27.08.2024, 11:10 ✶
– Jeśli była tak ciężka, może dobrze się stało?
Eden była bez wątpienia jedną z władczyń na salonach rodów czystej krwi: bogata, nie tylko z rodu czystej krwi, ale jeszcze z jednego z tych kilku najbardziej znanych i w dodatku z głównej linii. Poślubiła dziedzica równie znamienitej rodziny, ekscentryka może, ale uchodzącego za geniusza. Była ładna, dysponowała kilkunastoma budynkami w magicznym Londynie oraz wioskach, jakie upodobali sobie czarodzieje, a wredność nie zjednywała jej może sympatii, sprawiała jednak, że niektórzy się jej bali. Miała wsparcie kilku wysoko postawionych krewnych i znajomych. Brennie trudno było sobie wyobrazić, co musiałoby się stać, aby zatrząsało w posadach światem Eden i sprawiło, że koniecznie potrzebowałaby tej korony.
Czymś takim byłby zapewne związek z półkrwi wilkołakiem o pustych kieszeniach, który uznaniem cieszył się głównie w Biurze Aurorów i gronie przyjaciół. Ale Malfoyówna naprawdę nie musiała się bać, że Brenna coś podejrzewa, bo do podejrzeń nie miała żadnych powodów – zdziwiła ją jej obecność na plaży, ale nie wpadła na to, że kobietę mogłoby z Millie czy Alastorem łączyć coś więcej.
– Uważaj, bo wezmę to na poważnie i zaraz wrócę z ciasteczkami i maseczkami Potterów na twarz, żebyśmy mogły poplotkować – zakpiła lekko Brenna, nie wątpiąc, że to było ostatnie, czego Eden sobie życzyła i to nie tylko dlatego, że była na pewno zmęczona i straszliwie podpita. – Naprawdę aż tak nie lubisz czerwonego? – spytała, ani trochę nie urażona, może nawet rozbawiona tym ogromem nienawiści buchającym od Eden. Przez głowę przeszło jej pytanie, co kobieta zrobiłaby, gdyby podetknąć jej ubranie produkcji mugoli, i to jeszcze z poliestru: ale Brenna by z czymś takim nie wyskoczyła do gościa, zresztą akurat ciuchów poliestrowych w szafie nie miała, nawet jeśli było tam parę par jeansów. Kupionych zarówno dlatego, że je lubiła, jak i by wtopić się lepiej w scenerię Doliny Godryka.
– Zły pomysł. Co będzie, jak przy tej teleportacji już na dobre zgubisz koronę? – zatroszczyła się Brenna, ani myśląc wskazywać Eden, gdzie leży jej różdżka. W takim stanie było niemal pewne, że jakąś kończynę faktycznie zgubi i czeka ją wizyta u magimedyków. – Poza tym musiałabyś znowu zejść po tych schodach, stąd się nie teleportujesz. Przecież możesz zostać w swoich ciuchach, jak ci nie przeszkadza, że miałaś je na sobie cały dzień. Mogę poszukać czegoś w szafie matki. Albo przyniosę ci piżamę Erika, utoniesz w niej wprawdzie, ale wszystkie są zgodne z najnowszą, czarodziejską modą i na pewno nie wyglądają jak wyciągnięte z koszy dla powodzian – obiecała solennie. Tę wybrała, bo cóż, była nowa, nie noszona, i trochę może odrobinę z przekory zgarniając właśnie czerwoną. Ale ani myślała upierac się, gdy gość życzył sobie innego zestawu ubraniowego. – Doprawdy, Eden, gdzie twoja pewność siebie? Czy nie powinnaś uważać, że w każdych ciuchach wyglądasz dobrze? I że nigdy nie jesteś wystrojona za mało albo za bardzo, a to raczej inni są niewłaściwie ubrani do okazji? – spytała jeszcze żartobliwie, cofając się, by przesunąć ciężkie zasłony na okno i pogrążyć pokój w półmroku.
Co zabawne, Brenna właściwie nigdy nie czuła się wystrojona za mało albo za bardzo, chociaż to pierwsze czasem się jej zdarzało. I chociaż na pewno miała w szafie szaty i suknie równie drogie jak te, które kupowała Eden, to nie prezentowała się nawet w połowie tak efektownie jak Lestrange.
Eden była bez wątpienia jedną z władczyń na salonach rodów czystej krwi: bogata, nie tylko z rodu czystej krwi, ale jeszcze z jednego z tych kilku najbardziej znanych i w dodatku z głównej linii. Poślubiła dziedzica równie znamienitej rodziny, ekscentryka może, ale uchodzącego za geniusza. Była ładna, dysponowała kilkunastoma budynkami w magicznym Londynie oraz wioskach, jakie upodobali sobie czarodzieje, a wredność nie zjednywała jej może sympatii, sprawiała jednak, że niektórzy się jej bali. Miała wsparcie kilku wysoko postawionych krewnych i znajomych. Brennie trudno było sobie wyobrazić, co musiałoby się stać, aby zatrząsało w posadach światem Eden i sprawiło, że koniecznie potrzebowałaby tej korony.
Czymś takim byłby zapewne związek z półkrwi wilkołakiem o pustych kieszeniach, który uznaniem cieszył się głównie w Biurze Aurorów i gronie przyjaciół. Ale Malfoyówna naprawdę nie musiała się bać, że Brenna coś podejrzewa, bo do podejrzeń nie miała żadnych powodów – zdziwiła ją jej obecność na plaży, ale nie wpadła na to, że kobietę mogłoby z Millie czy Alastorem łączyć coś więcej.
– Uważaj, bo wezmę to na poważnie i zaraz wrócę z ciasteczkami i maseczkami Potterów na twarz, żebyśmy mogły poplotkować – zakpiła lekko Brenna, nie wątpiąc, że to było ostatnie, czego Eden sobie życzyła i to nie tylko dlatego, że była na pewno zmęczona i straszliwie podpita. – Naprawdę aż tak nie lubisz czerwonego? – spytała, ani trochę nie urażona, może nawet rozbawiona tym ogromem nienawiści buchającym od Eden. Przez głowę przeszło jej pytanie, co kobieta zrobiłaby, gdyby podetknąć jej ubranie produkcji mugoli, i to jeszcze z poliestru: ale Brenna by z czymś takim nie wyskoczyła do gościa, zresztą akurat ciuchów poliestrowych w szafie nie miała, nawet jeśli było tam parę par jeansów. Kupionych zarówno dlatego, że je lubiła, jak i by wtopić się lepiej w scenerię Doliny Godryka.
– Zły pomysł. Co będzie, jak przy tej teleportacji już na dobre zgubisz koronę? – zatroszczyła się Brenna, ani myśląc wskazywać Eden, gdzie leży jej różdżka. W takim stanie było niemal pewne, że jakąś kończynę faktycznie zgubi i czeka ją wizyta u magimedyków. – Poza tym musiałabyś znowu zejść po tych schodach, stąd się nie teleportujesz. Przecież możesz zostać w swoich ciuchach, jak ci nie przeszkadza, że miałaś je na sobie cały dzień. Mogę poszukać czegoś w szafie matki. Albo przyniosę ci piżamę Erika, utoniesz w niej wprawdzie, ale wszystkie są zgodne z najnowszą, czarodziejską modą i na pewno nie wyglądają jak wyciągnięte z koszy dla powodzian – obiecała solennie. Tę wybrała, bo cóż, była nowa, nie noszona, i trochę może odrobinę z przekory zgarniając właśnie czerwoną. Ale ani myślała upierac się, gdy gość życzył sobie innego zestawu ubraniowego. – Doprawdy, Eden, gdzie twoja pewność siebie? Czy nie powinnaś uważać, że w każdych ciuchach wyglądasz dobrze? I że nigdy nie jesteś wystrojona za mało albo za bardzo, a to raczej inni są niewłaściwie ubrani do okazji? – spytała jeszcze żartobliwie, cofając się, by przesunąć ciężkie zasłony na okno i pogrążyć pokój w półmroku.
Co zabawne, Brenna właściwie nigdy nie czuła się wystrojona za mało albo za bardzo, chociaż to pierwsze czasem się jej zdarzało. I chociaż na pewno miała w szafie szaty i suknie równie drogie jak te, które kupowała Eden, to nie prezentowała się nawet w połowie tak efektownie jak Lestrange.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.