauki i doświadczenia czegoś nowego - sprzątanie również. Chociaż faktycznie, jak ktoś nie miał nigdy do czynienia z tymi trywialnymi czynnościami mogło się okazać, że zostawiają za sobą większy chaos, niż był, a mieli wprowadzić ład. Tak to już jest z uczeniem się. - Uch... nie, nie, podziękuję. - Uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem przemieszanym z zakłopotaniem i wyciągnął tę miotłę w jej kierunku, żeby mogła ją odstawić, albo dokończyć to, co robiła, a w czym jej przeszkodził. - Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w pieczeniu ciasta i nie powiem, żeby pieczenie stało się jedną z moich ulubionych czynności. - Generowało nieporządek, było niby proste, a niby skomplikowane, bo niby masz przepis, proporcje, ale okazuje się, że trzeba "na wyczucie", bo zboże mogło być bardziej suche, mąka jest bardziej sucha, to potrzebuje jednak więcej jajek, czy tam mleka... straszne zamieszanie. - Z chęcią cię jednak wspomogę chociażby towarzystwem, jeśli pieczenie chleba to nie zajęcie dla dwóch osób. - Chleba jeszcze nie piekł. W ogóle... idea tego, że można zobaczyć piekący się chleb była ciekawa. - Od kiedy zaczęłaś piec? - Tknęło go, bo chyba Victoria też nigdy nie była typem osoby gotującej.